wtorek, 8 lipca 2014

Świeżo po przeczytaniu

Przed paroma chwilami dosłownie skończyłam czytać debiutancką powieść Joanny Szwechłowicz Tajemnica szkoły dla panien. Książka promowana jest jako kryminał retro, kusi piękną okładką, na której widnieje piękna kobieta żywcem prawie wyjęta z lat dwudziestych. 

A więc do dzieła. Rzecz się dzieje w niewielkiej miejscowości w poznańskiem na przełomie 1922 i 1923 roku. Echa zaboru pruskiego i niedawnego powstania ciągle są żywe i tym oto kluczem oceniany jest między innymi młody policjant Wojtek, któremu sugeruje się homoseksualizm, bo i na powstaniu nie był, i czerwony szalik nosi. Nie do końca wiadomo, kto tu Niemcem, kto Polakiem, a kto Prusakiem (wuj głównego bohatera niezadowolony z młodej państwowości polskiej uważa się za Prusaka i czyta "niemieckie szmatławce"). Jakże to kłóci się z wielkim patriotyzmem, który znamy z kart Między ustami a brzegiem pucharu (wszak akcja tej powieści działa się tylko kilkanaście lat wcześniej na tych rejonach), gdzie nawet z młodzieńca, który dumny był z tego, że jest Niemcem, zrobiono wielkiego polskiego patriotę brzydzącego się tym, co niemieckie. U Szwechłowicz też się przypadki, że właściciel cukrowni Montag po powstaniu jest nagle Polakiem Poniedziałkiem, ale nie łudźmy się, to z wyrachowania. 
Powieść zaczyna się podczas nudnego listopadowego popołudnia niedzielnego, kiedy to panienki wracają do tytułowej szkoły, a rzecz tę obserwuje nauczycielka w średnim wieku, bo zbliżająca się, o zgrozo, do trzydziestki - panna Łucja Kalinowska. Jej brak złudzeń, inteligencja i ironiczne poczucie humoru wzbudziły moją sympatię i myślałam, że to ona będzie główną postacią, ale tak się jednak nie dzieje. Panna Kalinowska tego samego popołudnia odcina sznur, na którym powiesiła się jedna z uczennic (w trakcie, kiedy nauczycielka obserwowała okolicę z okien swojego pokoju). Uczennica nie jest ani ważna, ani mądra, w dodatku sierota i po oględzinach lekarskich stwierdza się, że, na domiar złego, puszczała się z kolegami z męskiego gimnazjum, więc szybko podkomisarz Ratajczak stwierdza, że dziewczyna pewnie popełniła samobójstwo, a precyzyjny węzeł żeglarski mógł być jej znany skądkolwiek. 
Podkomisarz Ratajczak jest, można by rzec, nieudacznikiem życiowym. Do tej pory nie awansował, żona za to bardzo tego pragnie i daje mu do zrozumienia, że sprawa morderstwa to jego szansa. Bohater zdaje sobie sprawę, że jego małżeństwo również nie jest do końca udane (chociaż trzeba przyznać, że na tle małżeństw notabli miasteczka mogłoby uchodzić za wzór), a synek jest głupi i ciamajda. Ma też dwie szwagierki, które musi utrzymywać, bo szanse na małżeństwa dla nich odpływają z każdym dniem. 
I wróciłby pewnie podkomisarz do tropienia złodzieja worków z cukrem ze wspomnianej już cukrowni, ale niestety pojawia się następny trup w postaci jego pomocy domowej - Hanki. I tu już niestety nie ma wątpliwości - jest to morderstwo, bo trup Hanki, owszem, wisi na drzewie, ale niestety "korpusem w dół" bo głowa została precyzyjnie obcięta. 
Śledztwo Ratajczaka mierzi, nie chce mu się mordercy szukać. Żona się mądrzy, że zdaje się jej, że ma to wymiar polityczny. Ciotka wprowadza go w tajniki działalności Towarzystwa Higieny Moralnej i Cielesnej, sugerując, że to któraś ze zdradzonych żon zabija dziewczęta. A przełożony szuka wywrotowców i każe mu pilnować podczas wizyty biskupa, przyjaciela Ratajczaka, Juliana Wernera, który, poza tym, że jest miejscowym księgarzem, to na dodatek jest miejscowym socjalistą, bo jak rozmyśla Klara, każde miasteczko ma swojego socjalistę, więc i Mańkowice takiego posiadają, ale nieudolnego, jak wszystko w miasteczku. 
Nie jest to jednak kryminał. To powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym w tle. Autorka przywiązuje wagę do szczegółów określających bohaterów - podkomisarz podjada ciągle landrynki, miejscowa wyzwolona dziennikarka i była nauczycielka zamawia z Berlina jedwabne pończochy, których zazdrości jej Klara, która do tej pory nosiła najkrótsze spódnice w mieści (odsłaniały łydki!). Poza tymi smaczkami, pozytywną stroną powieści jest styl i poczucie humoru pani Szwechłowicz. 
Mnie czytało się lekko i przyjemnie. Zawiedziona jednak jestem faktem, że rzecz nie dzieje się w szkole dla panien, jak wskazuje tytuł, bo szkoła po pierwszym morderstwie przestaje istnieć. Tutaj czuję się trochę oszukana, bo uwielbiam powieści z pensją w tle. 
Mimo wszystko - polecam! 

3 komentarze:

  1. Szkoda, że akcja nie dzieje się w szkole dla panien;/

    Nie wiem, czy wiesz, ale masz włączoną weryfikację obrazkową na blogu i przy publikowaniu komentarza trzeba przepisywać kod z obrazka. Można to łatwo wyłączyć w ustawieniach

    OdpowiedzUsuń
  2. Tytuł mnie zaintrygował, dlatego też żałuję, że akcja nie toczy się w szkole dla panien. Niemniej zapowiada się bardzo ciekawa pozycja - międzywojnie, barwni bohaterowie i polska prowincja - zdecydowanie coś dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę mam w planach, bardzo lubię takie retro kryminały. Ależ masz obłędny kubek z Klimtem!

    OdpowiedzUsuń