środa, 30 grudnia 2015

Przyszedł Mróz

Zachęcana zewsząd niemal, ale najbardziej ze strony chyba największej fanki autora, postanowiłam, zmotywowana dodatkowo promocją na ebooki, zakupić dwie książki Remigiusza Mroza - Kasację oraz Zaginięcie.

Od razu przyznam, że dowiedziawszy się, że autor ma tyle lat co ja, aż skręciło mnie z zazdrości (ale pozytywnej). Dlatego bałam się bardzo, bardzo, a jednocześnie postanowiłam niezwłocznie zabrać się do czytania.

I wsiąkłam. To chyba dobre słowo. Nie mam zielonego pojęcia, ile książki mają stron, bo w swoim czytniku mam ustawiony tylko procent przeczytanego tekstu i przewidywany czas do skończenia, ale rzadko kiedy tak ochoczo pochłaniałam kolejne strony, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że nagle po "chwili" już prawie kończę. Uznaję to więc za minus - po prostu nie dało się czytać wolniej... 

Ale może nieco o moich spostrzeżeniach. Kiedy zaczęłam Kasację, poznałam bohaterów, błagałam w duchu, żeby absolutnie nie poczuli do siebie mięty, bo normalnie nienawidzę, kiedy od razu wiadomo, że coś będzie łączyło dwie główne postaci - nawet jeśli różni ich wiek (na niekorzyść mężczyzny) i wszystko inne niemal. Nie lubię i już. Ale, ale... Okazało się, że sama czekałam na każdy moment związany z ewentualnym wątkiem miłosnym. Na szczęście nie jest to typowa relacja kobieta-mężczyzna, w dodatku jest okraszona złośliwościami z obu stron, dialogi między Chyłką a Zordonem są pełne sarkazmu i ironii. Zaśmiałam się nieraz, mąż łypał na mnie z boku (swoją drogą chyba podobało mi się tak bardzo, że on przekornie przez najbliższy czas nie sięgnie po Mroza, taki to złośliwiec).

Co do fabuł obu książek - chyba bardziej przypadła mi do gustu pierwsza część cyklu. Oto syn znanego biznesmena zostaje oskarżony o zamordowanie dwu osób. Oczywiście wszystko wskazuje jego winę, ale jego zachowanie, dość specyficzne, każe szukać jego obrońcy - Joannie Chyłce - innego rozwiązania. Pomaga jej aplikant - Kordian Oryński, nazwany przez mentorkę Zordonem. 

Prawniczka i aplikant to główni bohaterowie, ale warto zwrócić uwagę jeszcze na innych - na Kormaka (osobiście bardzo przypadł mi do gustu i mam nadzieję, że będzie go jeszcze więcej), właścicieli kancelarii Żelaznego i McVaya. 

W drugiej części - Zaginięciu - jedziemy na urokliwe Mazury wraz z bohaterami, aby przyjrzeć się sprawie tajemniczego zaginięcia córki byłej znajomej Joanny Chyłki. Tutaj też wszystko wskazuje, że to rodzice są winnymi, ale kilkukrotnie wszystko wywraca się do góry nogami, a na rozwiązanie czekamy praktycznie do ostatnich stron. 
 
Po dwu wycieczkach na rozprawy sądowe miałam niewielkie pojęcie na temat tego, jak wyglądają rozprawy sądowe, więc moją wiedzę podbudowały obie powieści Mroza. Całkiem nieźle wytłumaczone pewne zawiłości i nakreślone różnice pomiędzy systemami sądowniczymi różnych krajów. Nie zdawałam sobie sprawy, że może się to aż tak różnić. 

Jednak ponad wszystko - zwroty akcji. To chyba autorowi udaje się wyjątkowo. Wszystko zmierza do właściwego końca, czytelnik jest dumny, że idzie po jego myśli, że jest tak jak myślał, a tu bęc - jednak nie... 

Cóż, dołączam do fanek autora, dopisuję kolejne książki Remigiusza Mroza do listy tych, które muszę przeczytać i czekam z niecierpliwością, na kolejną część cyklu o Chyłce. 
 

sobota, 19 grudnia 2015

List do Dzieciątka

W moich stronach 24 grudnia prezenty pod choinkę nosi Dzieciątko. Z dzieciństwa pamiętam bardzo konserwatywny myk związany z podtrzymywaniem mitu (mam nadzieję, że teraz mnie nie czytają żadne dzieci) - po skończonej wieczerzy mnie i mojej siostrze ojciec mówił: "Mama musi teraz pozmywać naczynia, a my chodźmy liczyć gwiazdki". Na pytania: "Czemu mama nie może z nami liczyć?" jedyną słuszną odpowiedzią było: "Bo musi zmywać".

Kiedy byłyśmy już na tyle duże, żeby nie wierzyć w tę całą szopkę (bożonarodzeniową), ojciec stwierdził, że to tradycja - mam zmywa, my liczymy. A potem pojawił się brat i znowu trzeba było udawać. 

Dziwnym trafem mama nigdy nawet nie zaczęła zmywać tych naczyń (w czym później jej pomagaliśmy), co więcej, nie słyszała dzwonka Dzieciątka, chociaż kuchnia była za ścianą jadalni, w której stała choinka. Podejrzewałyśmy, że biedaczka jest głucha... 



