czwartek, 31 lipca 2014

Wycieczka paraliteracka

Odwiedziłam wczoraj pierwszy raz Muzeum Prasy Śląskiej w Pszczynie. Samo miasteczko, położone w województwie śląskim znane jest przede wszystkim z Zamku Pszczyńskiego, magnackiej siedziby książąt pszczyńskich. Miasteczko jest naprawdę urocze - Zamek otoczony parkiem, Rynek, ulica Piastowska (główny deptak miasta), przy której nie znajdziemy sieciówek (od razu to zauważyłam) a tylko sklepiki jak z powieści Krystyny Siesickiej (pasmanteria, piekarnia, sklep obuwniczy, apteka). Przy tejże Piastowskiej mieści się, w kamieniczce z XVII wieku Muzeum Prasy Śląskiej.

 Apteka pod Murzynem przy ulicy Piastowskiej

Pszczyński Rynek

Muzeum postało w latach osiemdziesiątych XX wieku, aby ocalić budynek, dla którego nie było pomysłu. Pomysł, aby mieściło się tam muzeum prasy jest związane z historią miasteczko, otóż w Pszczynie powstała pierwsza polskojęzyczna, legalna gazeta "Tygodnik Polski poświęcony włościanom". Czasopismo nie było nastawione politycznie, inicjator Christian Schemml, miał na celu edukację włościan, a więc pisywano o uprawie ziemniaków, hodowli pszczół itp. 
Miasto związane jest również z przemysłem drukarskim. W muzeum możemy zobaczyć mapę z pierwszymi śląskimi drukarniami oraz eksponaty związane z drukiem książek, jak i same starodruki. 
W muzeum można zobaczyć maszyny poligraficzne. Początkowo, dla takiego laika jak ja, może być trudne zrozumienie, jak to mogło działaś, ale przemiła pani wyjaśniła mechanizm i system pracy przy składaniu tekstu. 



W ramach zwiedzania puszczany jest również krótki film o historii drukarstwa oraz użytkowaniu tajemniczych maszyn. 
Ale najciekawsze dla mnie były oryginalne czasopisma z XIX oraz XX wieku, które ukazywały się na Śląsku. Prezentowane artykuły związane są głównie z ważnymi historycznymi wydarzeniami, np. plebisctytem z roku 1921 oraz z nastrojami społecznymi w przededniu wybuchu II wojny światowej. 

Oryginalna urna wyborcza z plebiscytu śląskiego

Przykłady prasy z okresu powrotu Śląska do Polski ("Kocynder" wydawany przez Stanisława Ligonia)

Gazeta z dnia 31 sierpnia 1939 roku, kiedy jeszcze wierzono w zawarte umowy międzynarodowe

Muzeum Prasy Śląskiej jest na Szlaku Zabytków Techniki, warto je odwiedzić przy okazji pobytu w Pszczynie. Cena biletu jest stosunkowo nieduża (bilet "normalny" kosztuje 9 zł), a ciekawostek jest dużo (ja akurat byłam świadkiem korzystania z maszyny poligraficznej przez panią na potrzeby współczesne). 

wtorek, 8 lipca 2014

Świeżo po przeczytaniu

Przed paroma chwilami dosłownie skończyłam czytać debiutancką powieść Joanny Szwechłowicz Tajemnica szkoły dla panien. Książka promowana jest jako kryminał retro, kusi piękną okładką, na której widnieje piękna kobieta żywcem prawie wyjęta z lat dwudziestych. 

