niedziela, 28 grudnia 2014

Zima nadeszła

Obiecałam sobie, że tej zimy przeczytam w końcu powieść Marka Helprina i słowa dotrzymałam. Książkę pożyczyłam od przyjaciółki (którą też uprzednio jej sprezentowałam w ramach urodzin), wzięłam ze sobą do szpitala i zatonęłam w mgle, która porywa i gubi w czasie. 
Dlaczego warto po książkę sięgnąć?
Po pierwsze - ujmujący język autora. Mogłabym tu dołączyć ze sto cytatów, w których się zakochałam, właśnie ze względu na język. Przepiękne zdania układające się w niesamowite opisy zimowej aury zrobiły na mnie wrażenie już od pierwszych stron powieści. 
Poza tym, przepiękny jest również język postaci. Szczególnie zwrócić trzeba uwagę na panią Gamely - kobietę zafascynowaną słowami, kolekcjonującą słowa stare, nowe, zapomniane i niezwykłe, mówiącą tak, że mało kto jest w stanie ją zrozumieć. I ta kobieta ostała się w mitycznym Coheeries - miejscu odciętym od świata.
Po drugie - klimat. Można powiedzieć wręcz - taki mamy klimat. Cudowny, zimowy, mroźny i mglisty, a dzięki temu ciepło jest bardziej wyraziste. Te wszystkie skóry lisów, kominki, grzańce, ludzie i ich uśmiechy sprawiają, że czytając opowieść Helprina czujemy niesamowite ciepło wśród śniegu i lodu. Koniecznie przeczytajcie tę książkę w zimę, przy kominku (ok, sama czytałam przy ciepłym kaloryferze), z kubkiem rozgrzewającej herbaty (lub grzańca). Nie wyobrażam sobie inaczej.
Po trzecie - magia. Zimowa opowieść to nie normalny romans, to nie zwykła opowieść o mieście. To naprawdę magiczna baśń, pełna niesamowitych zdarzeń. A czy my-dorośli nie potrzebujemy chociaż na chwilę odciąć się od świata rzeczywistego i dać się ponieść fantazji?
Po czwarte - miasto. Wiem, że Nowy Jork to miasto na swój sposób mityczne. Nigdy tam nie byłam, ale to, co o nim przeczytałam, co widziałam w filmach, dokumentach sprawia, że lubię w jakiś irracjonalny sposób to miasto. A w powieści Heplrina NY żyje pełnią życia. To nie tylko miasto, to osobowość, to idealna maszyna, to organizm, to coś niezwykłego! Po lekturze Zimowej opowieści mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że chcę, nie... muszę odwiedzić Nowy Jork.

A o czym właściwie ta pozycja jest? Cóż, romans ponoć, ale nie zrażajcie się! Takie romanse mogłabym czytać codziennie! Jest o miłości, której nie zabija nawet czas, o miłości od pierwszego wejrzenia. Ale przecież to też są składniki baśni. Przełknęłam to bez grymaszenia, niech więc będzie romans! 

Rozkołysane czerwone oko latarni wabiło oślepiającą kulę białego światła mknącą przez równinę u podnóża gór. Pociąg gnał po szynach, pęd powietrza na każdym zakręcie smagał młode łodygi ozimej pszenicy na polach, a dzikie zwierzęta zastygały w miejscu jak zahipnotyzowane, wpatrując się weń półprzezroczystymi zielonymi oczyma.

sobota, 20 grudnia 2014

Obyś nie usłyszał szumu Pamano...

To moje drugie spotkanie z Jaumem Cabre. Drugie - niezwykle udane. Nie będę nawet próbować odpowiedzieć na pytanie, która z książek katalońskiego pisarza bardziej mi się spodobała, bo nie mogłabym tego określić. Ale przeczytajcie koniecznie Głosy Pamano, bo to książka, która pochłania czytelnika! 



Jak to u Cabre, mamy kilka wijących się i splatających ze sobą historii rozrzuconych w czasie. W Wyznaję zakres czasu był dużo większy, w Głosach... mamy do czynienia z wydarzeniami od lat 30 XX wieku do początku wieku XXI. Widzimy Hiszpanię za panowania generała Franco - kraj, który wprawdzie nie brał udziału w II wojnie światowej, ale sam toczył swoją wojnę domową. 
Postacią, wokół której snuje się opowieść, jest Oriol Fontelles - młody nauczyciel, który przeprowadza się do małego miasteczka wraz z ciężarną żoną. Małżeństwo jest pełne nadziei, myśli, że wygrało los na loterii. Niestety, sytuacja w miasteczku szybko daje się im we znaki i zmienia ich życie na zawsze. 



Nie nazwałabym Oriola Fontellesa postacią główną, nawet nie porywającą. Właściwie jego historia była dla mnie najmniej ciekawa, chociaż to on spajał każdy skrawek opowieści w całość. Nauczyciel irytował niezdecydowaniem, naiwnością. Był wręcz bezbarwny. Nawet jego pamiętnik, który znajduje przypadkowo pewna nauczycielką kilkadziesiąt lat później, jest tylko próbą naiwnego wybielenia swojego życia i swoich decyzji. 
Głównymi postaciami w książce Cabre są kobiety - wspomniana już wcześniej nauczycielka Tina, która zmaga się z nieudanym małżeństwem i rozczarowaniem związanym z jedynym synem oraz żądna zemsty, niezwykle piękna i emanująca seksapilem Elisenda. Kobiety spotykają się tylko raz, każda chce innej pamięci dla Oriola Fontellesa. Elisenda jest kobietą fatalną, bogatą i bezwzględną. Tina zaś jest skromna, uczciwa i pełna ideałów.
Głosy Pamano to opowieść o ludzkich namiętnościach i tym, gdzie namiętności ludzi prowadzą. To również książka o pamięci, o tym, jak łatwo można manipulować faktami, jak trudno wiedzieć coś na pewno o drugim człowieku. Tytułowe zaś Pamano to rzeka, której głos słyszą tylko ci, na których czeka śmierć. Bohaterowie słyszą głosy rzeki, a ich spotkanie ze śmiercią zazwyczaj jest misternie planowane przez innych - z namiętności...


niedziela, 9 listopada 2014

Starocie (część pierwsza)

Postanowiłam jednak podzielić się tym, co kocham najbardziej, a co może jest znane mniej, trochę zapomniane albo i trącące myszką. Celowo nie zatytułowałam tej notki (mam nadzieję, pierwszej z wielu) klasyką, bo może stać się i tak, że znajdzie się tu coś, co do szeroko rozumianej klasyki nijak należy, a jest stare (w tym jedynym, dobrym tego słowa znaczeniu) i pasuje do mojej osobistej galerii staroci. 
Kilkukrotnie podkreślałam, że kocham właśnie starocie. I to starocie wszelkiej maści - od filiżanek po prababce, przez sukienki po babce, swetry po matce po książki po dziadku. Na studiach zaś najbardziej lubiłam właśnie literaturę staropolską, dwie prace dyplomowe pisałam właśnie z dziedziny baroku. A najprzyjemniejsze lektury przecież są z XIX wieku, nijak inaczej! 
Dlatego też i tutaj będę dzieliła się refleksjami na temat autorów i tytułów dość starych, a ciągle obecnych w moim życiu. Żeby zacząć zupełnie nieklasycznie, a rocznicowo, dzisiaj będzie o Tadeuszu Micińskim.



Poeta ten urodził się 9 listopada 1873 roku w Łodzi. Uczył się w Warszawie, a studiował historię i filozofię w Krakowie, w Lipsku i Berlinie. W tym ostatnim miejscu poznał Stanisława Przybyszewskiego. W ogóle dużo podróżował, a w każdym niemal miejscu poznawał jakąś niezwykle ważną postać ówczesnego świata kulturalnego. Znał Wincentego Lutosławskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Tadeusza Nalepińskiego. Dzięki podróżom oraz nowym znajomościom z pewnością poszerzał swoje zainteresowania.
Z Tadeuszem Micińskim kojarzy nam się od razu pojęcie mistycyzmu, duchowości i tajemnicy. Był przecież autorem mistycznych powieści i prozy, dość trudnych w odbiorze nawet u współczesnych, oraz poezji, w której zakochałam się, sama będąc sfiksowaną na punkcie duchowości nastolatką. 
Miciński w swojej twórczości podejmował tematykę filozoficzną i mistyczną (m. in. żywo interesowała go gnoza, demonologia, satanizm). Jest uważany za jednego z prekursorów surrealizmu w polskiego literaturze.
Zadebiutował jako poeta w 1896 roku poematem Łazarze, natomiast jego najpopularniejszy tomik pt. W mroku gwiazd powstał w 1902 roku. Z tego to tomu pochodzą najbardziej znane wiersze Micińskiego, często przywoływane w podręcznikach z języka polskiego w liceum przy okazji omówienia bohemy, wątków satanistycznych i mistycznych w okresie modernizmu. Właściwie sam Miciński owiany był legendą "poety maga" czy nawet "czciciela tajemnic". 
Jako prozaik debiutował opowiadaniem Nauczycielka w roku 1896. Kolejne znane jego utwory to Kniaź Patiomkin, Księga tajemna Tatr czy Xiądz Faust.
Wróćmy jednak do tomu W mroku gwiazd. W tomie tym pobrzmiewają echa nadchodzącego symbolizmu i nadrealizmu. Wykracza więc poezja Micińskiego poza tradycję młodopolską. Tadeusz Miciński wnosi klimat oniryzmu, erotyzmu i mistycyzmu w tych utworach. Krytyka przyjęła dobrze utwory składające się na tom, a sława poety maga trwała również po jego śmierci, bo w dwudziestoleciu wzięli sobie za patrona Micińskiego rodzimi ekspresjoniści. 