Dzisiaj piszę list oficjalny do Dzieciątka. Czego bym chciała?

1. Regał. Całą ściana półek. Miejsce na książki. 

2. Antologię polskiego reportażu XX wieku (zbiór Mariusz Szczygieł). Już to widzę na moich nowych półkach...

3. Album 100 lat mody Cally Blackman, co wiąże się z tym, że zapragnęłabym te wszystkie sukienki z lat trzydziestych i czterdziestych (o pięćdziesiątych nie wspomnę).

4. Książkę o czytaniu, czyli resztę dopisz sam Justyny Sobolewskiej (nie będę tu wypominać mojemu prywatnego Mikołajowi, że miałam to dostać dwa lata temu). 

Sama kupiłam sobie pod choinkę na mój stary styrany regał książkę Anny Król Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie. Zapowiada się cudownie, kiedy w końcu po to sięgnę. A w Święta zamierzam zacząć Klub Pickwicka Charlesa Dickensa. Mniam. 

Dodam, że byłam grzeczna i książki czytałam. Nie są to porywające liczby, ale praca nauczycielki też lekka nie jest... 

Choinka już czeka, prezenty można stawiać.

środa, 2 grudnia 2015

Ciało

Może i jestem dziwna, ale od zawsze interesowało mnie ciało od strony fizjologicznej. Jako mała dziewczynka spędziłam dwa miesiące w szpitalu patrząc na nieudolność lekarzy, którzy nie potrafili wyjaśnić bólu stawów, wmawiając moim rodzicom, że mam raka albo inne dziwne rzeczy. W końcu zrezygnowali z diagnozy, ja wróciłam do domu i zażyczyłam sobie zestaw małego medyka. W wolnych chwilach czytam sobie różne rozprawy na temat chorób, o których normalny człowiek nie słyszy na co dzień. Interesuje mnie ciało.

Potem naprawdę zaczęłam interesować się seksualnością. Ale też od strony reakcji fizjologicznych. Poczytałam trochę na temat historii seksualności, seksuologii, łącząc przyjemne z pożytecznym - zaczęłam oglądać Masters of sex.

I dopiero przy lekturze opowiadań Szczepana Twardocha w książce Tak jest dobrze, spłynęła na mnie świadomość, jak ciało związane jest z psychiką, naszym wewnętrznym "ja". 


Szczególnie ta świadomość dokuczała przy opowiadaniu pt. Masara. Jak wiecie, lub nie (ale spokojnie, Twardoch to tłumaczy), masara to po śląsku obrzydliwa, wielka mucha. Możecie się domyśleć, jak wygląda główna bohaterka tego opowiadania, biorąc pod uwagę, że ksywę ma taką jak tytuł. Bardzo przejmujące w pierwszej części, w drugiej nabiera napięcia (chociaż muszę powiedzieć, że spodziewałam się bardziej horroru w pewnym momencie). 

W zbiorku opowiadań mamy różnych bohaterów - Ślązaka, który walczył po stronie niemieckiej podczas II wojny światowej, Masarę, męża i ojca, w dość surrealnej scenerii z wampirzycami w roli głównej, podróżnika w żałobie, nieudacznika, wychowywanego przez straszną mamusię... A wszystko polane fizjologią, brudem, cierpieniem. 

Te opowiadania mógł napisać chyba tylko Szczepan Twardoch, bardzo czuje się jego język, mimo tego, że to krótkie formy, jego styl, poetykę, nawet niektóre sytuacje odbijają się echem w jego innych książkach. 

Poza tym czyta się z wypiekami, przewraca kartki niecierpliwiąc się, co będzie dalej. Książka do pochłonięcia w jedno popołudnie, ale zostawiająca ślad, do przemyślenia. 

Bardzo, bardzo polecam.

czwartek, 26 listopada 2015

Zaproszenie na spotkanie z Wajrakiem

Katowice są pierwszym miastem, które odwiedzi Adam Wajrak promując swoją najnowszą książkę Wilki - 1 grudnia odbędą się dwa spotkania z autorem w KATOWICACH:


1 grudnia (wtorek) godz. 10:00 w Filii nr 3 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach, ul. Gliwicka 93 - spotkanie z młodzieżą;
 
1 grudnia (wtorek) godz. 17:00 w Filii nr 12 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach, ul. Witosa 18 b - spotkanie z dorosłymi.

Fragment książki:
 
Nagle coś wielkiego i szarego wystrzeliło, zawróciło, rozpędziło się i ani się obejrzałem, jak wilczysko skoczyło i ogromnymi łapami trzepnęło mnie w klatkę piersiową. Cios był potężny. Zachwiałem się na nogach i tylko cudem nie runąłem na ziemię. Nie był to koniec wystawiania mnie na próbę. Nie zdążyłem jeszcze wyjść z szoku po uderzeniu, gdy wilk stanął przy moim boku i poczułem na dłoni jego wielkie ostre zębiska. Trzymał ją spokojnie, ale bardzo stanowczo. Trzymał i patrzył mi w oczy swoimi brązowymi ślepiami, jakby chciał zapytać: „I co teraz, koleżko?”.

