poniedziałek, 28 listopada 2016

Terapeutyczna moc literatury

Książki zmieniają życie. Zawsze na lepsze. Wiem, że to banał, ale mocno w to wierzę i chciałabym, żeby inni również tej mocy doświadczali na co dzień. To niesamowite, że czytając dobrą książkę (dobrą, pod różnymi względami), zapadamy się w inny świat, który nie zawsze musi być przyjemny, ale zawsze ten świat coś nam ukazuje, coś daje.

Kiedy zaszłam w ciążę i usłyszałam, że muszę jak najwięcej leżeć, to w głowie pojawił się cudowny plan nadrobienia klasyki, nieprzeczytanych pozycji z moich półek, zaczytywaniu się w tomach i tomiszczach. A tu życie zweryfikowało moje plany.

Nie nadrobiłam klasyki. Tomy i tomiszcza są bardzo niewygodne w czytaniu w sensie fizycznym - ciężkie i nieporęczne, nie mogę ich już opierać na brzuchu, za brzuchem też nie, to ten zasłania mi książkę. Patrzę godzinami na półki regałów i nie wiem, co chcę czytać.

Dlatego powracałam do sprawdzonych pozycji, do tych, które sprawią mi przyjemność - jak spotkanie z przyjacielem po latach.

I nie, nie zaskoczyły mnie raczej niczym nowym, ale odczuwam fizyczną wręcz radość w czytaniu ulubionych opowieści.

I strof. Czytam na głos swoim dzieciom - ja czytam Mickiewicza, Szekspira i Słowackiego. Mąż powtarza klasykę poezji dziecięcej, ćwicząc recytację, której, biedak, nigdy nie opanował. I przed nim też oczy się otwierają - powraca do znanych historii z dzieciństwa i zdaje sobie sprawę, że zapomniał o mocy literatury dziecięcej, która zawsze wydawała mu się tylko rozrywką, a dopiero teraz zaczyna dostrzegać walory dydaktyczne. Cóż, nie wiem, kto mu czytał w dzieciństwie i dlaczego tego nie omawiał przy okazji, ale on już wie, że z synami będzie rozmawiał o literaturze.

I chociaż czekam na Króla Szczepana Twardocha (Mikołaj ma mi ją przywieźć), to nawet nie wiem, czy z taką jak zwykle ochotą po powieść sięgnę. Czy może dalej będę się zapadać w dobrze znanym terenie leczniczych powrotów literackich. Ale widocznie to mi potrzebne. A na nadrobienie listy pt.: "Chcę przeczytać" jeszcze przyjdzie czas.

piątek, 16 września 2016

Ostatnio

Kolejna przerwa była spowodowana kilkoma względami. Po pierwsze, czytałam. Po drugie, bardzo rzadko korzystam z laptopa i nie mam nawet ochoty go włączyć przez tydzień (lub trzy). Po trzecie, kiepskie samopoczucie nie sprzyja.

Poprawiałam więc sobie humor wracając do serii o Harrym Potterze - to był mój pierwszy powrót, ale całkiem udany. Bardzo przyjemnie czytało mi się zwłaszcza o jedzeniu w Hogwarcie. Powróciłam również do serii o Ani z Zielonego Wzgórza i pomimo wszelkiej infantylności i wszelkiej dobroci, to jednak te książki dobrze mi zrobiły.

Żeby nie było, przeczytałam też kilka rzeczy z dorosłej półki. Między innymi Dygot Jakuba Małeckiego - świetna książka, polecam gorąco. Długo się do tego zbierałam, ale pamiętam, że ochotę miałam od premiery. Teraz czekam na drugą powieść autora.

Przeczytałam również Immunitet - bardzo chciałam napisać coś więcej, ale zabrakło mi głosu, kiedy skończyłam powieść i chyba po prostu poczekam na ciąg dalszy.

Z rzeczy okołoksiążkowych - zakupiłam w końcu nowe regały i teraz wszystkie książki mam na widoku! I przecudny to widok. Czasami sobie po prostu leżę i patrzę, i zachwycam się.

A z mężem czytamy wspólnie pewną książkę. I na razie tyle.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Harda pani!

Zastanawiacie się czasami, co tak naprawdę działo się tysiąc lat temu? Jak naprawdę wyglądały początki państwa polskiego? Mało wiemy o Mieszku, a co tak naprawdę wiemy o jego dzieciach (skoro nawet spieramy się, w którym właściwie roku była koronacja Bolesława Chrobrego)? Puśćmy więc wodze fantazji i zastanówmy się nie tylko jakimi władcami byli, ale jakimi ludźmi byli Mieszko, Bolesław i... Świętosława.