 Tadeusz Miciński, Melancolia

Żyje we mnie jakiś głuchy płacz - jakiś szloch i plącz żyją we mnie -

niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk.

Ach, to pewno przez zbójcow zamkniona ze złotymi włosami królewna,

(kasztelanka lub może pasterka) - z pól słonecznych, zielonych porwana,

zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca,

złotowłosa mej duszy królewna.

Łzy jej płyną jak zimne opale - łzy jej płyną wśród nocy bez końca

i w kryształy się lodów zwisają - w zamyślenia wiszące kryształy.

Raz przypełznął za szmerem do groty - wąż kusiciel tych głuchych podziemi,

usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem nieznanym.

A wtem ujrzał w szafirach królewnę - i swe oczy głębokie, zielone -

swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę -

i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką -

fosforycznie oczyma przyświecał - i prowadził ją w otchłań głęboko.

Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia,

grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy:

chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego,

tarcze błyskają, miecze - wśród kolumn czarnych bazaltu -

wstają z grobów olbrzymy - szał rozpędzonych rumaków

niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat.

Nagle śpiewy zamilkły - głucha rozwarła się otchłań -

widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro.

I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna,

w otchłań patrzy bezgwiezdną - w świątyń zagasłych jezioro.

Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym

i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro

i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym - twarz Lucifera.

Duże nadzieje sam Miciński wiązał jednak z dramatopisarstwem. Utwory jego jednak były dość trudne do inscenizacji, na deski sceny udało się przenieść dopiero Kniazia Patiomkina w 1925 roku. Odsyłam do ciekawego eseju na temat dramatopisarstwa Micińskiego - tutaj.
Pisarz brał udział w I wojnie światowej. Był internowany do Kaługi, Moskwy, Białorusi. Został oficerem oświatowym w korpusie J. Dowbora-Muśnickiego. Zginął, prawdopodobnie zamordowany, w lutym 1918 roku. W Małych Małyniczach znajduje się jego grób.
Tutaj znajdują się zdigitalizowane utwory Tadeusza Micińskiego.

czwartek, 6 listopada 2014

Jeżycjadowa wnuczka

Z okazji premiery najnowszej części Jeżycjady, muszę chyba w końcu napisać parę słów o cyklu tym, który od kilkunastu lat jest obecny w moim życiu, a o którym boję się pisać cokolwiek. Powód jest prosty - książki, które zachwyciły mnie jako uczennicę szkoły podstawowej, rozczarowują mnie od jakiegoś czasu, ale jednak ciągle czekam z irracjonalną niecierpliwością na kolejną część, mając nadzieję, że klimat znany z pierwszych części wróci. 
Ale nie wróci. Bo i PRL nie wróci i ja jako nastolatka też już nie wrócę... 
Bo co mnie właściwie zachwycało? Ano to, że bohaterki były takie życiowe. Miały jakieś tam kompleksy, dwóje z fizyki (tu się z nimi w pełni solidaryzowałam) i przeżywały pierwsze zauroczenia, jak każde zdrowe dziewczę w ich wieku. Były mądre, na swój sposób ładne, uczyły się cenić swoje wnętrze, a nie wygląd. 
Poza tym pierwsze części Jeżycjady dzieją się w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a ja od dziecka uwielbiałam to, co stare. Oglądałam cykl niedzielny "W starym kinie" i "Perły z lamusa" o dwunastej na dwójce, słuchałam piosenek Piotra Szczepanika i znałam pierwszą płytę Perfektu na pamięć (winylowa odtwarzana w gramofonie), przebierałam się w stare sukienki mamy. I uwielbiałam słuchać opowieści rodziców z okresu ich dzieciństwa i młodości. Dlatego też te pierwsze części były dla mnie idealne, bo jeszcze lepiej sobie wyobrażałam życie swojej mamy-nastolatki.
No i ten styl autorki! Nawet w tych szarych czasach potrafiła pisać pogodne i momentami śmieszne historie - może czasami błahe jak problemy nastolatek, ale podszyte życiową mądrością i prostymi wskazówkami. 
A potem... Ja dojrzewałam, do Jeżycjady wracałam bardzo często z sentymentu i potrzeby. Pewne fragmenty i poszczególne części stały się składnikiem moich rytuałów czytelniczych - w Wigilię staram się chociaż zajrzeć do Noelki, w wakacje wracam do Idy sierpniowej lub Nutrii i Nerwusa. Ale coś zaczęło zgrzytać - w najnowszych częściach cyklu i w samej narratorce. 
Mądrość życiowa i proste wskazówki stały się niestety nachalną wykładnią jedynej słusznej prawdy, niektóre z postaci stały się własnymi karykaturami (patrz: Gabriela), bohaterki dokonują dziwnych wyborów, a narrator przekonuje wciąż, że rodzina Borejków to przystań miłości, wsparcia i ciepła, gdy tymczasem babcia woli patrzeć w laptop niż wysłuchać zwierzeń swojej wnuczki, która zachodzi w nieplanowaną ciążę, jedna z córek niezwykle dobrej i ciepłej Gabrysi jest stale przez rodzinę wytykana, bo ma stalowe oczy ojca i jest rogata... I długo by wymieniać. 
Ale oto wczoraj, dzień przed premierą, mąż odebrał w księgarni najnowszą część pt. Wnuczka do orzechów. Kiedy tylko chwyciłam ją w ręce, zapomniałam o moich ostatnich rozczarowaniach, po prostu chciałam wiedzieć, co się nowego pojawiło o starych znajomych (wiecie, jak działa serial - wiesz, że dziewiąty sezon to już nie to, co pierwszy czy drugi, ale czy Meredith i McDreamy będą w dalszym ciągu razem?!). Zaczęłam więc czytać. Skończyłam czterdzieści minut po północy. 



I co?
I jest tak sobie, niestety... Ale zacznę od pozytywów. 
Mamy nową bohaterkę - całkiem dziarską dziewczynę, tytułową wnuczkę, czyli Dorotkę. Dorotka jest ambitna i zdolna, pracowita i konkretna. Odrzuca Ignasia jako potencjalnego kandydata na miłość swojego życia (w co próbuje wkręcić ich Ida), odrzuca jego leczenie poezją i jeździ bryczką. Poza tym ma całkiem sympatyczne dwie babcie (w zasadzie jedną babcię, a jedną ciocię-babcię), sąsiada, który mówi w gwarze wielkopolskiej i matkę w Norwegii. 
Główną postacią, wokół której toczy się akcja powieści, jest Ida. I to Ida w swoim dobrym wydaniu - roztrzepana choleryczka, kompletnie zwariowana złośnica. Znów jest tylko ironiczna, a nie wredna (jak w McDusi), znów ucieka rodzinie i spędza wakacje samotnie. To ona "odkrywa" Dorotkę i ma plany połączyć ją ze swoim siostrzeńcem, który rozpacza po zerwaniu z ukochaną Magdaleną. 
Rzecz dzieje się w nowym miejscu z dala od zgiełku miasta, od kurzu ulic - na wsi, w Promnej. Mamy więc powrót do natury, zachwyty nad roślinnością, dialogi o doskonałości pszczół. 
Ale co razi?
Nagle miastowi są źli. Trzeba uciec na wieś. Na wsi toczy się prawdziwe życie. Nie zająknę się nawet o pewnych niedogodnościach jak przepełnione szambo, brak telefonicznego kontaktu ze światem i pożary (których tragedię rozumieją tylko mieszkańcy wsi (wyłączając miejscowego konesera picia piwa pod sklepem, który chce wrzucić zdjęcia na facebooka), bo miastowi się śmieją. Miastowi są w dodatku bogaci, więc należy zedrzeć z nich kasę (cena za pokój dla Idy jest dwa razy większa, bo Ida jest lekarką i dobrze zarabia) i potrzebni tylko, aby przyjść zbadać swoje uszy, nosy i gardła.
Główna bohaterka, która planuje iść na medycynę, nie potrafi udzielić fachowej pierwszej pomocy i poi omdlałą biegaczkę nalewką orzechową. Naprawdę, nie wpadłabym na to nigdy. W dodatku, więcej jest takich kwiatków, które bardzo mnie drażnią, bo mijają się z rzeczywistością i po prostu nie pasują. Czasami coś jest potrzebne autorce do zbudowania intrygi, ale razi naiwnością (nie ma telefonu, ale mamy internet). 
A w dodatku, cała historia jakoś nie przypadła mi po prostu do gustu (i wiem, stara już jestem i nie zachwycam się miłością od pierwszego wejrzenia dwóch młodych istot). Podejrzewam też, że kolejne części będą już tylko na wsi, bo rozumiem, że remont na Roosevelta i pękające kamienice w Poznaniu mają na celu wyprowadzkę na wieś bez sentymentów. Cóż, nie wiem, co tym myśleć... Pewnie do Wnuczki... wrócę za jakiś czas, przeczytam raz jeszcze spokojnie. I wtedy inaczej spojrzę na tę książkę?

sobota, 25 października 2014

Sobota na Targach Książki w Krakowie

Zacznę od tego, że jechałam głównie w dwóch celach. Po pierwsze bardzo chciałam być na spotkaniu z Jaume Cabré. Po drugie zarejestrowałam się na zjazd blogerów książkowych. 