Adam Wajrak:
Wiem, że wśród moich czytelników jest wielu ludzi młodych, przez co niezwykle wrażliwych. Muszę was ostrzec. Gdyby ta książka była tylko o wilkach, nie zawracałbym wam głowy, bo przecież wiecie, że przyroda potrafi być brutalna. Ta książka jest jednak również o tym, jak okropne rzeczy ludzie robili i robią wilkom, jednym z najbardziej prześladowanych dużych ssaków. Dlatego poproście rodziców, żeby tę książkę przejrzeli, zanim weźmiecie ją do ręki, albo przeczytali ją razem z wami.
 
 
Po spotkaniu będzie można kupić Wilki w promocyjnej cenie oraz otrzymać autograf autora z dedykacją i rysunkiem wilka.
 
Adam Wajrak w grudniu odwiedzi również: WROCŁAW, TRÓJMIASTO, ŁÓDŹ, POZNAŃ, MIŃSK MAZOWIECKI, WARSZAWĘ.

środa, 25 listopada 2015

ŚBK - Konkurs z Wajrakiem

Dzisiaj na kilkunastu blogach ŚBK ukaże się podobny post z zapowiedzią konkursu. Zapamiętajcie dobrze te blogi, bo to na tych stronach JUTRO musicie szukać wskazówek do odgadnięcia konkursowego hasła.

Ale po kolei:
Konkurs Śląskich Blogerów Książkowych rozpocznie się 26.11.2015, ale dzisiaj zaprezentuję jego przebieg i zasady, na jakich będzie się opierał.
 "Konkurs  z Wajrakiem" będzie polegał na tym, aby odnaleźć w ZAMIESZCZONYCH JUTRO wpisach, na blogach ŚBK słowa - klucze, które ułożą się w hasło konkursowe.
Hasło to trzeba będzie wysłać na adres mailowy ŚBK: silesiabook@onet.pl
Nie powiemy Wam, jakich słów trzeba szukać, nie martwcie się jednak, słowo - klucz będzie bardzo wyraźnie zaznaczone i łatwe do znalezienia. Idąc po śladach, klikając na odpowiednie słowa, będziecie przechodzić od bloga do bloga, aż w końcu traficie na fanpage Śląskich Blogerów Książkowych na FB. To będzie dla Was sygnał, że ułożyliście całe hasło. Następnym krokiem będzie wysłanie hasła na adres mailowy podany wyżej. Dla ułatwienia konkursu, proponujemy zacząć poszukiwania na blogu Agnes(mcagnes.blogspot.com). Potem powinno pójść Wam jak z płatka.

Regulamin
1. Konkurs z Wajrakiem organizowany jest przez grupę ŚBK
2. Sponsorem nagród jest Wydawnictwo Agora
3. Nagrodą w konkursie jest książka "Wilki" Adama Wajraka
4. Konkurs trwa od 26.11.2015 do 01.12.2015.
5. Wyniki zostaną ogłoszone dnia następnego, czyli 02.12.2015.
6. Odpowiedzi na zadania konkursowe proszę wysyłać na adres:silesiabook@onet.pll
7. O wygranej w konkursie decyduje kolejność zgłoszeń. Wygrywa DWUNASTA od KOŃCA osoba.
8. Pod uwagę brane będą tylko prawidłowe odpowiedzi wysłane drogą mailową, sygnowane własnym imieniem i nazwiskiem
9. Nagroda zostanie przesłana na adres podany przez zwycięzcę. W przypadku nieodebrania nagrody organizatorzy konkursu mogą wyłonić innego zwycięzcę lub przeznaczyć nagrodę na inne cele.
10. Biorąc udział w konkursie, zgadzają się Państwo na przetwarzanie podanych przez siebie danych osobowych przez organizatora Grupę ŚBK oraz Wydawnictwo Agora, zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 r (Dz. U. nr 133 poz. 883) - które zostaną wykorzystane jednorazowo.
11. Wysyłka tylko na terenie Polski

Zadanie konkursowe:
Ze słów - kluczy podanych na blogach ŚBK ułóż hasło konkursowe.

niedziela, 22 listopada 2015

Księgi...

...a w zasadzie jedna, porządna, trochę onieśmielająca księga, która długo na półce dojrzewała zanim ją wzięłam w ręce i weszłam w jej świat. Nie powiem, Nagroda Literacka Nike dla Olgi Tokarczuk za Księgi Jakubowe była dobrą motywacją do tego, aby w końcu po książkę sięgnąć. 



Od pierwszych stron zaczyna się cudny klimat, w który wsiąkłam z największą przyjemnością. Razem z księdzem Chmielowskim weszłam do sklepu Szora i poczułam zapach przypraw korzennym i kaffy, razem z bohaterami czułam gęstą, lepką mgłę (w zasadzie w czasie czytania książki i w realnym świecie towarzyszyła mi mgła), drżałam z zimna i czułam nadchodzącą zimę. Właśnie te fragmenty były dla mnie najprzyjemniejsze - idealnie też wybrałam czas na czytanie powieści Olgi Tokarczuk.

