czwartek, 6 listopada 2014

Jeżycjadowa wnuczka

Z okazji premiery najnowszej części Jeżycjady, muszę chyba w końcu napisać parę słów o cyklu tym, który od kilkunastu lat jest obecny w moim życiu, a o którym boję się pisać cokolwiek. Powód jest prosty - książki, które zachwyciły mnie jako uczennicę szkoły podstawowej, rozczarowują mnie od jakiegoś czasu, ale jednak ciągle czekam z irracjonalną niecierpliwością na kolejną część, mając nadzieję, że klimat znany z pierwszych części wróci. 
Ale nie wróci. Bo i PRL nie wróci i ja jako nastolatka też już nie wrócę... 
Bo co mnie właściwie zachwycało? Ano to, że bohaterki były takie życiowe. Miały jakieś tam kompleksy, dwóje z fizyki (tu się z nimi w pełni solidaryzowałam) i przeżywały pierwsze zauroczenia, jak każde zdrowe dziewczę w ich wieku. Były mądre, na swój sposób ładne, uczyły się cenić swoje wnętrze, a nie wygląd. 
Poza tym pierwsze części Jeżycjady dzieją się w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a ja od dziecka uwielbiałam to, co stare. Oglądałam cykl niedzielny "W starym kinie" i "Perły z lamusa" o dwunastej na dwójce, słuchałam piosenek Piotra Szczepanika i znałam pierwszą płytę Perfektu na pamięć (winylowa odtwarzana w gramofonie), przebierałam się w stare sukienki mamy. I uwielbiałam słuchać opowieści rodziców z okresu ich dzieciństwa i młodości. Dlatego też te pierwsze części były dla mnie idealne, bo jeszcze lepiej sobie wyobrażałam życie swojej mamy-nastolatki.
No i ten styl autorki! Nawet w tych szarych czasach potrafiła pisać pogodne i momentami śmieszne historie - może czasami błahe jak problemy nastolatek, ale podszyte życiową mądrością i prostymi wskazówkami. 
A potem... Ja dojrzewałam, do Jeżycjady wracałam bardzo często z sentymentu i potrzeby. Pewne fragmenty i poszczególne części stały się składnikiem moich rytuałów czytelniczych - w Wigilię staram się chociaż zajrzeć do Noelki, w wakacje wracam do Idy sierpniowej lub Nutrii i Nerwusa. Ale coś zaczęło zgrzytać - w najnowszych częściach cyklu i w samej narratorce. 
Mądrość życiowa i proste wskazówki stały się niestety nachalną wykładnią jedynej słusznej prawdy, niektóre z postaci stały się własnymi karykaturami (patrz: Gabriela), bohaterki dokonują dziwnych wyborów, a narrator przekonuje wciąż, że rodzina Borejków to przystań miłości, wsparcia i ciepła, gdy tymczasem babcia woli patrzeć w laptop niż wysłuchać zwierzeń swojej wnuczki, która zachodzi w nieplanowaną ciążę, jedna z córek niezwykle dobrej i ciepłej Gabrysi jest stale przez rodzinę wytykana, bo ma stalowe oczy ojca i jest rogata... I długo by wymieniać. 
Ale oto wczoraj, dzień przed premierą, mąż odebrał w księgarni najnowszą część pt. Wnuczka do orzechów. Kiedy tylko chwyciłam ją w ręce, zapomniałam o moich ostatnich rozczarowaniach, po prostu chciałam wiedzieć, co się nowego pojawiło o starych znajomych (wiecie, jak działa serial - wiesz, że dziewiąty sezon to już nie to, co pierwszy czy drugi, ale czy Meredith i McDreamy będą w dalszym ciągu razem?!). Zaczęłam więc czytać. Skończyłam czterdzieści minut po północy. 



I co?
I jest tak sobie, niestety... Ale zacznę od pozytywów. 
Mamy nową bohaterkę - całkiem dziarską dziewczynę, tytułową wnuczkę, czyli Dorotkę. Dorotka jest ambitna i zdolna, pracowita i konkretna. Odrzuca Ignasia jako potencjalnego kandydata na miłość swojego życia (w co próbuje wkręcić ich Ida), odrzuca jego leczenie poezją i jeździ bryczką. Poza tym ma całkiem sympatyczne dwie babcie (w zasadzie jedną babcię, a jedną ciocię-babcię), sąsiada, który mówi w gwarze wielkopolskiej i matkę w Norwegii. 
Główną postacią, wokół której toczy się akcja powieści, jest Ida. I to Ida w swoim dobrym wydaniu - roztrzepana choleryczka, kompletnie zwariowana złośnica. Znów jest tylko ironiczna, a nie wredna (jak w McDusi), znów ucieka rodzinie i spędza wakacje samotnie. To ona "odkrywa" Dorotkę i ma plany połączyć ją ze swoim siostrzeńcem, który rozpacza po zerwaniu z ukochaną Magdaleną. 
Rzecz dzieje się w nowym miejscu z dala od zgiełku miasta, od kurzu ulic - na wsi, w Promnej. Mamy więc powrót do natury, zachwyty nad roślinnością, dialogi o doskonałości pszczół. 
Ale co razi?
Nagle miastowi są źli. Trzeba uciec na wieś. Na wsi toczy się prawdziwe życie. Nie zająknę się nawet o pewnych niedogodnościach jak przepełnione szambo, brak telefonicznego kontaktu ze światem i pożary (których tragedię rozumieją tylko mieszkańcy wsi (wyłączając miejscowego konesera picia piwa pod sklepem, który chce wrzucić zdjęcia na facebooka), bo miastowi się śmieją. Miastowi są w dodatku bogaci, więc należy zedrzeć z nich kasę (cena za pokój dla Idy jest dwa razy większa, bo Ida jest lekarką i dobrze zarabia) i potrzebni tylko, aby przyjść zbadać swoje uszy, nosy i gardła.
Główna bohaterka, która planuje iść na medycynę, nie potrafi udzielić fachowej pierwszej pomocy i poi omdlałą biegaczkę nalewką orzechową. Naprawdę, nie wpadłabym na to nigdy. W dodatku, więcej jest takich kwiatków, które bardzo mnie drażnią, bo mijają się z rzeczywistością i po prostu nie pasują. Czasami coś jest potrzebne autorce do zbudowania intrygi, ale razi naiwnością (nie ma telefonu, ale mamy internet). 
A w dodatku, cała historia jakoś nie przypadła mi po prostu do gustu (i wiem, stara już jestem i nie zachwycam się miłością od pierwszego wejrzenia dwóch młodych istot). Podejrzewam też, że kolejne części będą już tylko na wsi, bo rozumiem, że remont na Roosevelta i pękające kamienice w Poznaniu mają na celu wyprowadzkę na wieś bez sentymentów. Cóż, nie wiem, co tym myśleć... Pewnie do Wnuczki... wrócę za jakiś czas, przeczytam raz jeszcze spokojnie. I wtedy inaczej spojrzę na tę książkę?

1 komentarz:

  1. Uwielbiam Jeżycjadę. Ale z każdą nową częścią boję się, że przyjdzie czas pożegnać się z Ignacym i Milą, bo z książki na książkę są przecież coraz starsi... Borejkowie są jak moi przyjaciele :)

    OdpowiedzUsuń