Ad. 1. 
Spotkanie z Jaume Cabré było świetne. Kataloński pisarz nie dość, że obrazowo przedstawił swój proces twórczy, to w dodatku udzielił mimochodem kilka wskazówek warsztatowych dla początkujących pisarzy. Jego przykłady (kto był, ten wie o kuzynce z Bostonu) były omówione bardzo konkretnie i szczegółowo. 
Sam wydaje się być bardzo sympatycznym człowiekiem, który kocha swoją pracę. 
Spotkanie było też bardzo dobrze przeprowadzone (może jedynie za mało było czasu na pytania czytelników, ale kilkadziesiąt minut dla pisarza to musi być naprawdę drastycznie mało), zarówno prowadzący red. Michał Nogaś, jak i tłumaczka książek pisarza na język polski - pani Anna Sawicka chętnie podążyli za dobrym humorem katalońskiego pisarza. 




Po spotkaniu należało się niestety przenieść do hali targów, żeby zdobyć autograf autora. Ponoć Jaume Cabré znany jest z osobistych dedykacji, ale na to niestety zabrakło czasu, bo kolejka, która ustawiła się z książkami, zawijała kilkakrotnie wokół innych boksów. Podejrzewam, że została przyspieszona kosztem kilku chwil rozmowy z pisarzem lub z tłumaczką.
Mam jednak autografy w obu dotąd wydanych w Polsce książkach (Wyznaję oraz Głosy Pamano). Udało mi się zamienić dosłownie dwa słowa z panią Anną Sawicką i zrobić zdjęcie z pisarzem, który jednak był zbyt zajęty podpisywaniem moich egzemplarzy.


Ad. 2.
Specjalnie rozpoczęłam od pozytywów, które spotkały mnie na tym jednym dniu Targów Książki (niestety uroki pracy w szkole - nie mogę sobie po prostu wziąć urlopu, więc miałam możliwość być tylko w ten jeden dzień), bo zjazd blogerów zupełnie mnie rozczarował. 
Wiem, że piszę mało, chociaż bloga prowadzę już dość długo. Mam długie przerwy i nie mam miliona odsłon, więc raczej nie jestem znana w blogosferze. Ale to moje miejsce, wynurzam się tutaj tylko dla własnej przyjemności i postanowiłam pojechać na zjazd mając nadzieję, że poznam inne osoby, ich poglądy na temat blogosfery książkowej, posłucham ciekawych dyskusji (może sama dorzucę kilka słów).
To, co uderzyło mnie na samym początku, to kompletny brak organizacji i pomysłu na wykorzystanie tych 60 minut. Prowadzący, jak sam przyznał, był z przypadku. Rozdanie nagród bez laureatów, suche oklaski, następnie wędrujący mikrofon wśród publiczności, która miała się przedstawić. Nagle mikrofon ktoś zabrał, bo "nikt tego nie zapamięta" i próba rozpoczęcia dyskusji na temat tego, jaki charakter powinny mieć wpisy na blogach. 
Siedziałam sobie spokojnie z boku i słuchałam tego, co jest priorytetem (wejścia na stronę czy idea szeroko rozumiana?), następnie dość przykro było mi słyszeć wymianę zdań między przedstawicielkami dwu wydawnictw (dużego i małego), aż w końcu szast prast - koniec. Ach, nie, jeszcze było losowanie książek, tak się złożyło, że zostałam wylosowana i wygrałam książkę Onichimowskiej i kostki do tworzenia opowiadań (z tego się cieszę szczególnie, bo wykorzystam na pewno w pracy).
Wiem, że pewnie większość z blogerek (bo płeć żeńska jednak przeważa w tej grupie) zna się z innych spotkań, z sieci. Dla nich zjazd był okazją do spotkania się po prostu (miałam wrażenie, że większość czasu zjazdu to było robienie sobie zdjęć w różnych konfiguracjach), ale oczekiwałam zupełnie czegoś innego.
Pod koniec listopada, podczas Targów Książki w Katowicach mają być panele dyskusyjne dla blogerów i pewnie się wybiorę, mając nadzieję na jakąś merytoryczną dyskusję, wymianę doświadczeń, ciekawą rozmowę po prostu.

niedziela, 19 października 2014

Damy i damy upadłe, czyli II Rzeczpospolita kobieca

30 grudnia 1931 roku w domu lwowskiego architekta Henryka Zaremby dochodzi do morderstwa. W swojej sypialni zostaje zamordowana jego córka - Lusia. Wszystko wskazuje, że zamordowała ją guwernantka (a jednocześnie kochanka pracodawcy) Rita Gorgonowa. Tego dnia bierze początek najgłośniejszy proces w międzywojennej Polsce, którego bohaterką była kobieta. O zbrodni (do dzisiaj właściwie niewyjaśnionej do końca) pięknej Rity Gorgonowej słyszeli wszyscy, nawet jakiś czas temu w telewizji trafiłam na materiał o rodzinie słynnej morderczyni, która domaga się ponownego rozpatrzenia sprawy po latach. Rzeczywiście, w tej sprawie do dzisiaj jest wiele znaków zapytania, byli też tacy, którzy już podczas procesu nie wierzyli w jej winę (m.in. głośno mówiła o tym Irena Krzywicka). 



Sięgając po książkę Kamila Janickiego pt. Upadłe damy II Rzeczpospolitej byłam pewna, że nazwisko Gorgonowej będzie odmieniane przez wszystkie przypadki, a jej historia będzie szczegółowo opisana. Ale tu miła niespodzianka - o najsłynniejszej kryminalnej bohaterce międzywojnia Janicki wspomina tylko na początku. Swoją drogą, trudno byłoby chociaż nie zająknąć się o niej w książce o zbrodniarkach tego okresu. A potem? Zupełnie mi nieznane i często przerażające historie kobiet, które często z zupełnie dobrych domów trafiały do więzienia. Za co?
Na przykład za morderstwo. I tu różne odcienie pogwałcenia piątego przykazania - jest historia księżniczki Zyty Woronieckiej, która nie znosi dłużej upodlenia, które funduje jej narzeczony, ale i opowieść o Zajdlowej - morderczyni swojej własnej córki (czytając o tej łódzkiej morderczyni nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że stała się inspiracją dla Katarzyny W. z Sosnowca). 
W zebranych historiach znajdzie się również miejsce dla Wandy Parylewiczowej i Heleny Fleischerowej - kobiet, które za protekcje brały pieniądze. Szczególnie ciekawa wydaje się postać Parylewiczowej - żona szefa sądu apelacyjnego w Krakowie, przez którą trzeba była zaostrzyć cenzurę, a najwyżsi w państwie mieli niemały kłopot z zarzutami pod adresem ekipy rządzącej. 
Poza samymi portretami kobiet, najciekawszym punktem książki jest sprawnie przedstawiony obraz społeczeństwa II Rzeczpospolitej. Czytając książkę Kamila Janickiego przestajemy wierzyć nzaszym dziadkom i babkom, że "kiedyś było lepiej". 
Najbardziej przerażająca dla mnie była jednak historia (dzisiaj powiedzielibyśmy) pedofilska w Poznaniu, szczególnie, że osobą, która sprowadzała do burdelu młode dziewczynki była żona i matka, a dziewczęta znajdowała podczas spacerów z własnym dzieckiem.

To już druga pozycja tego autora w serii "Prawdziwe historie" wydawanej przez wydawnictwo Znak (w tej serii ukazały się również świetne Dziewczyny wojenne Modelskiego i Dziewczyny z powstania Herbich). W pierwszym moim wpisie tutaj wspomniałam, że na pewno napiszę co nieco o Pierwszych damach II Rzeczpospolitej Kamila Janickiego i myślę, że teraz jest dobry moment. Książka opowiada trzy historie trzech pierwszych dam - żon dwóch prezydentów z okresu międzywojnia.
Po śmierci Gabriela Narutowicza prezydentem zostaje Stanisław Wojciechowski, ale okazuje się, że większy w to wkład mogła mieć... Maria Wojciechowska - bardzo dobra znajoma Józefa Piłsudskiego, później dość pomijana przez męża kobieta. Janicki stawia również hipotezę, że jej rozmowa z Bolesławem Wieniawa-Długoszowskim stała się bezpośrednią przyczyną przewrotu majowego.
Maria Wojciechowska była znana ze swojej oszczędności i kilku wpadek. Sama prezydentowa jednak nie przejmowała się plotkami na swój temat i żyła po prostu swoim życiem. Nie była wzorem dyplomatki, mówiła to, co myślała, więc trudno byłoby stwierdzić, że była osobą powszechnie lubianą. Co więcej, prasa uważała ją za osobę dość nudną, więc rzadko pisała o niej, więc chwilami nawet nie była osobą rozpoznawaną przez innych.