Głównym bohaterem jest Jakub Lejbowicz Frank. I tu od razu przyznam się bez bicia, że historii tej nie znałam, nigdy o Jakubie nie słyszałam, więc naprawdę z uwagą śledziłam przedziwne losy bohatera. 

Ale muszę od razu powiedzieć, że on sam nie przypadł mi do gustu - taki szaleniec, dziwak, chciałoby się powiedzieć, że nieszkodliwy, ale... Ale porwał za sobą ludzi. Jesteśmy świadkami, jak kolejni bohaterowie słyszą plotki o Jakubie, zbierają kolejne informacje, aż w końcu poznają. I widzimy go - śmiałego, przystojnego i nie znającego granic.

Poza tym, moja wiedza na temat judaizmu jest naprawdę miałka. Dlatego też naprawdę dużo skupienia wymagała ode mnie ta pozycja w miejscach, gdzie rozchodziło się o kwestie religijne, filozoficzne. Doprawdy nie wiedziałam o rozłamach, konfliktach między żydami dotyczące kwestii wiary. Dużo więc doczytywałam, aby po prostu zrozumieć. 

Jakub jest początkiem rebelii, jest heretykiem, porywa za sobą ludzi i mąci nie tylko wśród swoich, bo do tego wszystkiego dochodzą bohaterowie katoliccy i wyznawcy islamu. 

Tak, jak obiecuje na początku Olga Tokarczuk - podróż przez trzy religie - to oferują nam Księgi Jakubowe

Mimo tego, że jest na swój sposób powieść historyczna (ale daleko od sienkiewiczowskiego modelu), jest nadzwyczaj aktualna. Nie bez powodu zdobyła takie uznanie nie tylko wśród krytyków, ale i u czytelników, bo i oni docenili dzieło Tokarczuk. Jest to też opowieść o wolności, o manipulacji, o potrzebie bycia w grupie. 

Chciałabym jeszcze napisać o jednym - o bohaterkach u Tokarczuk. Chociaż nie są one pierwszoplanowymi postaciami, to jednak są to bohaterki z krwi i kości, takie, które nie są tylko tłem - Jente, Elżbieta Drużbacka, Ewa. Szczególnie ważna jest Jente - babka głównego bohatera, która jest zawieszona między życiem i śmiercią, obserwuje wydarzenia z góry. 

I jeszcze jedno - książka jest przepięknie wydana! Naprawdę jest tak piękna, że zakochałam się w niej ponad rok temu i naprawdę pragnęłam ją mieć. Pominę milczeniem jednak fakt, że czytało się jednak to bardzo trudno - pewnie dlatego jednak czytałam tak długo...

środa, 11 listopada 2015

Feblik

Feblik wg Słownika języka polskiego to słabość, sympatia, skłonność do kogoś. Forma to przestarzała, rzadko używana, więc tytuł najnowszej powieści Małgorzaty Musierowicz dla wielu był zagadką. Zagadką była też ukazana na okładce dziewczyna - brunetka z niebieskim okiem w uroczym kapelusiku. 

Ale oto 6 listopada nadeszło rozwiązanie. Książka zamówiona w przedsprzedaży przyszła dokładnie w dniu premiery w rękach mojego męża, który odebrał ją z paczkomatu, a ja już przy zupie otwarłam i zaczęłam czytać. 

Już kiedyś pisałam, że z Jeżycjadą jest u mnie jak z serialem - wciągnęło mnie, ale niektóre odcinki mocno mnie rozczarowały. Jednak ciekawość, co nowego u znajomych bohaterów jest silniejsza niż strach przed kolejnym rozczarowaniem. 

Co w Febliku



Przyglądamy się postaci Ignacego Grzegorza Stryby, do którego ani ja, ani większość czytelniczek raczej nigdy nie pałała sympatią szczególną. Ale jednak wydarzenia przedstawione z jego perspektywy naświetlają nowy obraz i już tak nie denerwuje, mężnieje, jest prawie sympatyczny. 

I spotyka dziewczynę z okładki. Nie jest to dla niego nikt nieznajomy, a raczej była sympatia, której nie widział od kilku lat. Spotykają się przypadkowo i zbieg przypadków łączy ich na kilka dni i nocy. Możemy się oczywiście domyślić od razu, że te kilka dni i nocy połączy ich, jak to w Jeżycjadzie (tej nowszej, w starszej jednak romanse trwały trochę dłużej, a uczucia rozwijały się jakoś wolniej, przechodziły przez różne etapy, w nowszej mamy tzw. turboromanse - miłość jak grom spadająca na dwoje niewinnych ludzi, którym nie potrzeba więcej). Ale przez 90% książki mamy przyjaźń, rycerskie czyny Ignacego Grzegorza, listy Idy do Gabrysi, sielskość wsi i wiele rozmów o życiu. Jest miło, ciepło, Borejkowie jedzą smaczne rzeczy, oddają się lenistwu, małżeństwa się kochają. Poza światem Borejków jednak dzieją się straszne rzeczy - alkohol, przemoc, nieufność wobec ludzi - z tym światem nagle styczność ma główny bohater.