Właściwie nie do końca wiadomo, czy Świętosława (córka Mieszka i Dobrawy) w ogóle istniała. Ale na szczęście istnieje w powieści Elżbiety Cherezińskiej.

Powieść zaczyna się zanim na świecie pojawia się tytułowa bohaterka. Jej ojciec, Mieszko, przygotowuje grunt pod chrzest swój i szerzenie chrześcijaństwa w swoim kraju. Ma wielkie plany, wielkie ambicje, ma żonę-chrześcijankę i nadzieję na potęgę. Potem na świat przychodzi jego syn - Bolesław, dwa lata później córka - Świętosława. Dostaje święte imię, bo akuszerki zauważają, że dziewczynka to mała diablica. I takąż pozostaje - jest krnąbrna, zdaje sobie sprawę, że bierze udział w rozgrywkach politycznych. Dostaje więc przydomek - harda. 

Dwa ważne momenty w powieści Cherezińskiej to dla po pierwsze dedykacja: 

Wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy. Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.

Elżbieta Cherezińska nadaje im więc imiona, przywołuje je do życia. Chociaż według praw kobieta po ślubie zmienia imię, zmienia tożsamość, przestaje należeć do ojca, zaczyna należeć do męża. Jest tylko kartą przetargową, towarem, który staje się gwarancją ubicia politycznych decyzji. Sam Mieszko w powieści Cherezińskiej mówi, że syn to, owszem, duma ojca, ale córki są gwarancją pokoju, który to zawierany jest za pomocą ożenku. I tak się w Hardej dzieje - trzy córki (w tym dwie od poprzednich pogańskich żon Mieszka) wychodzą za trzech mężczyzn - Astryda za Sigvalda - jarla Jomsborgu, Geira za Olava - prawowitego króla Norwegii, a Świętosława za króla Szwecji - Erika. Jako jedyna zostaje królową, jako jedyna ma rzeczywisty wpływ na władzę. Wszystkie trzy siostry zaś kochają jednego mężczyznę - Olava Tryggvasona. 



Drugi ważny fragment to rozmowa Świętosławy z ojcem, który zabiera dzieci do kopców przodków. Córka pyta ojca, gdzie są pochowane ich żony. Ojciec mówi, że leżą z nimi - bezimienne kobiety, które musiały umrzeć, bo umarli mężowie. To robi na księżniczce wrażenie. To oraz cesarzowa Teofano. Świętosława bacznie obserwuje kobiety u władzy i uczy się od nich, również uczy się na ich błędach.

Harda nie jest powieścią tylko o Świętosławie. To powieść o sojuszach, roszadach, o grze o tron. I to w powieści jest dla mnie najmocniejszą stroną. Za to najmniej podobał mi się wątek romansowy, który, muszę przyznać, miał swój sens - pokazał, jak myśli królowa, a nie jak myśli zakochana kobieta. 

Książka wciąga, czyta się ją w zasadzie jednym tchem. Cherezińska jest mistrzynią pisania możliwej nieznanej historii w sposób przekonujący. 

I stwarza piastowską księżniczkę, która jest bohaterką z krwi i kości, która nie ugina się przed przeciwnościami, która potrafi wyciągać wnioski z błędów swoich i innych. Dzięki swej sile i charakterowi zdobywa serca swoich poddanych w Szwecji, gdzie staje się Sigridą Storadą, zdobywa serce swojego pierwszego męża, a później drugiego, który mimo nieufności nie potrafi przejść koło niej obojętnie. To jedna z ciekawszych postaci kobiecych w literaturze. I ta postać powróci już jesienią w kontynuacji Hardej - Królowej! Nie mogę się już doczekać.

wtorek, 19 lipca 2016

Nie tylko dobre, czyli o książkach złych...

Zauważyłam, że zazwyczaj tutaj piszę o książkach, które choć w dostatecznej części są dobre. Dlatego pełna poświęcenia przypomniałam sobie o pewnym cyklu, który czytałam lata temu i postanowiłam sobie go odświeżyć, aby w końcu napisać coś złego o książkach. Taki kaprys, ot!

Cykl Niebieski rower autorstwa Regine Deforges powstał w latach osiemdziesiątych. Sama autorka była uznawana za skandalistkę - pisarka, dramaturg, jako pierwsza kobieta we Francji otworzyła i prowadziła dom wydawniczy. Jej powieści były cenzurowane. Przeczytałam cztery (chyba tylko te cztery z cyklu Niebieski rower zostały wydane w Polsce, co ciekawe przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej - wyobrażacie to sobie dzisiaj?)

O czym właściwie są te książki? Według zapowiedzi z okładki o II wojnie światowej, o rozłamie we Francji, o kolaborantach, rządzie Vichy, przemówieniach de Gaulle'a, o Resistance. Pięknie, prawda? Ale od pierwszych stron książki uderza pewna myśl - gdzieś już to czytałam...