Nie robiła wokół siebie szumu, ale też nie miała żadnego wzorca. Była pierwszą prezydentową w historii Polski, nie było wiadomo, jaka powinna być. Wyrobiła jednak sobie pewną postawę - zajmowała się kwestiami charytatywnymi, chwilami ocieplała wizerunek męża, ale sama nie była osobą ciepłą, więc nie mogła zdziałać cudów.
Najbardziej jednak podobała mi się historia małżonków, kiedy już zeszli ze świecznika i stali się na powrót ludźmi prywatnymi. Ich historia w czasie drugiej wojny światowej jest niezwykle smutna i trudna.
Jej następczynią została rezolutna Michalina Mościcka. A nic nie wskazywało na to, że to właśnie ona będzie w małżeństwie podejmowała ważne decyzje. Otóż Ignacy Mościcki ożenił się ze swoją kuzynką i nie można powiedzieć, że była to wielka miłość. Młody Mościcki raczej skupiał się na polityce i konstruowaniu bomb, niż na swojej małżonce. W dodatku bez ogródek przyznawał, że celowo wybrał młodziutką kuzynkę, żeby mieć wpływ na jej... wychowanie. W tym chyba jednak nie był dobry, bo Michalina zaczęła sama myśleć, sama działać i to w zasadzie ona odniosła większe sukcesy w pracy społecznej niż jej mąż. Prowadziła w swoim domu we Fryburgu salon, który pełnił rolę nieformalnej ambasady polskiej, działała w Lidze Kobiet, zorganizowała wręcz zbrojną obronę Lwowa po pierwszej wojnie światowej.



Już jako prezydentowa również działała - jej akcje charytatywne, żywe zainteresowanie życiem młodzieży sprawiło, że była niezwykle zajętą kobietą. Miała również sekretarkę, która została po śmierci Michaliny Mościckiej, następną panią Mościcką.
Ślub z młodą kobietą był niejako skandalem w międzywojniu. Maria Mościcka przecież znała się dobrze z prezydentową, a już kilka miesięcy po jej śmierci brała ślub z wdowcem.


Ze ślubu nie był zadowolony marszałek Piłsudski, ale i on w końcu przekonał się do nowej prezydentowej, bo ta przede wszystkim starała się kontynuować misję swojej poprzedniczki. Nie starała się pokazać, że jest inna, nowa, oryginalna. Raczej korzystała ze sprawdzonych metod działania Michaliny Mościckiej, ale również postanowiła uczyć się od Aleksandry Piłsudskiej. Przyjęła rolę uczennicy żony marszałka, w ten sposób starała się pełnić rolę ostatniej prezydentowej II Rzeczpospolitej.

Wszystkim zainteresowanym historią międzywojnia polecam książki Kamila Janickiego. Są pisane niemalże jak kryminały - historie zaczynają się swego rodzaju prologiem, potem zaś dochodzimy do tego, jak zmieniały się kobiety - bohaterki obu pozycji.




Chciałam jeszcze rzec dwa słowa o okładkach. Na okładce Pierwszych dam II Rzeczpospolitej widzimy przepiękną kobietę o klasycznej urodzie, ubraną gustownie i szykownie. Niestety ten portret ma się nijak do bohaterek książki - dwie pierwsze prezydentowe były paniami co najmniej w średnim wieku, kiedy ich mężowie obejmowali swoje funkcje, natomiast Maria Dobrzańska (później Mościcka), chociaż była kobietą dużo młodszą niż jej poprzedniczki, to również daleko jej było do portretu damy z okładki. Kobieta-wamp z "Upadłych dam II Rzeczpospolitej" zaś również niekoniecznie współgra z treścią, bo lektura tej książki, że zbrodniarkami zdecydowanie częściej okazywały się zupełnie niepozorne kobiety, którym daleko było wyglądu pani z okładki. Niemniej, obie okładki przyciągają wzrok i kobiety na nich przedstawione są po prostu piękne.

sobota, 4 października 2014

Plany na jesień


Tak, zaczęła się najpiękniejsza pora roku. Ta najprzyjemniejsza część roku, która kojarzy mi się bezsprzecznie z kocem, kubkiem herbaty i opasłym tomiszczem.
A jednocześnie słucham częściej muzyki (ostatnio zakupiłam płytę Kroke i zachwycam się za każdym razem), wracam do starych utworów, które mi się jednoznacznie z jesienią kojarzą, a powyższy utwór Buldoga jest chyba najbardziej wymowny ze wszystkich. 
Czy macie jakieś plany na tę długą jesień? Plany czytelnicze oczywiście? 
Dla mnie jesień to idealny czas na nadrobienie zaległości w klasyce (ale dla mnie każdy okres w roku jest dobry, żeby nadrobić klasykę), więc bardzo chcę przeczytać tej jesieni Absalomie, Absalomie Faulknera. Nie wiem, czemu nigdy wcześniej nie sięgnęłam po tę książkę (zapewne przez ten sam fakt, przez który nie sięgnęłam ciągle po inne pozycje - Czasu tak mało, książek tak dużo!), ale tytuł zawsze mnie zachwycał. Tak, powieść Faulknera to pozycja obowiązkowa tej jesieni u mnie w domu (może jeszcze bardziej precyzyjnie, u mnie, bo mąż właśnie kończy czytać Cesarza Kapuścińskiego i zabiera się za Pieśń Lodu i Ognia Martina). 
Punkt drugi mojego planu to sentymentalny powrót do serii o Ani Shirley. Wiem, wiem... Jestem już stara, a serię czytałam (chociaż nie każdą pozycję) nie raz, nie dwa. Ale ostatnio zakupiłam kilka książek o Ani i już brakuje mi dosłownie dwu książek. Patrzą więc na mnie książki Lucy Maud Montgomery i nęcą, nęcą... Nie dam się więc długo nęcić. 
Kolejna książką z listy lektur obowiązkowych tej jesieni to wydana niedawno w Polsce powieść Jaume Cabre Głosy Pamano. Po bardzo przyjemnej ubiegłorocznej lekturze Wyznaję naprawdę jestem pełna oczekiwań i nie mogę się doczekać aż w końcu zakupię i tę pozycję. Swoją drogą autor będzie na tegorocznych Targach Książki w Krakowie, na które się wybieram i mam nadzieję go spotkać.
I wtedy już chyba nadejdzie zima, prawda? 
Bo na zimę też mam już coś, co koniecznie chcę przeczytać - tej zimy będzie to przede wszystkim Zimowa opowieść Marka Helprina!

niedziela, 14 września 2014

Obowiązkowy wrześniowy powrót, czyli...

Chyba kiedyś wspominałam, że mam takie małe rytuały związane z powrotami do ulubionych książek. I jednym z tych powrotów obowiązkowych niejako jest wrześniowe czytanie powieści Magdy Szabó - Tajemnica Abigél . Pierwszy raz tę powieść przypadkowo wypożyczyłam w mojej osiedlowej bibliotece jako młodsza nastolatka i po prostu zakochałam się od razu. Na pozór to typowe czytadło dla dziewcząt, ale z wszystkich tych czytadeł akurat to jedno jest moją ukochaną powieścią i wracałam do niej kilkanaście razy.


 Magda Szabó, Tajemnica Abigél. Wydawnictwo Bona, 2012.
Główną bohaterką powieści węgierskiej pisarki jest Georgina Vitay - nastoletnia córka generała Vitayego, która na początku książki dowiaduje się, że ojciec wysyła ją na pensję. Nie wie nic więcej, nie wie, gdzie pensja się znajduje, dlaczego musi opuścić ukochany Peszt, rozstać się z guwernantką Marchelle i ulubioną ciocią Mimó. Podejrzewa, że ojciec chce powtórnie się ożenić i dlatego pozbywa się córki z domu. Gina jest dziewczyną inteligentną i po namyśle dochodzą do niej argumenty ojca, że trwa wojna (II wojna światowe), że Marchelle jest Francuzką, a on jako generał ma dużo obowiązków. Ale rozstanie z dotychczasowym życiem boli i Gina bardzo wyjazd na pensję przeżywa. 
W czasie podróży córka prawie nie odzywa się do ojca. Sama orientuje się, że ojciec wywozi ją do Arkodu. A tam czeka pensja imienia biskupa Matuli. Nie jest to pensja zwyczajna - to w zasadzie twierdza, więzienie o surowym rygorze, wysokich wymaganiach. W dodatku dla niepraktykującej religijnie Georginy szokiem jest profil szkoły - jest to placówka religijna wyznania protestanckiego. Dziewczyna jest zupełnie nieprzystosowana do tego typu szkoły - do tej pory była rozpieszczana przez najbliższych, chodziła do teatru, na koncerty, bawiła się na herbatkach u cioci, gdzie miała nawet swojego adoratora - porucznika Feriego Kuncza. A na pensji surowy regulamin zabiera jej w zasadzie wszystko, do czego była przyzwyczajona. 
Ale wśród grubych murów szkoły, wśród zakazów i kar jest ktoś, kto niesie nadzieję - czyniąca cuda Abigél . Od koleżanek dowiaduje się o legendzie szkoły - figurze przedstawiającej dziewczyną z amforą, do której można zwrócić się z problemami. 
Jak można się domyślić, problemy Ginę czekają na pensji, więc sama będzie potrzebowała pomocy mitycznej Abigél.
Powieść osadzona jest w czasie II wojny światowej, a więc mamy do czynienia z niechlubną kartą historii Węgier - państwo wspierało III Rzeszę w wojnie przeciw ZSRR. Ta kwestia oczywiście w książce nie została pominięta, a wręcz jest osią, wokół której osnuta jest historia Georginy Vitay. 
Wiem, że w Polsce w latach osiemdziesiątych emitowany był węgierski serial na podstawie powieści Magdy Szabó. Nigdy nie było mi dane go zobaczyć, a chętnie bym to uczyniła. Oglądałam jednak spektakl w Teatrze Telewizji z Piotrem Fronczewskim i Agnieszką Krukówną pt. Abigél. 