Małgorzata Musierowicz ciągle nie akceptuje współczesnej rzeczywistości. I ma niestety trochę wypaczony obraz. Niektóre rozmowy, w których mówi się o tym, co się dzisiaj dzieje, są dla mnie absurdalne. Nawet jeśli pewne niepokojące zjawiska są na świecie są, to nie znaczy, że są powszechne. Rozmowa na temat pewnego profesora, który nie przeklina i dlatego nie jest lubiany przez studentów naprawdę zszokowała mnie bardzo. Nie wierzę w takie rzeczy i trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek mógłby takie wnioski wysuwać. 

Feblik jest jednak zaskakująco miły. Nawet, jeśli kilka rzeczy mi się nie podobało, to jednak była to przyjemna kilkugodzinna lektura. Myślę, że nawet wrócę do niej już niedługo, żeby uważniej przeczytać, a nie chłonąć.

piątek, 30 października 2015

Stulecie

XX wiek jest wyjątkowy - nagłe przyspieszenie historii, rewolucje, zmiany, życie wywrócone do góry nogami. Nic dziwnego, że Ken Follett postanowił wziąć na warsztat historię XX wieku, aby stworzyć kolejne robiące wrażenie książki.

Ken Follett to pisarz, którego polecił mi ojciec. Od zawsze na półkach w domu widziałam tytuły autorstwa tego brytyjskiego pisarza. Przekornie nigdy nie sięgałam po nie, bo chadzałam własnymi drogami, ale pewnego dnia sięgnęłam po Filary ziemi. Potem od razu połknęłam Świat bez końca (powiedzmy, że kontynuację Filarów...) i czekałam tylko na zapowiadaną Trylogię Stulecia.

Trzy części:

Upadek gigantów opowiadający o I wojnie światowej, tam poznajemy kilka rodzin pochodzących z różnych krajów, warstw społecznych. Autor dość zgrabnie splata ich losy ze sobą, a w zasadzie splata je Historia. Mamy tam i zakazaną miłość, i emancypację kobiet, mamy bezsens I wojny światowej, bunt i rewolucję, oszałamiającą karierę robioną za oceanem.

Zima świata - czyli II wojna światowa. Poznajemy dzieci bohaterów z pierwszej części - mamy więc dobrych Niemców, gejów, Żydów atakowanych przez nazistów, mamy amerykańską wojnę, politykę na wysokich szczeblach widzianą oczami różnych osób, mamy szpiegów, bombę atomową i miłość oczywiście.

W końcu ostatnia część, tej się najbardziej obawiałam, i słusznie - Krawędź wieczności. Lata 60 - walka o równouprawnienie Murzynów, rewolucja seksualna, rządy Chruszczowa, Kennedy'ego, mur berliński... A potem czas nie zwalnia, akcja kończy się wraz z wyborem Baracka Obamy na prezydenta USA. Bohaterowie to już wnuki bohaterów z pierwszej części, ich losy już nie są takie ciekawe jak ich dziadków, chociaż czasy niby ciekawe, ale... To już nie to. Niezwykle irytowały mnie niektóre postaci, schematyzm zachowań i niestety schematyzm widoczny w samym kreśleniu fabuły. Praktycznie wyprzedzałam zdarzenia o jakieś 200 stron (sama książka ma ponad 1100 stron) i bynajmniej nie mówię o faktach historycznych. Bohaterowie biorą udział praktycznie w każdym ważnym wydarzeniu historycznym. Ale czy da się zmieścić (nawet na tylu stronach) wszystko co ważne?
Dopiero w ostatniej części pojawiają się Polacy, głównie reprezentowani przez osobę głupiutkiej Lidki (oczywiście jej wybranek był jeszcze bardziej irytujący, ale moje patriotyczne uczucia zostały trochę zmielone pewnymi uproszczeniami).
Druga sprawa, która niezwykle mnie irytowała w tej części to wszechobecny seks. Nie jestem pruderyjna i rozumiem chęć ukazania rewolucji seksualnej, ale wierzcie mi, czytanie co kilkanaście stron, że ktoś z kimś, w jaki sposób i dlaczego potrafi mierzić.
Najbardziej spodobały mi się fragmenty symbolicznych spotkań - osób znanych z Upadku gigantów, którzy byli w jakiś sposób ze sobą skłóceni. Nie wszyscy zdążyli się pogodzić, ale podobała mi się wbrew pozorom ta budowa klamrowa, bo w gruncie rzeczy najlepiej się pamiętało właśnie postaci z pierwszej części trylogii.

Niemniej, chylę czoło przed pomysłem i zapewne mozolną pracą autora, który spisał ponad 3000 stron tworząc dość ciekawy obraz epok.
To również dość przyjemna i wciągająca powtórka z historii, a nie ukrywajmy, często w szkole jest omawiana dość pobieżnie.

Rozczarowana jestem zakończeniem, ale spodziewałam się niestety tego, że tak może być. Cóż, jednak polecam na jakiś długi jesienny wieczór, szczególnie pierwszą część. 

wtorek, 27 października 2015

Ostatnio...

