sobota, 21 czerwca 2014

Plastykowe sandałki

Łapię się czasami na myśli, że jestem stara. 
Tak i nie jest to żadna kokieteria. Mam dwadzieścia siedem lat (i dwa miesiące), pojedyncze siwe włosy, które wyszukuje mi mąż z nieukrywaną radością jako odwet na moich komentarzach dotyczących jego zakoli na trzydziestoletnim czole, zmarszczek chyba brak, ewentualnie te od "myślenia" bo nawet nie od uśmiechu... Ale... Mam dwadzieścia siedem lat, co oznacza, że urodziłam się w roku 1987, w Polsce, której już dzisiaj nie ma. Jak przez mgłę pamiętam kolejki po chleb, w których stałam z mamą, tuż po tym, kiedy tata wyjeżdżał na rowerze "ruskim" do pracy. Pamiętam słodycze robione przez mamę, bo w sklepach nie było ich dużo. 
Pamiętam, co może dziwne, moją przeprowadzkę do domu, w którym mieszkałam 22 lata - dom, którego budowę rozpoczął mój pradziadek, a którą to budowę przerwała jego śmierć w roku 1963. Tata, od razu po podjęciu decyzji i założeniu rodziny, zaczął ten dom obudowywać, ulepszać, remontować. Rodzice przez pierwsze trzy lata małżeństwa mieszkali w mikroskopijnym pokoiku w trzypokojowym malutkim mieszkaniu dziadków (a dodam, że mieszkał tam jeszcze brat mamy) i, jak opowiadają, niektórych prezentów ślubnych nie odpakowali aż do przeprowadzki, bo musieli je ułożyć misternie aż pod sufit i cierpliwie czekali na ten moment. Zamieszkałam więc w domu w roku 1989. 
I spędziłam najpiękniejsze dzieciństwo jako chyba jedna z ostatnich, inaczej, może pokolenie spędziło piękne dzieciństwo jako prawdopodobnie ostatnie... 
W roku 1990 dołączyła do mnie siostra. Całe dnie spędzałyśmy na dworze, podjadałyśmy mirabelki (ale to nie o nas poseł Niesiołowski rozprawiał u Moniki Olejnik), biegałyśmy wśród pól rzepaku, czytałyśmy książki o krasnoludkach, chodziłyśmy po lesie zbierać dziurawiec, jadłyśmy jagody prosto z krzaków, biegałyśmy boso wśród kałuż, tworzyłyśmy pikniki z koleżankami ze skromnym wiktem, ale jakże bogatą wyobraźnią, zbierałyśmy karteczki do segregatora, a największą atrakcją dla małej Zuzi było obejrzenie z bliska punków z kolorowymi czubami. 
A moda! Och, czegóż to nie nosiliśmy! Oglądając dzisiaj zdjęcia z dzieciństwa swoje i znajomych, okazuje się, że pewne ubrania nosili po prostu wszyscy i nikt nie czuł się z tym źle. Taką częścią garderoby, która łączy mnie i mojego męża (sic!) to koszulka biała, najzwyklejsza na świecie, w niebieskie paski. Miałyśmy z siostrą szerokie letnie spodnie w bohomazy straszne, miałyśmy krótkie obcisłe spodenki z myszką Micky i... plastykowe sandałki! Okropne były, ale jednocześnie, jakie piękne! I te kolory! 
A piszę o tym nie tylko dlatego, że jestem sentymentalna. Po prostu przeczytałam książkę Pauliny Wilk Znaki szczególne. Autorka książki jest ode mnie starsza i lepiej pamięta lata osiemdziesiąte, lepiej kojarzy fakty z okresu przełomu (między innymi swego rodzaju degradację nauczycielki języka rosyjskiego w swojej szkole), była naocznym świadkiem przemiany - nagle ludzie, którzy żyli na podobnej stopie życiowej, zaczynali się różnić między sobą. Przyszło nowe i część wykorzystała okres przemian, również ekonomicznych, na swoją korzyść, część została na swoim miejscu. 