A więc do dzieła. Rzecz się dzieje w niewielkiej miejscowości w poznańskiem na przełomie 1922 i 1923 roku. Echa zaboru pruskiego i niedawnego powstania ciągle są żywe i tym oto kluczem oceniany jest między innymi młody policjant Wojtek, któremu sugeruje się homoseksualizm, bo i na powstaniu nie był, i czerwony szalik nosi. Nie do końca wiadomo, kto tu Niemcem, kto Polakiem, a kto Prusakiem (wuj głównego bohatera niezadowolony z młodej państwowości polskiej uważa się za Prusaka i czyta "niemieckie szmatławce"). Jakże to kłóci się z wielkim patriotyzmem, który znamy z kart Między ustami a brzegiem pucharu (wszak akcja tej powieści działa się tylko kilkanaście lat wcześniej na tych rejonach), gdzie nawet z młodzieńca, który dumny był z tego, że jest Niemcem, zrobiono wielkiego polskiego patriotę brzydzącego się tym, co niemieckie. U Szwechłowicz też się przypadki, że właściciel cukrowni Montag po powstaniu jest nagle Polakiem Poniedziałkiem, ale nie łudźmy się, to z wyrachowania. 
Powieść zaczyna się podczas nudnego listopadowego popołudnia niedzielnego, kiedy to panienki wracają do tytułowej szkoły, a rzecz tę obserwuje nauczycielka w średnim wieku, bo zbliżająca się, o zgrozo, do trzydziestki - panna Łucja Kalinowska. Jej brak złudzeń, inteligencja i ironiczne poczucie humoru wzbudziły moją sympatię i myślałam, że to ona będzie główną postacią, ale tak się jednak nie dzieje. Panna Kalinowska tego samego popołudnia odcina sznur, na którym powiesiła się jedna z uczennic (w trakcie, kiedy nauczycielka obserwowała okolicę z okien swojego pokoju). Uczennica nie jest ani ważna, ani mądra, w dodatku sierota i po oględzinach lekarskich stwierdza się, że, na domiar złego, puszczała się z kolegami z męskiego gimnazjum, więc szybko podkomisarz Ratajczak stwierdza, że dziewczyna pewnie popełniła samobójstwo, a precyzyjny węzeł żeglarski mógł być jej znany skądkolwiek. 
Podkomisarz Ratajczak jest, można by rzec, nieudacznikiem życiowym. Do tej pory nie awansował, żona za to bardzo tego pragnie i daje mu do zrozumienia, że sprawa morderstwa to jego szansa. Bohater zdaje sobie sprawę, że jego małżeństwo również nie jest do końca udane (chociaż trzeba przyznać, że na tle małżeństw notabli miasteczka mogłoby uchodzić za wzór), a synek jest głupi i ciamajda. Ma też dwie szwagierki, które musi utrzymywać, bo szanse na małżeństwa dla nich odpływają z każdym dniem. 
I wróciłby pewnie podkomisarz do tropienia złodzieja worków z cukrem ze wspomnianej już cukrowni, ale niestety pojawia się następny trup w postaci jego pomocy domowej - Hanki. I tu już niestety nie ma wątpliwości - jest to morderstwo, bo trup Hanki, owszem, wisi na drzewie, ale niestety "korpusem w dół" bo głowa została precyzyjnie obcięta. 
Śledztwo Ratajczaka mierzi, nie chce mu się mordercy szukać. Żona się mądrzy, że zdaje się jej, że ma to wymiar polityczny. Ciotka wprowadza go w tajniki działalności Towarzystwa Higieny Moralnej i Cielesnej, sugerując, że to któraś ze zdradzonych żon zabija dziewczęta. A przełożony szuka wywrotowców i każe mu pilnować podczas wizyty biskupa, przyjaciela Ratajczaka, Juliana Wernera, który, poza tym, że jest miejscowym księgarzem, to na dodatek jest miejscowym socjalistą, bo jak rozmyśla Klara, każde miasteczko ma swojego socjalistę, więc i Mańkowice takiego posiadają, ale nieudolnego, jak wszystko w miasteczku. 
Nie jest to jednak kryminał. To powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym w tle. Autorka przywiązuje wagę do szczegółów określających bohaterów - podkomisarz podjada ciągle landrynki, miejscowa wyzwolona dziennikarka i była nauczycielka zamawia z Berlina jedwabne pończochy, których zazdrości jej Klara, która do tej pory nosiła najkrótsze spódnice w mieści (odsłaniały łydki!). Poza tymi smaczkami, pozytywną stroną powieści jest styl i poczucie humoru pani Szwechłowicz. 
Mnie czytało się lekko i przyjemnie. Zawiedziona jednak jestem faktem, że rzecz nie dzieje się w szkole dla panien, jak wskazuje tytuł, bo szkoła po pierwszym morderstwie przestaje istnieć. Tutaj czuję się trochę oszukana, bo uwielbiam powieści z pensją w tle. 
Mimo wszystko - polecam! 

niedziela, 6 lipca 2014

Subiektywny przegląd lektur na lato

Mamy więc lato. 
Od razu uczciwie powiem, że nie lubię tej pory roku. Siedzę właśnie w sypialni, która położona jest od północy, bo chłodniej, bo nie ma natarczywych promieni słonecznych (i nie ma telewizora, i męża), ale i tak posiłkuję się chłodną wodą i luźnymi szatami w postaci koszulki męża. Niemniej, lato ma swoje dobre strony. 
W moim dwudziestosiedmioletnim życiu, tak się złożyło, że nigdy nie pracowałam w okresie wakacyjnym, więc są to kolejne wakacje w moim życiu (pomijam wrześniową pracę podczas studiowania - wszak i to były wakacje dla studentki). A więc wolne! Kończę pracę papierkową w szkole, przygotowuję się psychicznie do wyjazdów (a mam zaplanowany wyjazd na Mazury z mężem i w nowosądeckie do pracy), ale i tak jakoś więcej czasu mam na czytanie. Melancholijnie wracam też myślami do przeszłych letnich lektur, więc dzisiaj powspominam, co pamiętam najlepiej.