 Kadr z spektaklu Teatru Telewizji Abigél
Ze swojej strony polecam natomiast inne powieści autorki, szczególnie Staroświecką historię, o któej pisałam tu oraz Zamknięte drzwi, w której Szabó kolejny raz nawiązuje do II wojny światowej.

środa, 3 września 2014

Wewnętrzne rany

Powieść Sunset Park to moje pierwsze spotkanie z Paulem Austerem. A w zasadzie drugie, bo pierwsze było przeczytanym wywiadem w "Książkach. Magazynie do czytania". Tak mi się wywiad spodobał, że postanowiłam spotkać się już tylko literacko z tym amerykańskim pisarzem. Dorzuciłam więc kiedyś do zamówienia najnowszą powieść, wydaną w USA w 2010 roku. Naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc Auster dojrzewał na półce mojego regału, aż do 1 września. 
I tak oto wsiąknęłam w deszczowe wrześniowe popołudnie z zachwytem przerzucając kolejne strony. I mam niestety wrażenie, że obojętnie co bym tu nie napisała, to historia może wydać się tak prosta, że wręcz banalna i mój gorący zachwyt wyda się Wam trochę niezrozumiały. 



Mamy więc głównego bohatera, spiritus movens powieści, oś, wokół której poznajemy losy pozostałych bohaterów - Miles. Miles jest owocem nieudanego małżeństwa inteligentnego Morisa, który jest właścicielem wydawnictwa oraz młodej, niedojrzałej aktorki, która w końcu porzuca męża i sześciomiesięcznego syna dla kariery i dla własnego rozwoju. 
Milesa poznajemy, kiedy ten ma dwadzieścia osiem lat i fotografuje opuszczone domy. Sam zdaje sobie sprawę, że cierpi na brak ambicji, przyjmuje życie bez szarpania się, dryfuje wśród ran z przeszłości i nowych kłopotów, które pojawiają się wraz z poznaniem Pilar. Miles od siedmiu lat ciągle ucieka, trochę przed przeszłością, trochę przed wyrzutami sumienia, a najbardziej przed samym sobą. Zdaje się, że dopiero lecznicza siła miłości do młodej Pilar i chciwość siostry dziewczyny pcha do pogodzenia z własnymi demonami. Przenosi się do Nowego Yorku, do miejsca Sunset Park, aby z trójką innych, samotnych ludzi zamieszkać nielegalnie w starym, niepasującym do niczego domu. 
I w zasadzie wtedy zaczyna się najlepsza część powieści - Bing, Elen i Alice - trójka zagubionych, poszukujących swojego miejsca na ziemi samotnych ludzi, którzy przez parę chwil chcą stworzyć coś wspólnego. Dla Alice zamieszkanie w Sunset Park to konieczność, dla niezdecydowanej Elen chwila przetrwania kolejnych miesięcy, ale dla Binga idea, której broni gwałtownie do końca. 
Dużo w powieści odniesień do literatury, do filmu - bohaterowie rozmyślają o ranach swoich i cudzych, próbując iść dalej. Wszyscy oni mają jakieś wewnętrzne rany, odczuwają ból, który utrudnia im percepcję świata, a skazuje na wieczne poszukiwania. Kiedy wydaje się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, system, który jest wrogiem dla ich wrażliwości, znów wkracza brutalnie w ich życie. 
Paul Auster pisze pięknie. Nie jest to język wyjątkowo trudny, a styl zagmatwany. Paul Auster pisze jednak na tyle pięknie, że nawet przy opisie cielesności brzydkiej ja się zachwyciłam. Mogę wręcz z czystym sumieniem powiedzieć, że zakochałam się, a przede mną jeszcze inne powieści pana Austera, na które czekam z niecierpliwością.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Konstanty Ildefons Gałczyński

Prośba o wyspy szczęśliwe


A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością…




Temat miłość spełnionej, domowej, trwającej wśród codziennych akcesoriów, kuchennych zapachów, uczynił poeta swoją specjalnością. Taki wybór czasami drażnił krytyków: "Zagórski i Gałczyński to poeci małżeństwa" - zanotowała Małgorzata Baranowska w Prywatnej historii poezji - i z nutą irytacji dodała: "Dla żony, o żonie, na rocznicę ślubu". Do dzisiaj na zaproszeniach weselnych pojawiają się często wersy Gałczyńskiego: "Nie byłoby małżeństwa, / gdyby nie nasza miłość" albo "przez wieczność świecić będą obrączki na ręku". Jego strofki aż się proszą o przepisanie na rocznicę: konsekwentnie, latami tkał miłosną makatkę, gdzie żona oznacza dom, "małe wesołe rzeczy", powszechność zmienioną w bajkę. (Anna Arno, Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta)

Planując wakacje na Mazurach po prostu wiedziałam, że muszę odwiedzić Leśniczówkę Pranie. O tym miejscu opowiadał mi wielokrotnie ojciec, który może i nie był wielkim fanem poety (bo i nie jest amatorem poezji w ogóle), ale wycieczka w tym miejscu zrobiła na nim chyba duże wrażenie, skoro tyle razy wspomniał o wizycie w tym punkcie. 
Do wycieczki tej przygotowałam się odpowiednio. Zaplanowana została na dzień powrotu na Śląsk, więc cały tydzień pobytu w Dułach koło Olecka podczytywałam pod drzewem nad brzegiem jeziora biografię poety autorstwa Anny Arno. Jeśli miałabym w jednym zdaniu powiedzieć coś o tej pozycji, z pewnością brzmiałoby ono: "Tak powinny być pisane biografie poetów". Autorka dokładnie opisuje koleje życia poety, nie idealizując, ale i nie krytykując, a jednocześnie nie ma się wrażenia, że czyta się tylko suche fakty z życiorysu. Z idealnym wyczuciem rysuje obraz poety-czarodzieja, poety-zjadacza chleba, poety-męża, poety-ojca... A wszystko to obficie ilustruje fragmentami poezji. 







Na samym początku zamieściłam mój ulubiony wiersz poety. Właśnie takiego lubię go najbardziej - poetę, który tak pięknie pisał o miłości. I wiem, że zazwyczaj w poezji mnóstwo jest opisów przeżyć nieszczęśliwych kochanków, pewnie przekornie, sama szukam najlepiej odczytuję właśnie te wiersze Gałczyńskiego - o miłości "zwykłej", spełnionej, małżeńskiej. (Może i dlatego, że po prostu sama taką miłość właśnie znam - "zwykłą", spełnioną, małżeńską.) Nie wspomnę już o Rozmowie lirycznej, która czytana przeze mnie jeszcze jako dziecko wywoływała duże wrażenie. 
Ale Gałczyński to przecież nie tylko poeta małżeńskiej miłości (a z książki dowiedziałam się, że poza wierszami do "srebrnej" Natalii, popełnił kilka do innych kobiet), ale i przecież mistrz żonglerki słownej, ekscentryk, twórca legendarnego Teatrzyku "Zielona gęś", a i człowiek, który pisał chwilami jak rzemieślnik, żeby wyżywić rodzinę (miał delikatny problem z pracą na etacie). 
Najbardziej wzruszył mnie rozdział o wojennym okresie życia Gałczyńskiego. Ten niesamowicie płodny literat prawie umilkł na kilka lat. Prawie całą wojnę spędził w obozach jenieckich, nie lubił o tym okresie opowiadać. I chociaż przez cały ten czas bał się o żonę i córkę, powierzył ich opiekę Jerzemu Waldorfowi, to przecież pod koniec wojny coś w nim pękło - miotał się między kolejnymi kochankami, nie dał znaku życia (w prasie polskiej kilkakrotnie go uśmiercono), zwlekał z przyjazdem do Polski czy sprowadzeniem rodziny na emigrację. 
Ale jednak wrócił (co prawda z kochanką, ale żona szybko się jej pozbyła, co ciekawe kochanka - poetka Maruta Stobiecka, koniec końców, zamieszkała w moim mieście). I wtedy właśnie do życia powołał Zieloną Gęś i czterokrotnie w latach pięćdziesiątych odwiedził Leśniczówkę Pranie. 
I ja tam byłam, zdjęcia zrobiłam: 


(Ścieżka edukacyjna - ta droga prowadzi wprost do leśniczówki)

(Budynek leśniczówki z wbudowaną pamiątkową tablicą)

(Biurko, przy którym pracował poeta)

(A tu tabliczka na biurku informująca o tym strasznym czynie - z typowym dla poety humorem)

(A tu nowa Zielona Gęś - już odpowiednio zabezpieczona)

(I jeszcze jedna, wita odwiedzających)