Paulina Wilk, Znaki szczególne. Wydawnictwo Literackie, 2014. (Obraz pochodzi ze strony wydawnictwa)

Czytając Znaki szczególne naprawdę miałam poczucie zrozumienia, sama zresztą pewne rzeczy obserwuję dzisiaj, ale jednocześnie czuję, że nie do końca wliczam się do tego pokolenia i to z racji tego, że jestem młodsza (chociaż ciągle urodzona w latach osiemdziesiątych). Może to kwestia małego miasteczka, może kwestia tego, że moi rodzice na rzucili się na głęboką wodę po roku osiemdziesiątym dziewiątym, może to kwestia po prostu tego, że mam charakter taki, a nie inny, ale nie śpię w nieswoim łóżku, w nieswoim mieszkaniu (tu akurat kwestia ogromnego szczęścia), nie mam ambicji pięcia się po szczeblach kariery i zamieniłam pięknie brzmiącą specjalizację na bycie nauczycielką, co dzisiaj trąci myszką chyba, nie mam parcia na podróże za wszelką cenę, marzę o odwiedzeniu kilku miejsc na świece, ale na razie odkrywam powoli Polskę i wolę popijać leniwie kwas chlebowy niż smakować smaków obcych. 
Jednocześnie mam wrażenie, że nie jestem jedyna. I może doświadczenia autorki pokazują, że większość jej znajomych pnie się po szczeblach kariery i pędzi w stronę konsumpcjonizmu, że może często wybiera drogę w pojedynkę (już nie stare panny, a singielki), ale... To chyba zbyt duża generalizacja. 
O ile część książki traktującą o tym, co było i już nie wróci, czyta się z łezką w oku i przerywa się lekturę co chwilę, aby podzielić się z mężem, żeby wspomnieć jakąś historię swoją lub autorki (a często były zbieżne), to jednak opis naszego pokolenia w teraźniejszości jest trochę zbyt proste. Nie twierdzę, że to nieprawda, że nie jest to jakiś obraz pokolenia. Owszem, ale jednak nie jedyny... 
Niemniej polecam (mężowi poleciłam, przeczytał jednym tchem) każdemu, nie tylko tym, urodzonym w latach osiemdziesiątych. Czyta się bardzo dobrze, bardzo podoba mi się styl autorki (a to, poza Tygodnikiem kulturalnym, moje pierwsze spotkanie z Pauliną Wilk) i z pewnością sięgnę po jej Lalki w ogniu, na które od dawna mam ochotę.

3 komentarze:

  1. Też miałam plastiki. "Fajne" to było, kiedy biegałam w nich po wsi u babci na wakacjach - wieczorem trzeba było porządnie szorować stopy ;)
    Swoją drogą - wakacje u babci na wsi, to moje najlepsze wspomnienia z lat dzieciństwa. I tego, co mi najbardziej brakuje współcześnie, to właśnie to, że teraz dzieci nie tak łatwo zadowolić owocem z ogródka (wolą fast food), niedalekim wypadem za miasto (lepiej przecież za granicę i z wieloma atrakcjami i hotelem all inclusive), czy zwykłą czekoladą w prezencie (musi być gra na komputer czy coś w ten deseń). I ubolewam, że z jednej strony mają mniej swobodny i są mniej samodzielne. Szczególny znak czasów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, nie chcę zabrzmieć jak zgrzybiała baba, ale mnie też ich trochę żal... Mam na co dzień kontakt z dziećmi, więc widzę, jak mają zapełniony czas zajęciami dodatkowymi, nauką (jestem pewna, że "my" mieliśmy mniej zadań domowych, projektów itp.), a nie potrafią wejść na drzewo, pobiegać po prostu, wymyślić sobie zabawy, bo po prostu wszystko mają na tacy podane... Szkoda.

      Usuń
  2. Dwie ciekawe recenzje tej samej książki (druga tu evascriba.blogspot.com/2014/06/znaki-szczegolne-paulina-wilk.html) - i ja też przeczytam :) Żeby woje zdanie sobie wyrobić.

    OdpowiedzUsuń