Zauważyłam, że jeśli wpadam w ciąg czytelniczy, to zaniedbuję to miejsce, które z założenia ma być o książkach i czytelnictwie. Szewc bez butów i tak dalej... 
W dodatku kilka dni spędzonych w łóżku, praktycznie bez komputera, z prawie gotowymi obiadami, sprawiło, że niemal zapomniałam o pracy (a jestem chyba pracoholikiem) i TYLKO czytałam. 

Co też ostatnio pojawiło się na mojej półce pozycji przeczytanych?

Po pierwsze - skończyłam czytać trylogię Stulecie Kena Folletta i o tym chciałabym napisać trochę więcej, więc nie będę się tutaj rozwodziła nad tym, że jestem jednak trochę rozczarowana. 

Po drugie - Bezcenny Zygmunta Miłoszewskiego (wpadła promocja na ebook i po prostu musiałam kupić). Bardzo wciągająca pozycja, czyta się na jednym tchu, ale... trochę irytuje nieprawdopodobieństwem. O ile zakochana jestem w trylogii o Szackim, o ile wciągnęłam się nawet w serial o Prokuratorze, to jakoś Bezcenny dla mnie zbyt grubymi nićmi szyty. Był moment, że chciałam czytnikiem cisnąć w kąt (nie mogę zdradzić jaki, ale tym, którzy czytali podpowiem, że ma związek z autem i drzazgami), ale dotrwałam. Powiedzmy, że pozycja na bezsenną noc, do połknięcia. I tyle (niestety). Muszę dodać, że moje rozczarowanie jest związane również z tym, że tematyka powieści szalenie mnie interesuje i chętnie też pobawiłabym się w szukanie Rafaela.

Po trzecie - po nieprawdopodobnym Miłoszewkim zabrałam się za szkice historyczne z okresu dwudziestolecia, a konkretniej z lat 30. XX wieku. Ebook Michała Przeperskiego pt. Gorące lata trzydzieste to całkiem zgrabna powtórka z historii. Szkoda, że taka krótka. 

 Po czwarte - Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie. Wstyd przyznać, że pierwszy raz czytałam i miałam wypieki na twarzy. Autorka mistrzynią jest i tyle! To w jaki sposób kreuje bohaterów, jak obserwuje i mimochodem podaje szczegóły - bardzo smaczne! Zapragnęłam całą jesień spędzić z Herkulesem Poirotem. 

Po piąte - zaczęłam przygodę z Księgami Jakubowymi. Ta książka jest tak cudownie klimatyczna, że muszę powiedzieć, że cieszę się, że czytam ją właśnie o tej porze roku. Dostałam ją od przyjaciółki na urodziny i dojrzewała na półce, a ja dojrzewałam do niej. Pora idealna, książka cudowna. Aż żal się przy niej spieszyć, więc delektuję się. 

Po szóste - obejrzałam pierwszy odcinek Śledztwa na cztery ręce nawiązującego do powieści Agathy Christie. Serial ten łączy dużo rzeczy dla mnie ważnych - jest tajemnica, jest śledztwo, jest przepięknie ubrana główna bohaterka (swoją drogą, znana z Call the midwife* Jessica Reine, która, jest moim zdaniem, urocza!) i chyba obejrzę do końca. 

Po siódme, dzięki Tanayah czyta, zakupiłam w Wilka Hłaski i Uległość Houllebecq'a. Dziękuję!


niedziela, 27 września 2015

Coma

Jako mała dziewczynka zobaczyłam Śpiączkę z Michaelem Douglasem z mamą, która po przeczytaniu książki bardzo chciała skonfrontować lekturę z filmem. Jako mała dziewczynka nie rozumiałam wiele - pamiętam tylko, jak emocjonowałam się, kiedy głównej bohaterce spadało obuwie w kanałach i bałam się, że ten niedobry lekarz ją zabije. Zapamiętałam też, że przyjaciółka głównej bohaterki chciała dokonać aborcji i przez to zapadła w śpiączkę.

Po latach postanowiłam w końcu przeczytać książkę. Pożyczyłam ją od rodziców (a więc miałam ten sam egzemplarz, który przeczytała mama), położyłam się do łóżka i zaczęłam czytać.

Moje wspomnienia z filmu jednak nie znalazły się w książce - dziewczyna, która podczas operacji wpadła w śpiączkę nie była przyjaciółką głównej bohaterki i operacja w ogóle nie była aborcją. A główna bohaterka nie była nawet lekarką, tylko studentką na praktyce.

I przyjrzyjmy się  właśnie głównej bohaterce - Susan Wheeler. Niezwykle irytująca postać z panny Wheeler, niestety niemała w tym zasługa autora. Robin Cook przedstawia studentkę jako ideał kobiety - jest tak piękna, że podoba się każdemu, nie tylko młodemu, ambitnemu lekarzowi, który jest opiekunem jej praktyki. Poza tym, że jest niezwykle piękna, to w dodatku jej seksapil jest naturalny, ona sama nie dba o wygląd, więc nawet w męskim uniformie operacyjnym prezentuje się wspaniale. Tak, uroda Susan wysuwa się na plan pierwszy, ale ona walczy z uprzedmiotowieniem kobiet, chce, żeby traktowano ją poważnie (tak jak jej kolegów z roku), jest ambitna i bardzo inteligentna. Jest tak bardzo inteligentna, że nikt w wielkim szpitalu miejskim nie zauważa tego, że w jednej sali dochodzi raz na jakiś czas do niewytłumaczalnej śpiączki wśród pacjentów. Susan Wheeler to odkrywa i brnie w niebezpieczną przygodę, która może okazać się nie tylko końcem jej kariery medycznej, ale również grozi jej o wiele większe niebezpieczeństwo.