Oto poznajemy główną bohaterkę powieści - siedemnastoletnią Leę Delmas, która rozmawia z braćmi Levefre o planowych przyjęciu w pobliskiej posiadłości, na której to mają zostać ogłoszone zaręczyny Laurenta z jego kuzynką Camille. (Już Wam świta?) Na dziewczynie robi to niesamowite wrażenie, jest wzburzona, gdyż, jak zapewnia również swojego ojca, kocha całym sercem Laurenta. Przyjęcie odbywa się 1 września 1939 roku, zaręczyny zostają ogłoszone, ona wyznaje miłość ukochanemu (oczywiście w obecności pewnego brutala), dochodzi wiadomość o wybuchu wojny. Nadmienię, że wszyscy honorowi Francuzi mówią, jakie to jest ważne pomóc Polsce w tej sytuacji. Odrzucona przez ukochanego Lea zaręcza się w złości z bratem Camille (świta Wam bardziej?), mężczyźni wyjeżdżają. Dochodzi do ślubu Laurenta i Camille, natomiast Claude - narzeczony Lei ginie od wybuchu granatu podczas ćwiczeń. Laurent prosi przyjaciółkę o opiekę nad żoną, która spodziewa się dziecka. A wokół ciągle czai się ów brutal - Francois Travernier. 

Tak, fabuła żywcem przeniesiona z Przeminęło z wiatrem. Główna bohaterka jest rozkapryszona, jest kokietką, ukochaną córeczką tatusia, zajmuje się żoną ukochanego, jest silna, pełna życia i nade wszystko kocha swój ziemski majątek - winnice w okolicach Bordeaux. 

Ów czający się wkoło brutal naprawdę jest brutalny, nie jak Rhett Butller. Co rusz chwyta bohaterkę za ramię, wmawia jej, że będzie jego, ona się wyrywa. Wokół niego pełno jest oczywiście plotek, kim on właściwie jest, ale ciotki Lei są nim zachwycona i nie oponują, kiedy ten zabiera ich krewniaczkę na całą noc. 

W ogóle temat wojny we Francji w tej powieści to jakaś karykatura. Bohaterka narzeka na głód, ale co rusz jest zapraszana do restauracji, popija szampana, je pasztet z gęsich wątróbek i wpycha w siebie rogaliki popijając kawą. Niby niczego nie ma, ale ona zawsze znajdzie jakieś frykasy, dzieli się nimi z rodziną i wszystkim starcza. Pamiętacie jak Scarlett zbierała bawełnę w pocie czoła i obiecała sobie, że nigdy nie będzie głodna? Nasza Lea też niby uprawia ogródek, ale wszystkie opisy jej prac w tym miejscu ograniczają się do tarzania się w miłosnych uniesieniach z synem zarządcy. 

I teraz to, co w książkach jest najważniejsze - erotyka. Ta książka jest przede wszystkim książką erotyczną, a ja chyba nie jestem fanką tego typu powieści. W każdej możliwej sytuacji bohaterowie patrzą na siebie z pożądaniem - ona zaciska uda (które potem ochoczo rozchyla przed niemal każdym napotkanym mężczyzną w książce), oni czują na jej widok, jak ich członki nabrzmiewają. 

Bombardowanie Orleanu? Nic nie szkodzi, akurat w tamtym momencie nasza bohaterka w tej romantycznej scenerii, namydlona przez swojego pierwszego kochanka (owego brutala) "poznaje po raz pierwszy smak miłości", a potem idzie jej już świetnie. Seks jest pomiędzy przemówieniami de Gaulle'a, konspiracyjnymi wstawkami, kiedy bohaterka wykonuje ważne dla podziemia misje, a opisami sukni, w których pojawia się nie tylko w paryskich restauracjach, ale i w ambasadzie niemieckiej. Poza tym, że bohaterka ulega niemal każdemu, to jednak dochodzi do scen gwałtu (i to chyba niejednokrotnie, jeśli pamiętam), ale i tak przeżywa wtedy rozkosz i nie ma za złe sprawcy. To już chyba zbyt wiele i jest szkodliwe, ale może akurat nie znam się na powieściach erotycznych? 

W kolejnych częściach autorka trochę bardziej skupia się na ruchu oporu, na gestapo, ale i tak trzon powieści pozostaje ten sam.

Powieści Regine Deforges są jak erotyczne fanfiki na temat Przeminęło z wiatrem. Autorka zdaje sobie sprawę, że nawiązuje i przenosi zbyt wiele, dlatego, w którejś z późniejszych części siostry czytają powieść Mitchell i zauważają, że to jakby powieści o nich. Zabawne, prawda? 