(Jedna ze ścian w muzeum)

(Maska pośmiertna poety)

(Tuż za płotem leśniczówki takie oto schody prowadzą wprost do jeziora Nidzkiego - tam niestety bardzo przestraszona osa kilkukrotnie użądliła mojego męża, więc za długo nie nacieszyłam się tym pięknym widokiem, bo musiałam go ratować)

Wnioski nasuwają się więc dwa:
1. Koniecznie przeczytajcie biografię poety autorstwa Anny Arno, bo naprawdę warto.
2. Będąc w pobliżu Leśniczówki Pranie grzechem byłoby muzeum nie odwiedzić.

czwartek, 31 lipca 2014

Wycieczka paraliteracka

Odwiedziłam wczoraj pierwszy raz Muzeum Prasy Śląskiej w Pszczynie. Samo miasteczko, położone w województwie śląskim znane jest przede wszystkim z Zamku Pszczyńskiego, magnackiej siedziby książąt pszczyńskich. Miasteczko jest naprawdę urocze - Zamek otoczony parkiem, Rynek, ulica Piastowska (główny deptak miasta), przy której nie znajdziemy sieciówek (od razu to zauważyłam) a tylko sklepiki jak z powieści Krystyny Siesickiej (pasmanteria, piekarnia, sklep obuwniczy, apteka). Przy tejże Piastowskiej mieści się, w kamieniczce z XVII wieku Muzeum Prasy Śląskiej.

 Apteka pod Murzynem przy ulicy Piastowskiej

Pszczyński Rynek

Muzeum postało w latach osiemdziesiątych XX wieku, aby ocalić budynek, dla którego nie było pomysłu. Pomysł, aby mieściło się tam muzeum prasy jest związane z historią miasteczko, otóż w Pszczynie powstała pierwsza polskojęzyczna, legalna gazeta "Tygodnik Polski poświęcony włościanom". Czasopismo nie było nastawione politycznie, inicjator Christian Schemml, miał na celu edukację włościan, a więc pisywano o uprawie ziemniaków, hodowli pszczół itp. 
Miasto związane jest również z przemysłem drukarskim. W muzeum możemy zobaczyć mapę z pierwszymi śląskimi drukarniami oraz eksponaty związane z drukiem książek, jak i same starodruki. 
W muzeum można zobaczyć maszyny poligraficzne. Początkowo, dla takiego laika jak ja, może być trudne zrozumienie, jak to mogło działaś, ale przemiła pani wyjaśniła mechanizm i system pracy przy składaniu tekstu. 



W ramach zwiedzania puszczany jest również krótki film o historii drukarstwa oraz użytkowaniu tajemniczych maszyn. 
Ale najciekawsze dla mnie były oryginalne czasopisma z XIX oraz XX wieku, które ukazywały się na Śląsku. Prezentowane artykuły związane są głównie z ważnymi historycznymi wydarzeniami, np. plebisctytem z roku 1921 oraz z nastrojami społecznymi w przededniu wybuchu II wojny światowej. 

Oryginalna urna wyborcza z plebiscytu śląskiego

Przykłady prasy z okresu powrotu Śląska do Polski ("Kocynder" wydawany przez Stanisława Ligonia)

Gazeta z dnia 31 sierpnia 1939 roku, kiedy jeszcze wierzono w zawarte umowy międzynarodowe

Muzeum Prasy Śląskiej jest na Szlaku Zabytków Techniki, warto je odwiedzić przy okazji pobytu w Pszczynie. Cena biletu jest stosunkowo nieduża (bilet "normalny" kosztuje 9 zł), a ciekawostek jest dużo (ja akurat byłam świadkiem korzystania z maszyny poligraficznej przez panią na potrzeby współczesne). 

wtorek, 8 lipca 2014

Świeżo po przeczytaniu

Przed paroma chwilami dosłownie skończyłam czytać debiutancką powieść Joanny Szwechłowicz Tajemnica szkoły dla panien. Książka promowana jest jako kryminał retro, kusi piękną okładką, na której widnieje piękna kobieta żywcem prawie wyjęta z lat dwudziestych. 

A więc do dzieła. Rzecz się dzieje w niewielkiej miejscowości w poznańskiem na przełomie 1922 i 1923 roku. Echa zaboru pruskiego i niedawnego powstania ciągle są żywe i tym oto kluczem oceniany jest między innymi młody policjant Wojtek, któremu sugeruje się homoseksualizm, bo i na powstaniu nie był, i czerwony szalik nosi. Nie do końca wiadomo, kto tu Niemcem, kto Polakiem, a kto Prusakiem (wuj głównego bohatera niezadowolony z młodej państwowości polskiej uważa się za Prusaka i czyta "niemieckie szmatławce"). Jakże to kłóci się z wielkim patriotyzmem, który znamy z kart Między ustami a brzegiem pucharu (wszak akcja tej powieści działa się tylko kilkanaście lat wcześniej na tych rejonach), gdzie nawet z młodzieńca, który dumny był z tego, że jest Niemcem, zrobiono wielkiego polskiego patriotę brzydzącego się tym, co niemieckie. U Szwechłowicz też się przypadki, że właściciel cukrowni Montag po powstaniu jest nagle Polakiem Poniedziałkiem, ale nie łudźmy się, to z wyrachowania. 
Powieść zaczyna się podczas nudnego listopadowego popołudnia niedzielnego, kiedy to panienki wracają do tytułowej szkoły, a rzecz tę obserwuje nauczycielka w średnim wieku, bo zbliżająca się, o zgrozo, do trzydziestki - panna Łucja Kalinowska. Jej brak złudzeń, inteligencja i ironiczne poczucie humoru wzbudziły moją sympatię i myślałam, że to ona będzie główną postacią, ale tak się jednak nie dzieje. Panna Kalinowska tego samego popołudnia odcina sznur, na którym powiesiła się jedna z uczennic (w trakcie, kiedy nauczycielka obserwowała okolicę z okien swojego pokoju). Uczennica nie jest ani ważna, ani mądra, w dodatku sierota i po oględzinach lekarskich stwierdza się, że, na domiar złego, puszczała się z kolegami z męskiego gimnazjum, więc szybko podkomisarz Ratajczak stwierdza, że dziewczyna pewnie popełniła samobójstwo, a precyzyjny węzeł żeglarski mógł być jej znany skądkolwiek. 
Podkomisarz Ratajczak jest, można by rzec, nieudacznikiem życiowym. Do tej pory nie awansował, żona za to bardzo tego pragnie i daje mu do zrozumienia, że sprawa morderstwa to jego szansa. Bohater zdaje sobie sprawę, że jego małżeństwo również nie jest do końca udane (chociaż trzeba przyznać, że na tle małżeństw notabli miasteczka mogłoby uchodzić za wzór), a synek jest głupi i ciamajda. Ma też dwie szwagierki, które musi utrzymywać, bo szanse na małżeństwa dla nich odpływają z każdym dniem. 
I wróciłby pewnie podkomisarz do tropienia złodzieja worków z cukrem ze wspomnianej już cukrowni, ale niestety pojawia się następny trup w postaci jego pomocy domowej - Hanki. I tu już niestety nie ma wątpliwości - jest to morderstwo, bo trup Hanki, owszem, wisi na drzewie, ale niestety "korpusem w dół" bo głowa została precyzyjnie obcięta. 
Śledztwo Ratajczaka mierzi, nie chce mu się mordercy szukać. Żona się mądrzy, że zdaje się jej, że ma to wymiar polityczny. Ciotka wprowadza go w tajniki działalności Towarzystwa Higieny Moralnej i Cielesnej, sugerując, że to któraś ze zdradzonych żon zabija dziewczęta. A przełożony szuka wywrotowców i każe mu pilnować podczas wizyty biskupa, przyjaciela Ratajczaka, Juliana Wernera, który, poza tym, że jest miejscowym księgarzem, to na dodatek jest miejscowym socjalistą, bo jak rozmyśla Klara, każde miasteczko ma swojego socjalistę, więc i Mańkowice takiego posiadają, ale nieudolnego, jak wszystko w miasteczku. 
Nie jest to jednak kryminał. To powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym w tle. Autorka przywiązuje wagę do szczegółów określających bohaterów - podkomisarz podjada ciągle landrynki, miejscowa wyzwolona dziennikarka i była nauczycielka zamawia z Berlina jedwabne pończochy, których zazdrości jej Klara, która do tej pory nosiła najkrótsze spódnice w mieści (odsłaniały łydki!). Poza tymi smaczkami, pozytywną stroną powieści jest styl i poczucie humoru pani Szwechłowicz. 
Mnie czytało się lekko i przyjemnie. Zawiedziona jednak jestem faktem, że rzecz nie dzieje się w szkole dla panien, jak wskazuje tytuł, bo szkoła po pierwszym morderstwie przestaje istnieć. Tutaj czuję się trochę oszukana, bo uwielbiam powieści z pensją w tle. 
Mimo wszystko - polecam! 

niedziela, 6 lipca 2014

Subiektywny przegląd lektur na lato

Mamy więc lato. 
Od razu uczciwie powiem, że nie lubię tej pory roku. Siedzę właśnie w sypialni, która położona jest od północy, bo chłodniej, bo nie ma natarczywych promieni słonecznych (i nie ma telewizora, i męża), ale i tak posiłkuję się chłodną wodą i luźnymi szatami w postaci koszulki męża. Niemniej, lato ma swoje dobre strony. 
W moim dwudziestosiedmioletnim życiu, tak się złożyło, że nigdy nie pracowałam w okresie wakacyjnym, więc są to kolejne wakacje w moim życiu (pomijam wrześniową pracę podczas studiowania - wszak i to były wakacje dla studentki). A więc wolne! Kończę pracę papierkową w szkole, przygotowuję się psychicznie do wyjazdów (a mam zaplanowany wyjazd na Mazury z mężem i w nowosądeckie do pracy), ale i tak jakoś więcej czasu mam na czytanie. Melancholijnie wracam też myślami do przeszłych letnich lektur, więc dzisiaj powspominam, co pamiętam najlepiej.