Śpiączka to chyba najsłynniejsza książka Robina Cooka. Wciąga bardzo, nawet ja odczuwałam delikatne dreszcze podczas czytania. I niestety, zgadzałam się z posłowiem autora, który napisał, że najbardziej przerażające w tej wymyślonej historii jest fakt, że może zdarzyć się (albo może zdarza się) naprawdę.

Kilka dni po lekturze na kanale TCM emitowano film z Michaelem Douglasem. Oczywiście obejrzałam. Moje wspomnienia z dzieciństwa wróciły. Główna bohaterka znowu traciła buty w kanale. Najjaśniejszym punktem filmu jednak jest muzyka - naprawdę tworzy niesamowitą atmosferę!



sobota, 26 września 2015

Daisy

Daisy

Urodziła się jako Maria Teresa Olivia Cornwallis-West i była angielską arystokratką bez posagu i wykształcenia, a jednak z ambicjami na wyjście za mąż w pierwszym roku po debiucie, bo to było dobrze widziane w towarzystwie. Miała na szczęście urodę i urok osobisty, który sprawił, że była w towarzystwie znana i podziwiana. Szczęście (teoretycznie) się do niej uśmiechnęło, kiedy wyszła za mąż za bogatego księcia pruskiego. Jej teść był właścicielem zamku Książ i zamku w Pszczynie. 

Pszczyna


Przeniosła się więc Daisy (tak była nazywana w domu rodzinnym, ale domowe imię przylgnęło do niej już na zawsze) do swoich nowych posiadłości, ale z przeprowadzki nie była zadowolona. Złożyło się na to kilka powodów - po pierwsze małżeństwo z Hansem Heinrichem dalekie było od miłości (Daisy jednak szanowała męża, bardzo lubiła swojego teścia), po drugie sztywne zwyczaje pruskie były dla niej absurdalne i trudne do zniesienia, po trzecie, uważała Niemcy za kraj na wpół barbarzyński - nie mogła zrozumieć pewnych zwyczajów, raził ją fakt braku higieny wśród ludności. 

Pszczyna

Właśnie przeczytałam jej pamiętnik Taniec na wulkanie, który obejmuje wspomnienia z lat 1873-1918. To jedyny tom, który został wydany w Polsce. 

Drugi tom pamiętników (nie wydany w Polsce)

Z pamiętnika wyłania się obraz kobiety rzuconej w rzeczywistość, która daleka była od bajki. Podkreśla kilka razy, że męża nie kochała (co też mu uczciwie od razu powiedziała po oświadczynach), jest trochę zagubiona w nowej ojczyźnie, nigdy nie nauczyła się dobrze języka niemieckiego. Jednocześnie bardzo tęskni za Anglią i angielskimi zwyczajami (które np. podczas świąt wprowadza dla angielskiej służby po kryjomu wieczorem). Pszczyna ją nie zachwyciła, m. in. brak łazienki był dla niej dużym problemem. Zatrwożona była brakiem oczyszczania rzek i umieralnością wśród ludności. Walczyła o higienę i to jej się udało. 

Lubiła za to Książ - przyrodę i widoki z okien niezliczonych pokoi zamkowych. Dobrze wspomina święta spędzone na tym zamku. Przyjmowała wielu znamienitych gości w swoich progach - następcę tronu pruskiego, wielkich książąt rosyjskich, wicekróla Indii. 

Zamek Książ

Po dziewięciu latach małżeństwa przyszedł na świat pierworodny syn Hans Henrich (Hansel). Po pięciu latach pojawił się drugi syn - Lexel (urodzony w ukochanej Anglii), a w 1910 roku Bolko. 

Zamek Książ

W jej małżeństwie zaczęło się niestety układać coraz gorzej, niemały wpływ na to miała sytuacja polityczna w Europie - zbliżała się I wojna światowa. Podczas wojny pracowała jako sanitariuszka w Czerwonym Krzyżu (chociaż początkowo została posądzona o szpiegostwo). Po wojnie, po 31 latach małżeństwa, doszło do rozwodu. Opiekę nad synami otrzymał książę, a Daisy została przez chorobę przykuta do wózka. 
Księżna Daisy

W 1928 roku księżna Daisy wydała więc swoje pamiętniki, które miałam okazję przeczytać. 

Na Książ powróciła w 1935 roku, w 1940 została przeniesiona do willi w Wałbrzychu. Starsi synowie walczyli z nazistami - starszy w brytyjskim lotnictwie, młodszy w Wojsku Polskim. 

Daisy zmarła w 1943 roku w wieku 70 lat. Została pochowana w krypcie Hochbergów, ale po dwóch latach jej zwłoki zostały wydobyte (niektórzy uważają, że to okoliczna ludność przeniosła zwłoki w bezpieczne miejsce, aby ukryć je przed Sowietami) i nie wiadomo, gdzie dzisiaj spoczywają.