Po pierwsze, skoro lato, skoro wakacje, to i książka, której rzecz się dzieje o tej właśnie porze roku, jest miła, przyjemna, a i po prostu lubię do niej wracać - Małgorzata Musierowicz, Nutria i Nerwus.
zdjęcie pochodzi ze strony empik.com

Główną bohaterką jest rudowłosa polonistka, która nie znosi upałów (prawie jak ja, pomijając oczywiście rude włosy) i właśnie zrywa znajomość z pewnym antypatycznym jegomościem. Pakuje się, zabiera przy okazji swoje siostrzenice i ucieka do Łeby. Niestety, w pociągu odnajduje ją niezrównoważony psychicznie młody mężczyzna, a rudowłosa Natalia zmuszona jest przed nim uciekać, przez co ląduje w lesie z chorą na ospę wietrzną siostrzenicą. Brzmi głupio, bo i postępowanie głównej bohaterki jest niedojrzałe, nieprawdopodobne i... głupie miejscami, ale i tak czyta się przyjemnie. A tytułowy Nerwus (niezrównoważony typ) jest jednym z moich ulubionych mężczyzn w Jeżycjadzie. Książka na jedno popołudnie, ot, na hamaku z zimną lemoniadą polecam. 

Po drugie, skoro jesteśmy już przy Małgorzacie Musierowicz, to jest jeszcze jedna książka, którą pamiętam, czytałam w wakacyjną sobotę, chroniąc się w pokoju (mój pokój w rodzinnym domu również był od strony północnej) przed skwarem. Małomówny i rodzina ma wiele wspólnego z Nutrią i Nerwusem, bo antypatyczny jegomość, z którym Natalia zrywa na samym początku powieści, w Małomównym... jest bardzo mądrym przedstawicielem młodzieży i zapowiada się bardzo dobrze. Do tego zagadka, biblioteka w niewielkiej miejscowości, kura i rodzina. Polecam, szczególnie młodszym (moi uczniowie z klasy czwartej czytali jako dodatkową lekturę).
zdjęcie pochodzi ze strony matras.pl

Po trzecie, pamiętam cudne lato, kiedy miałam lat osiemnaście i czytałam w ogrodzie, pod wiśnią Idiotę Fiodora Dostojewskiego. Wprawdzie lektura to ani lekka (acz uważam, że obcowanie z Dostojewskim jest zawsze przyjemne), ani letnia, ani pewnie nikt nie podałby jej w żadnym rankingu lektur na lato, ale uważam, że lato jest właśnie idealnym okresem na nadrobienie zaległości w klasyce. Powieść Dostojewskiego uważam, za najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam. Tak się składa, że nikt jak Dostojewski nie potrafi tak emocjonalnie na mnie działać (przy Zbrodni i karze płakałam jak bóbr i nie umiałam się uspokoić, chociaż akurat zadzwonił dzwonek na lekcję i wszyscy spoglądali na mnie z politowaniem). Dostojewski skłania do myślenia, Dostojewski jest najlepszy na dylematy moralne, Dostojewski geniuszem jest po prostu. A czy urlop, zatrzymanie się na chwilę nie jest dobrym momentem po sięgnięcie właśnie po coś wielkiego?

zdjęcie pochodzi ze strony empik.com

Po czwarte, teraz muszę się przyznać, że moje letnie i wakacyjne lektury, poza pierwszymi dwiema pozycjami, są chyba cięższego kalibru, mimo wszystko. Zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam już o żadnej lekturze, która nie byłaby z nurtu literatury historycznej (wakacje w Świnoujściu spędzone z biografią Benito Mussoliniego do dzisiaj rodzice wspominają jako dziwne właśnie ze względu na mnie zaczytaną na plaży w coś tak nienormalnego), czy naukowej (choćby powrót do Średniowiecza Teresy Michałowskiej, aby doczytać raz jeszcze i dokładnie, to co fascynowało mnie w literaturze staropolskiej, chociaż było już po egzaminie). Tradycyjnie więc czytam teraz książkę o Krystynie Skarbek (Jarosław Molenda, Krystyna Skarbek. Królowa antyniemieckiego podziemia czy zdrajczyni?) i (zakupione niedawno) studium historyczno-literackie wspomnianej już Teresy Michałowskiej Ego Gertruda. 
zdjęcie pochodzi ze strony dedalus.pl

A inne pozycje, które świetnie sprawdzą się podczas wakacji/urlopu/lata?
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem - nawet jeśli przeczytało się tę powieść już nie raz, to powrót do losów Scarlett jest dla mnie zawsze przyjemnością. 

Anna Dziewitt-Meller i Marcin Meller, Gaumardżos. Opowieści z Gruzji. Podróż do Gruzji jest ciągle na liście moich marzeń, a książka państwa Mellerów tylko tę chęć pogłębiła. Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić (jak ja) na podróż, to może książka z podróży (i to niejednej) będzie jakąś małą rekompensatą? 

Czesław Miłosz, Dolina Issy - podróż do świata dzieciństwa i lat młodzieńczych, jedna z piękniejszych książek, jakie miałam przyjemność czytać. 

Ken Follett, Filary Ziemi - a po Filarach... proszę sięgnąć po drugą część, czyli Świat bez końca. To akurat lektura, mimo pokaźnych rozmiarów, idealna na wakacje. Czyta się szybko, bardzo przyjemnie, bo i fabuła nieskomplikowana, ale za to jak wciąga! 

Ryszard Kapuściński, Heban - a może podróż do gorącej Afryki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Bardzo lubię reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, a te czytałam jako pierwsze, może stąd ten sentyment? A może to te opisy smaków, zapachów? 

A Wy? Jakie lektury polecacie na lato?