niedziela, 13 stycznia 2019

W trakcie tetralogii neapolitańskiej

Mam wspaniałych znajomych. Naprawdę. Zawsze mogę o książkach porozmawiać, polecić coś lub przeczytać coś, co mi polecono. Trudno mi przez to uwierzyć, że tylu ludzi w Polsce nie czyta w ogóle, bo sama obracam się wśród ludzi, którzy czytają. Może nie wszyscy pochłaniają 52/100/374 książki rocznie, ale raczej większość czyta. 

Ostatnio, moja internetowa znajoma, którą miałam przyjemność poznać również osobiście, poleciła mi Genialną przyjaciółkę Eleny Ferrante. Nie to, że nie słyszałam prędzej o tym. Słyszałam, czytałam opinie, nawet czytałam artykuły, kim właściwie Ferrante jest, ale jakoś nigdy nie złożyło się, żeby przeczytać. Z racji mojego czytelniczego osłabienia ostatniego i ciągłego poszukiwania lektury, która mnie wciągnie, dzięki niemal entuzjastycznym opiniom koleżanki, postanowiłam spróbować. Mąż ma w planie zobaczyć serial na podstawie książki, więc powiedziałam, że z nim zobaczę, ale najpierw przeczytam. 

I to był strzał w dziesiątkę! 

Gdybym prędzej przeczytała opis fabuły, chyba nie sięgnęłabym po tę powieść. To zupełnie nie moje klimaty - przyjaźń między dziewczynkami (już dawno mam za sobą zachwyty nad Anią i Dianą), niektórzy sugerowali, że to taka kobieca literatura (a ja takiej jakoś nie czytam z chęcią, czasami robię wyjątki). Ale teraz biję się w pierś i żałuję, że tak długo zwlekałam. 

Tak, jest to opowieść o przyjaźni między dwiema dziewczynkami. Lenu (nasza narratorka) i jej przyjaciółka - Lila, dorastają na przedmieściach Neapolu. Jest koniec lat pięćdziesiątych. W świecie dziewczynek rządzi bieda, strach przed don Achillem oraz mężczyźni, którzy decydują o wszystkim. Sfrustrowani robotnicy przenoszą swoją niemoc w moc siły fizycznej, a ofiarami są żony, dzieci. Kobiety kłócą się między sobą, rzucają talerzami, obelgami. Ten świat widzimy oczami dziewczynek, które nie znają innego świata, które nie wychodzą poza mury swojej biednej dzielnicy, które nigdy nie widziały morza. Dla nich naturalne jest, że mężczyzna bije żonę, siostrę, innego mężczyznę, jeśli ten spojrzy niewłaściwie na jego kobietę/siostrę. 

Z tego kręgu przemocy w pośredni sposób wyrywa naszą bohaterkę nauczycielka szkoły powszechnej. Walczy o możliwość dalszej edukacji dla obu dziewczyn. Ale tylko jedna dostaje tę szansę od rodziców. 

Może to inny świat. Może, szczęśliwie, te czasy minęły, kiedy o możliwość dalszego kształcenia trzeba walczyć (jako nauczycielka widzę odwrotny trend, dzieci trzeba czasami błagać, żeby się uczyły), może nie jest już naturalne, że ojciec bije, bo kocha. Ale czy na pewno? 

Czytając o miotaniu się między swoją dzielnicą, w której mieszkają prości ludzie, a światem, w którym mówi się o Darwinie, filozofach, Dostojewskim i Becketcie, czytałam o świecie młodych dziewcząt - niepewnych siebie, uznających wyższość innych przed sobą, nieprzekonanych o tym, że wybierają właściwą drogę, zazdroszczącym, kochającym, zagubionym. To się nie zmieniło. Dzisiaj też młode dziewczyny za prestiż uznają posiadanie w odpowiednim wieku starszego chłopaka, a niekoniecznie piątki na świadectwie.

"Czy wiesz, co to jest plebs?" - pyta nauczycielka Elenę. Elena odpowiada sobie na to pytanie kilka lat później obserwując mieszkańców swojej dzielnicy podczas wesela. Dokładnie zna ich kroki, wybory i przyszłość. 

Ale po tym odkryciu następuje ciąg dalszy niepewności - do którego świata należy Elena? I kto jest w tym układzie genialną przyjaciółką?


piątek, 5 października 2018

30 książek na 30 urodziny

Nadszedł ten dzień, kiedy przestałam być młoda. Kiedy to kremy przeciwzmarszczkowe wołają, że to już ostatni moment na uratowanie mojej skóry (szkoda, że jednocześnie nie pozbyłam się problemów z cerą nastoletnią - jestem zawieszona niczym ten linoskoczek z opowiadania bodajże Herlinga-Grudzińskiego), a i sytuacja rodzinna zmierza w stronę chaotycznej, ale jednak stabilizacji.

I może to dobry czas na podsumowania? Również te czytelnicze?

Poniżej lista trzydziestu książek mojego życia. Trzydzieści książek na trzydziestkę (tak sobie właśnie myślę, że pamiętam, jak mój własny ojciec obchodził trzydzieste urodziny i myślałam sobie wtedy: "Jaki to staruszek!").

1. Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren
2. Kłamczucha Małgorzaty Musierowicz
3. Heban Ryszarda Kapuścińskiego
4. Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa
5. Horsztyński Juliusza Słowackiego
6. Duma i uprzedzenie Jane Austen
7. Opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza
8. Tomy wierszy Rafała Wojaczka
9. Zbrodnia i kara Fiodora Dostojewskiego
10. Idiota Fiodora Dostojewskiego
11. Wyznaję Jauma Cabre
12. Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell
13. Światowa Rozkosz z ochmistrzem swoim i dwunastą swych służebnych panien Hieronima Morsztyna
14. Drach Szczepana Twardocha
15. Imię róży Umberto Eco
16. Tajemnica Abigel Magdy Szabó
17.  Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery
18. Dziady Adama Mickiewicza
19. Wielkie nadzieje Charlsa Dickensa
20. Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza
21. Wiersze Edwarda Stachury
22. Krzyżacy Henryka Sienkiewicza
23. Mdłości Jeana-Paula Satre'a
24. Człowiek zbuntowany Alberta Camusa
25. Faust Johanna Goethego
26. Pieśń lodu i ognia George'a R.R. Martina
27. Historia piękna Emberto Eco
28. Wichrowe wzgórza Emily Bronte
29. Kwiaty zła Charlsa Baudelaire'a
30. Wojna i pokój Lwa Tołstoja

PS Notkę tą zaczęłam pisać 21 kwietnia 2017 roku, kiedy to skończyłam 30 lat. Trochę czasu od tego minęło, ale stwierdziłam, że oto tą listą wrócę do bloga. Potrzebuję tego. Potrzebuję wrócić do żywych. Jakiś czas temu napisałam tu recenzję Labiryntu duchów, ale skasowała się jednym ruchem i nie chciała powrócić. W skrócie napiszę, że to dla mnie jedno z większych ostatnich rozczarowań.

PS 2 Od 12 grudnia 2016 roku, kiedy napisałam ostatnią notkę, trochę się u mnie zmieniło. Ale już mój świat jest trochę ułożony. Dwa łobuzy, które były wtedy w brzuchu, śpią właśnie w pokoju obok (zupełnie innym pokoju, bo i przeprowadzka mi się zdarzyła) i mają nagle ponad 1,5 roku. Nie przeczytałam od tamtego czasu wielu książek, ale czytałam i czytam. Da się. Okazuje się, że macierzyństwo to kwestia organizacji. Kiedy dochodzi do tego praca, przeprowadzka, czytanie dla czystej przyjemności i ta masa codzienności, to jednak blog trochę cierpi. Mam nadzieję, że odżyje.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Król Warszawy

Rok 1937. Warszawa. Siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajm ogląda walkę bokserską pomiędzy Andrzejem Ziembińskim a Jakubem Szapirem. Kilka dni wcześniej pojawienie się Jakuba Szapiry zmieniło jego życie na zawsze. I oto Mojżesz chce nam opowiedzieć o sobie, o Warszawie przed wojną, o Izraelu, do którego emigruje, ale przede wszystkim chce nam opowiedzieć o Jakubie. 

Wszystko to, co napisałam powyżej to fakt i bujda jednocześnie. Bo to wspomnienia spisywane po latach, mieszają się trochę, trochę rozmywają, a trochę są wymyślone. 

Mojżesz wystukuje na maszynie do pisania swoją opowieść. Jest samotny. Jest stary i zmarszczony. Czuje się w nowej ojczyźnie obco, rodzina nie utrzymuje z nim kontaktu, tylko w lodówce w jakiś cudowny sposób pojawiają się zapasy jedzenia. 

Wraca więc do tych czasów, kiedy świat stał u jego stóp, otwierał przed nim drzwi, chociaż był tylko synem pobożnego biednego żyda z ulicy Nalewki. 

Szczepan Twardoch pokazuje Warszawę brudną, żydowską, gangsterską (chociaż gangsterzy są tylko w Ameryce), umoczoną w korupcji, zdradzie i kale. Ale ocieramy się również o luksus - jest pracownia krawiecka dla elity, jest chrystler sprowadzony specjalnie dla Kuma Kaplicy przez Lilpopa, są wystawne lokale. Ale tak naprawdę, które z tych dwóch obliczy stolicy jest bardziej brudne? 



No i Jakub. Jakub Szapiro. Bokser, który dla Kuma ściąga haracze, a kiedy trzeba, to zabije dłużnika. Jest piękny, pożądany przez kobiety (i nie tylko). Nie jest pobożnym Żydem, ze swoją żoną nie ma ślubu, nie mówi w jidysz, tylko po polsku, odrzuca swoją tożsamość i broni jej zaciekle. Ciągle mieszka przy Nalewkach, chociaż mógłby przecież lepiej. Przez całą historię miota się - chce być królem Warszawy, chce lecieć do Palestyny z rodziną, kocha swoje miasto i nienawidzi go, jest pewny siebie i sam siebie zaskakuje. 