Po pierwsze, skoro lato, skoro wakacje, to i książka, której rzecz się dzieje o tej właśnie porze roku, jest miła, przyjemna, a i po prostu lubię do niej wracać - Małgorzata Musierowicz, Nutria i Nerwus.
zdjęcie pochodzi ze strony empik.com

Główną bohaterką jest rudowłosa polonistka, która nie znosi upałów (prawie jak ja, pomijając oczywiście rude włosy) i właśnie zrywa znajomość z pewnym antypatycznym jegomościem. Pakuje się, zabiera przy okazji swoje siostrzenice i ucieka do Łeby. Niestety, w pociągu odnajduje ją niezrównoważony psychicznie młody mężczyzna, a rudowłosa Natalia zmuszona jest przed nim uciekać, przez co ląduje w lesie z chorą na ospę wietrzną siostrzenicą. Brzmi głupio, bo i postępowanie głównej bohaterki jest niedojrzałe, nieprawdopodobne i... głupie miejscami, ale i tak czyta się przyjemnie. A tytułowy Nerwus (niezrównoważony typ) jest jednym z moich ulubionych mężczyzn w Jeżycjadzie. Książka na jedno popołudnie, ot, na hamaku z zimną lemoniadą polecam. 

Po drugie, skoro jesteśmy już przy Małgorzacie Musierowicz, to jest jeszcze jedna książka, którą pamiętam, czytałam w wakacyjną sobotę, chroniąc się w pokoju (mój pokój w rodzinnym domu również był od strony północnej) przed skwarem. Małomówny i rodzina ma wiele wspólnego z Nutrią i Nerwusem, bo antypatyczny jegomość, z którym Natalia zrywa na samym początku powieści, w Małomównym... jest bardzo mądrym przedstawicielem młodzieży i zapowiada się bardzo dobrze. Do tego zagadka, biblioteka w niewielkiej miejscowości, kura i rodzina. Polecam, szczególnie młodszym (moi uczniowie z klasy czwartej czytali jako dodatkową lekturę).
zdjęcie pochodzi ze strony matras.pl

Po trzecie, pamiętam cudne lato, kiedy miałam lat osiemnaście i czytałam w ogrodzie, pod wiśnią Idiotę Fiodora Dostojewskiego. Wprawdzie lektura to ani lekka (acz uważam, że obcowanie z Dostojewskim jest zawsze przyjemne), ani letnia, ani pewnie nikt nie podałby jej w żadnym rankingu lektur na lato, ale uważam, że lato jest właśnie idealnym okresem na nadrobienie zaległości w klasyce. Powieść Dostojewskiego uważam, za najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam. Tak się składa, że nikt jak Dostojewski nie potrafi tak emocjonalnie na mnie działać (przy Zbrodni i karze płakałam jak bóbr i nie umiałam się uspokoić, chociaż akurat zadzwonił dzwonek na lekcję i wszyscy spoglądali na mnie z politowaniem). Dostojewski skłania do myślenia, Dostojewski jest najlepszy na dylematy moralne, Dostojewski geniuszem jest po prostu. A czy urlop, zatrzymanie się na chwilę nie jest dobrym momentem po sięgnięcie właśnie po coś wielkiego?

zdjęcie pochodzi ze strony empik.com

Po czwarte, teraz muszę się przyznać, że moje letnie i wakacyjne lektury, poza pierwszymi dwiema pozycjami, są chyba cięższego kalibru, mimo wszystko. Zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam już o żadnej lekturze, która nie byłaby z nurtu literatury historycznej (wakacje w Świnoujściu spędzone z biografią Benito Mussoliniego do dzisiaj rodzice wspominają jako dziwne właśnie ze względu na mnie zaczytaną na plaży w coś tak nienormalnego), czy naukowej (choćby powrót do Średniowiecza Teresy Michałowskiej, aby doczytać raz jeszcze i dokładnie, to co fascynowało mnie w literaturze staropolskiej, chociaż było już po egzaminie). Tradycyjnie więc czytam teraz książkę o Krystynie Skarbek (Jarosław Molenda, Krystyna Skarbek. Królowa antyniemieckiego podziemia czy zdrajczyni?) i (zakupione niedawno) studium historyczno-literackie wspomnianej już Teresy Michałowskiej Ego Gertruda. 
zdjęcie pochodzi ze strony dedalus.pl

A inne pozycje, które świetnie sprawdzą się podczas wakacji/urlopu/lata?
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem - nawet jeśli przeczytało się tę powieść już nie raz, to powrót do losów Scarlett jest dla mnie zawsze przyjemnością. 

Anna Dziewitt-Meller i Marcin Meller, Gaumardżos. Opowieści z Gruzji. Podróż do Gruzji jest ciągle na liście moich marzeń, a książka państwa Mellerów tylko tę chęć pogłębiła. Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić (jak ja) na podróż, to może książka z podróży (i to niejednej) będzie jakąś małą rekompensatą? 

Czesław Miłosz, Dolina Issy - podróż do świata dzieciństwa i lat młodzieńczych, jedna z piękniejszych książek, jakie miałam przyjemność czytać. 

Ken Follett, Filary Ziemi - a po Filarach... proszę sięgnąć po drugą część, czyli Świat bez końca. To akurat lektura, mimo pokaźnych rozmiarów, idealna na wakacje. Czyta się szybko, bardzo przyjemnie, bo i fabuła nieskomplikowana, ale za to jak wciąga! 

Ryszard Kapuściński, Heban - a może podróż do gorącej Afryki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Bardzo lubię reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, a te czytałam jako pierwsze, może stąd ten sentyment? A może to te opisy smaków, zapachów? 

A Wy? Jakie lektury polecacie na lato? 


sobota, 21 czerwca 2014

Plastykowe sandałki

Łapię się czasami na myśli, że jestem stara. 
Tak i nie jest to żadna kokieteria. Mam dwadzieścia siedem lat (i dwa miesiące), pojedyncze siwe włosy, które wyszukuje mi mąż z nieukrywaną radością jako odwet na moich komentarzach dotyczących jego zakoli na trzydziestoletnim czole, zmarszczek chyba brak, ewentualnie te od "myślenia" bo nawet nie od uśmiechu... Ale... Mam dwadzieścia siedem lat, co oznacza, że urodziłam się w roku 1987, w Polsce, której już dzisiaj nie ma. Jak przez mgłę pamiętam kolejki po chleb, w których stałam z mamą, tuż po tym, kiedy tata wyjeżdżał na rowerze "ruskim" do pracy. Pamiętam słodycze robione przez mamę, bo w sklepach nie było ich dużo. 
Pamiętam, co może dziwne, moją przeprowadzkę do domu, w którym mieszkałam 22 lata - dom, którego budowę rozpoczął mój pradziadek, a którą to budowę przerwała jego śmierć w roku 1963. Tata, od razu po podjęciu decyzji i założeniu rodziny, zaczął ten dom obudowywać, ulepszać, remontować. Rodzice przez pierwsze trzy lata małżeństwa mieszkali w mikroskopijnym pokoiku w trzypokojowym malutkim mieszkaniu dziadków (a dodam, że mieszkał tam jeszcze brat mamy) i, jak opowiadają, niektórych prezentów ślubnych nie odpakowali aż do przeprowadzki, bo musieli je ułożyć misternie aż pod sufit i cierpliwie czekali na ten moment. Zamieszkałam więc w domu w roku 1989. 
I spędziłam najpiękniejsze dzieciństwo jako chyba jedna z ostatnich, inaczej, może pokolenie spędziło piękne dzieciństwo jako prawdopodobnie ostatnie... 
W roku 1990 dołączyła do mnie siostra. Całe dnie spędzałyśmy na dworze, podjadałyśmy mirabelki (ale to nie o nas poseł Niesiołowski rozprawiał u Moniki Olejnik), biegałyśmy wśród pól rzepaku, czytałyśmy książki o krasnoludkach, chodziłyśmy po lesie zbierać dziurawiec, jadłyśmy jagody prosto z krzaków, biegałyśmy boso wśród kałuż, tworzyłyśmy pikniki z koleżankami ze skromnym wiktem, ale jakże bogatą wyobraźnią, zbierałyśmy karteczki do segregatora, a największą atrakcją dla małej Zuzi było obejrzenie z bliska punków z kolorowymi czubami. 
A moda! Och, czegóż to nie nosiliśmy! Oglądając dzisiaj zdjęcia z dzieciństwa swoje i znajomych, okazuje się, że pewne ubrania nosili po prostu wszyscy i nikt nie czuł się z tym źle. Taką częścią garderoby, która łączy mnie i mojego męża (sic!) to koszulka biała, najzwyklejsza na świecie, w niebieskie paski. Miałyśmy z siostrą szerokie letnie spodnie w bohomazy straszne, miałyśmy krótkie obcisłe spodenki z myszką Micky i... plastykowe sandałki! Okropne były, ale jednocześnie, jakie piękne! I te kolory! 
A piszę o tym nie tylko dlatego, że jestem sentymentalna. Po prostu przeczytałam książkę Pauliny Wilk Znaki szczególne. Autorka książki jest ode mnie starsza i lepiej pamięta lata osiemdziesiąte, lepiej kojarzy fakty z okresu przełomu (między innymi swego rodzaju degradację nauczycielki języka rosyjskiego w swojej szkole), była naocznym świadkiem przemiany - nagle ludzie, którzy żyli na podobnej stopie życiowej, zaczynali się różnić między sobą. Przyszło nowe i część wykorzystała okres przemian, również ekonomicznych, na swoją korzyść, część została na swoim miejscu. 