Postaci są schematyczne, właściwie myślą tylko o jednym. Z Lei żadna Scarlett O'Hara, a Francois to nie Rhett.  

We Francji powstał serial na podstawie książek pod tytułem Niebieski rower z Laetitią Castą w roli głównej, swego czasu był chyba emitowany na Polsat Cafe, ale nie było mi dane (może i dobrze) go zobaczyć.

Nie polecam. Chyba, żeby się lekko zirytować i pośmiać...?

niedziela, 17 lipca 2016

Wśród kuracjuszy

Swego czasu wygrałam w konkursie na blogu Vintage Girl debiutancką książkę Joanny Szwechłowicz pod tytułem Tajemnica szkoły dla panien. Pisałam o swoich spostrzeżeniach tutaj.

Kupiłam bez zastanowienia drugi kryminał retro spod pióra Szwechłowicz i do dzisiaj nie wiem, czemu nic o nim nie napisałam, bo bardzo mi się spodobał, a klimat zamkniętego domu, jak z powieści Christie przypadł mi bardzo do gustu. Niestety, już chyba więcej nie napiszę, bo moje spostrzeżenia uleciały wraz z czasem, zostało tylko miłe poczucie dobrej lektury, którą też polecam. 

Dzisiaj za to skończyłam czytać najnowszy kryminał pani Joanny Szwechłowicz  Siła wyższa i od razu piszę, żeby już nic mi z czasem nie uleciało. 



Spotykamy się w tej powieści znów z ojcem Herbstem, którego poznaliśmy w Ostatniej woli. Tym razem zakonnik jest z dala od rodziny. Spotykamy go, kiedy omija kałuże idąc na pewną poznańską plebanię, aby rozwiązać (cicho i bez skandalu) ze współbratem Florianem zagadkę zniknięcia proboszcza Wojciecha Kalinowskiego. Po rozmowie z gospodynią co się zowie postanawiają z ojcem Florianem pojechać do Krynicy, bo jak podejrzewają, to tam skrył się ów proboszcz, o którym wszyscy wypowiadają się jak najlepiej, a oni sami podejrzewają go jakowyś romans i rozpuszczanie pieniędzy na perfumy i pończochy. I tak oto trafiają do Katolickiego Pensjonatu Pod Krokusami panien Malickich - krewnych niedawno zmarłego wikariusza księdza Wojciecha. 

Obaj bracia są swoimi przeciwieństwami - poukładany, pedantyczny ojciec Florian, dla którego wyższym dobrem jest dobro Kościoła (jako takiego), niewolny od pewnych uprzedzeń tak częstych w okresie międzywojnia; nie do końca zgadza się z młodszym, żywym, świetnym obserwatorem i znawcą przyzwyczajeń ludzkich ojcem Aleksandrem Herbstem, który miał już przecież doświadczenie w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Rozmyślania, szczególnie ojca Floriana, który wszędzie dopatruje się rozpusty i niegodziwości, są naprawdę dobrym punktem powieści. 

Poza tym, muszę przyznać, że wątek kryminalny najmniej mnie zajmował, bo kuracjusze w pensjonacie to dopiero ciekawe postaci. Każdy z nich ma jakąś tajemnicę, każdy coś ukrywa, a ojciec Herbst, uciekając często do dwuznacznych moralnie czynów, odkrywa je po kolei, najpierw obserwując uważnie nie tylko czyny, ale i garderobę mieszkańców pensjonatu. 

Czas akcji to marzec 1939 roku, dużo smaczków z epoki - wspomniane są gwiazdy kina międzywojennego, przywołane przedwojenne szlagiery, które są przesłuchiwane na płytach gramofonowych, ale także śpiewane w restauracji przez zdesperowaną bohaterkę. Ciekawe są również poglądy na wiarę, Kościół i wyznania przez poszczególnych bohaterów. Jest to o tyle ważny wątek, bo pcha jedną z bohaterek do doszukiwania się sensacji tylko dlatego, że dotyczy przedstawiciela kościoła katolickiego. Poza tym autorka osadza powieść w Krynicy, która była przed wojną autentyczną konkurencją dla Zakopanego, a niestety nie przetrwała w tej klasie zawirowań wojennych. 



Jak zwykle język autorki oraz poczucie humoru, które serwuje w tej książce, są jasnymi punktami, które to tylko zachęcają do sięgnięcia po, mam nadzieję, kolejne tytuły. I... okładka! Każda z wydanych przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka powieści Joanny Szwechłowicz okładka jest utrzymana w tej samej kolorystyce i podobnej stylistyce. Pięknie się prezentują razem na półce. 

Reasumując, pyszna lektura w sam raz na niedzielne leniwe popołudnie! Polecam!