Powieść Szczepana Twardocha to absolutne zaprzeczenie tego, czego było mi trzeba w mojej czytelniczej terapii. Ale to jedna z najlepszych książek tego roku, jestem pewna. Chciałam ją już skończyć i odkładałam co rusz, żeby jeszcze trochę pobyć w świecie bohaterów. Miotałam się trochę, jak Jakub Szapiro... 

Uważam, że to najlepsza książka Twardocha dla kogoś, kto jeszcze nie miał styczności z twórczością śląskiego pisarza. Jest to, co w Twardochu najlepsze, jest jego styl, ciekawa narracja, ale jednocześnie język jest bardziej przejrzysty niż w Morfinie na przykład. Do tego świetna okładka, a z tyłu informacja, że prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez Canal+. Kilka dni temu potwierdziło się, będzie serial na podstawie Króla. Dlatego, czytać, kto nie czytał! Warto!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Terapeutyczna moc literatury

Książki zmieniają życie. Zawsze na lepsze. Wiem, że to banał, ale mocno w to wierzę i chciałabym, żeby inni również tej mocy doświadczali na co dzień. To niesamowite, że czytając dobrą książkę (dobrą, pod różnymi względami), zapadamy się w inny świat, który nie zawsze musi być przyjemny, ale zawsze ten świat coś nam ukazuje, coś daje.

Kiedy zaszłam w ciążę i usłyszałam, że muszę jak najwięcej leżeć, to w głowie pojawił się cudowny plan nadrobienia klasyki, nieprzeczytanych pozycji z moich półek, zaczytywaniu się w tomach i tomiszczach. A tu życie zweryfikowało moje plany.

Nie nadrobiłam klasyki. Tomy i tomiszcza są bardzo niewygodne w czytaniu w sensie fizycznym - ciężkie i nieporęczne, nie mogę ich już opierać na brzuchu, za brzuchem też nie, to ten zasłania mi książkę. Patrzę godzinami na półki regałów i nie wiem, co chcę czytać.

Dlatego powracałam do sprawdzonych pozycji, do tych, które sprawią mi przyjemność - jak spotkanie z przyjacielem po latach.

I nie, nie zaskoczyły mnie raczej niczym nowym, ale odczuwam fizyczną wręcz radość w czytaniu ulubionych opowieści.

I strof. Czytam na głos swoim dzieciom - ja czytam Mickiewicza, Szekspira i Słowackiego. Mąż powtarza klasykę poezji dziecięcej, ćwicząc recytację, której, biedak, nigdy nie opanował. I przed nim też oczy się otwierają - powraca do znanych historii z dzieciństwa i zdaje sobie sprawę, że zapomniał o mocy literatury dziecięcej, która zawsze wydawała mu się tylko rozrywką, a dopiero teraz zaczyna dostrzegać walory dydaktyczne. Cóż, nie wiem, kto mu czytał w dzieciństwie i dlaczego tego nie omawiał przy okazji, ale on już wie, że z synami będzie rozmawiał o literaturze.

I chociaż czekam na Króla Szczepana Twardocha (Mikołaj ma mi ją przywieźć), to nawet nie wiem, czy z taką jak zwykle ochotą po powieść sięgnę. Czy może dalej będę się zapadać w dobrze znanym terenie leczniczych powrotów literackich. Ale widocznie to mi potrzebne. A na nadrobienie listy pt.: "Chcę przeczytać" jeszcze przyjdzie czas.

piątek, 16 września 2016

Ostatnio

Kolejna przerwa była spowodowana kilkoma względami. Po pierwsze, czytałam. Po drugie, bardzo rzadko korzystam z laptopa i nie mam nawet ochoty go włączyć przez tydzień (lub trzy). Po trzecie, kiepskie samopoczucie nie sprzyja.

Poprawiałam więc sobie humor wracając do serii o Harrym Potterze - to był mój pierwszy powrót, ale całkiem udany. Bardzo przyjemnie czytało mi się zwłaszcza o jedzeniu w Hogwarcie. Powróciłam również do serii o Ani z Zielonego Wzgórza i pomimo wszelkiej infantylności i wszelkiej dobroci, to jednak te książki dobrze mi zrobiły.

Żeby nie było, przeczytałam też kilka rzeczy z dorosłej półki. Między innymi Dygot Jakuba Małeckiego - świetna książka, polecam gorąco. Długo się do tego zbierałam, ale pamiętam, że ochotę miałam od premiery. Teraz czekam na drugą powieść autora.

Przeczytałam również Immunitet - bardzo chciałam napisać coś więcej, ale zabrakło mi głosu, kiedy skończyłam powieść i chyba po prostu poczekam na ciąg dalszy.

Z rzeczy okołoksiążkowych - zakupiłam w końcu nowe regały i teraz wszystkie książki mam na widoku! I przecudny to widok. Czasami sobie po prostu leżę i patrzę, i zachwycam się.

A z mężem czytamy wspólnie pewną książkę. I na razie tyle.