Paulina Wilk, Znaki szczególne. Wydawnictwo Literackie, 2014. (Obraz pochodzi ze strony wydawnictwa)

Czytając Znaki szczególne naprawdę miałam poczucie zrozumienia, sama zresztą pewne rzeczy obserwuję dzisiaj, ale jednocześnie czuję, że nie do końca wliczam się do tego pokolenia i to z racji tego, że jestem młodsza (chociaż ciągle urodzona w latach osiemdziesiątych). Może to kwestia małego miasteczka, może kwestia tego, że moi rodzice na rzucili się na głęboką wodę po roku osiemdziesiątym dziewiątym, może to kwestia po prostu tego, że mam charakter taki, a nie inny, ale nie śpię w nieswoim łóżku, w nieswoim mieszkaniu (tu akurat kwestia ogromnego szczęścia), nie mam ambicji pięcia się po szczeblach kariery i zamieniłam pięknie brzmiącą specjalizację na bycie nauczycielką, co dzisiaj trąci myszką chyba, nie mam parcia na podróże za wszelką cenę, marzę o odwiedzeniu kilku miejsc na świece, ale na razie odkrywam powoli Polskę i wolę popijać leniwie kwas chlebowy niż smakować smaków obcych. 
Jednocześnie mam wrażenie, że nie jestem jedyna. I może doświadczenia autorki pokazują, że większość jej znajomych pnie się po szczeblach kariery i pędzi w stronę konsumpcjonizmu, że może często wybiera drogę w pojedynkę (już nie stare panny, a singielki), ale... To chyba zbyt duża generalizacja. 
O ile część książki traktującą o tym, co było i już nie wróci, czyta się z łezką w oku i przerywa się lekturę co chwilę, aby podzielić się z mężem, żeby wspomnieć jakąś historię swoją lub autorki (a często były zbieżne), to jednak opis naszego pokolenia w teraźniejszości jest trochę zbyt proste. Nie twierdzę, że to nieprawda, że nie jest to jakiś obraz pokolenia. Owszem, ale jednak nie jedyny... 
Niemniej polecam (mężowi poleciłam, przeczytał jednym tchem) każdemu, nie tylko tym, urodzonym w latach osiemdziesiątych. Czyta się bardzo dobrze, bardzo podoba mi się styl autorki (a to, poza Tygodnikiem kulturalnym, moje pierwsze spotkanie z Pauliną Wilk) i z pewnością sięgnę po jej Lalki w ogniu, na które od dawna mam ochotę.

środa, 4 czerwca 2014

Czytamy

Ponoć dzieci i młodzież nie lubią czytać. Ponoć książki są dla nich złem koniecznym. Ponoć nie da się tego tak łatwo zmienić. 
Ale ja po prawie roku pracy w szkole, gdzie mam przyjemność pracować z uczniami zarówno szkoły podstawowej, jak i gimnazjum, stwierdzam, że nie jest tak źle. 
Nie lubią lektur - to fakt. Ale i w tej dziedzinie zdarzają się wyjątki. Jak pisał poeta z Czarnolasu "serce roście" patrząc na to, kiedy uczeń dopytuje, kiedy w końcu będziemy omawiać Krzyżaków (lekturę, której ja, jako gimnazjalistka, nie lubiłam, a przekonałam się dopiero w tym roku). Piątoklasiści po omówieniu wszystkich pozycji żywo dyskutowali, która lektura była według nich najlepsza i okazało się, że każda znalazła swoich amatorów. Odpowiednio zmotywowani uczniowie czytają nawet lektury dodatkowe (dla piątej klasy byli to Bracia Lwie Serce, a dla czwartoklasistów Małomówny i rodzina). 
Mało czytają, też fakt, ale za to są tacy, co każdą przerwę spędzają w szkolnej bibliotece, przeglądają książki, szukają czegoś interesującego dla siebie, uczestniczą aktywnie w życiu biblioteki. 
Niby książek nie lubią, ale, kiedy ogłosiłam akcję "Wymień się książką" to chętnie przynosili swoje i przeglądali książki innych.
Znają więc Harry'ego Pottera, chociaż nikt ich nie zmusza do czytania (a może właśnie dlatego znają?), lubią Hobbita Tolkiena, a tu już tylko krok do tego, aby przeczytali trylogię. Lubią fantastykę, więc może więcej takich pozycji powinno znaleźć się wśród książek, które mają zachęcać do czytania? W szkole poznałam też prawdziwą fankę Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. 
Uczniowie czytają! Tutaj kilka dowodów: 
Flash mob książkowy w szkole, w której uczę - uczniowie na długiej przerwie po prostu czytali.
Jak widać, komiksy też cieszą się popularnością. 
Lekcja języka polskiego pod chmurką.
Autorka bloga czyta Dziewczyny z powstania

Poza czytaniem sobie, czytano również młodszym. Moja klasa wybrała się więc z wizytą do zaprzyjaźnionego przedszkola i czytała baśnie, recytowała wiersze i rozmawiała o książkach z młodszymi kolegami i koleżankami. 
A maluszki najbardziej zainteresowane były ilustracjami.
Występ "Moli książkowych" (dziewczynki z Koła Bibliotecznego).

Po prostu... czytamy! 

piątek, 25 kwietnia 2014

Złodziejka książek

Książką, która ostatnio najbardziej mnie poruszyła - Złodziejka książek. Od dawna była na mojej liście życzeń, słyszałam o niej wiele dobrego, ale równocześnie nie miałam pojęcia o czym właściwie jest. Ktoś mi dopiero niedawno uświadomił, że znalazł książkę w bibliotece w dziale dziecięcym, więc tym bardziej nie wiedziałam, co mnie czeka, kiedy w końcu po nią sięgnę. 
A sięgnęłam z tej prostej przyczyny, że dostałam ją od męża z okazji dnia kobiet (prawda, że książka to lepszy prezent niż kwiaty?). 
Niestety, niestety z okazji wejścia do kin filmu zrealizowanego na podstawie powieści Markusa Zusaka, mój egzemplarz ma okładkę filmową, ale pocieszam się faktem, że dziewczyna jest dość ładna, a książka w środku jest wydana pięknie - ujęło mnie na pierwszy rzut oka przede wszystkim to, że czcionka jest zupełnie inna, sposób zapisu (notatki, komentarze narratora) też ciekawy, no i ilustracje! Rzadko się spotyka dzisiaj powieści z ilustracjami, więc tym bardziej coś takiego cieszy.



Powieść opowiada o dziewczynka, która kradnie książki. I chyba tyle, na tym powinnam skończyć streszczenie, żeby nie powiedzieć ani słowa za dużo. Bo ta historia, poza samą istotą kradzieży książek, nie jest właściwie porywająca, nie jest wybitnie oryginalna. 
Co więc jest urzekającego w tej powieści?

NARRATOR

Zdaję sobie sprawę, że tylko nieliczni czytelnicy zwracają uwagę na narratora, bo jakoś tak się złożyło, że w powieściach to historia wysuwa się na pierwszy plan i narrator jest niewidoczny, nieważny, pomijamy go w swojej świadomości. Ale w tej historii tak się nie da. 
Już na pierwszych stronach powieści dowiadujemy się kim narrator jest i w jaki sposób będzie nam opowiadał historię Liesel. A opowiada ją nielinearnie - często zdradza fakty, które dopiero będą miały miejsce, nawet zakończenie powieści jest znane od pewnego momentu, a sama postać narratora sprawia, że naprawdę chętnie czyta się dalej. 
Poza tym, chociaż podczas czytania czujemy lęk o losy bohaterów, to jest to jedna z bardziej pozytywnych historii, które ostatnio czytałam. Często uśmiechałam się brnąc przez słowa, poznając bliżej sympatycznych bohaterów książki. A na końcu płakałam.
I nie... Nie płakałam, z powodu zakończenia, płakałam, bo trzeba się było rozstać ze Złodziejką książek.

Książka w zamyśle jest pewnie przeznaczona do młodzieży, dzieci (stąd dział dziecięcy), ale wydaje mi się, że można polecić ją każdemu, kto pragnie przez chwilę kraść książki z Liesel i odrobinę się wzruszyć.