Autorka bloga na ławeczce z księżną Daisy w Pszczynie
Autorka bloga przed zamkiem Książ

niedziela, 30 sierpnia 2015

Wycieczka literacka: Nałęczów

Wakacje się kończą, ale w tym klimacie jeszcze zostańmy. Chciałam podzielić się wspomnieniami z podróży, którą odbyła się trzy lata temu (a jakby wczoraj!). Wraz z mężem zwiedzaliśmy wschodnią Polskę - Nałęczów, Kazimierz Dolny, Lublin, Zwierzyniec, Zamość, Sandomierz. Od razu powiem, że to cudowne miejsca, do których z pewnością będę wracać. 


Nałęczów to uzdrowisko z urokliwym parkiem zdrojowym, pijalnią wód (Nałęczowiankę zapewne znacie) i nieśpiesznym klimatem. Zwiedzaliśmy wschód podczas fali upałów (38 stopni w cieniu) i popołudniowy czy wieczorny spacer po parku był naprawdę ożywczy, a chłodna woda potrafiła zdziałać cuda. 



Nałęczów szczyci się tym, że niegdyś latem stawał się niemal literacką stolicą, bo do wód przyjeżdżali i Żeromski, i Prus, i Szelburg-Zarębina. Stąd też i moje żywe zainteresowanie tym miejscem. 


W oranżerii pijalni wód możemy zobaczyć popiersia pisarzy.




Najbardziej jednak związany z Nałęczowem był Bolesław Prus, zwany przez nałęczowian dziadziem Prusem, który siadał na ławce i rozdawał dzieciom cukierki. 


Pisarz spędził w Nałęczowie dwadzieścia osiem sezonów. O Nałęczowie pisał m. in. do "Tygodnika Ilustrowanego" - link. Warto oczywiście odwiedzić Muzeum Prusa w Pałacu Małachowskich.



Zachęcam do odwiedzenia wschodniej Polski, do odwiedzin Nałęczowa. Warto czasami zboczyć z głównych turystycznych tras polskich, zrezygnować z europejskich wojaży i zobaczyć piękną Polskę, odpocząć od kurzu miasta w małych miasteczkach czy uzdrowiskach, które niewątpliwie mają swój klimat, a przy okazji iść tymi samymi ścieżkami, co wielcy Polacy.

sobota, 29 sierpnia 2015

Jaśnie panie, znaleziono trupa

Jaume Cabré w Polsce ma chyba dużo fanów. Tak się złożyło, że pierwszą pozycją, jaka ukazała się na polskim rynku było cudowne Wyznaję, czyli ostatnia książka w dorobku katalońskiego pisarza. Później mieliśmy szansę przeczytać bardzo ciekawe Głosy Pamano. Trzecią książką, którą dostajemy w ręce jest Jaśnie pan, wydany w Hiszpanii w roku 1991 roku. 

Książki czytałam zgodnie z datami ukazania się w Polsce, więc zachwyt przyszedł natychmiastowo. A szkoda, bo czytając zgodnie z datami powstania byłabym świadkiem szukania i odnajdywania stylu autora, który najpełniej jest widoczny w Wyznaję

A Jaśnie pan



Pamiętacie głównego bohatera Manii wielkości granego przez genialnego Louisa de Funesa? Mimo że książka Cabré to absolutnie nie żadna komedia, to przed oczami miałam właśnie de Bazana - ogarniętego manią władzy, pieniędzy i prestiżu małego, zakompleksionego człowieczka, który po latach dostępuje zaszczytów i dba o pozory, aby ich nie utracić. Chce uchodzić za znawcę astronomii, człowieka oczytanego, światowego, ale jada wyszukane jedzenie tylko po to, aby śmieci z jego stołu były dowodem dobrego smaku jaśnie pana, jednocześnie przepadając za zwykłą rzepą. 

Jaśnie pan jest prezesem trybunału królewskiego w Barcelonie - Rafael Massó i Pujades - człowiek mający wielką władzę w ręku, obraca się wśród śmietanki towarzyskiej, wie, na czym polega funkcjonowaniu w barcelońskiej socjecie. Dba o pozory, w czym świetnie pomaga mu bogobojna żona, wspierająca męża, ale szukająca dla siebie również zaszczytów, a marzy o zgoła innych funkcjach niż jej mąż. 

I poznajemy na co go stać w momencie, kiedy znaleziono trupa orleańskiego słowika - śpiewaczki, która uświetniła jeden z wieczorów barcelońskiej socjety. Podejrzany jest schwytany już nazajutrz. Od tego momentu śledzimy losy bohaterów tej opowieści - Rafaela Massó, poety-winowajcy(?), jego przyjaciela muzyka, prostego ogrodnika i jeszcze kilku innych ciekawych postaci. 

Można by rzec, że jest to kryminał. Jednak kryminał specyficzny. Nie mogę niestety zdradzić, czemu. Nade wszystko jednak powieść jest historią o władzy, studium postaci głównego bohatera, powieścią z polityką w tle. 

Jaśnie pan był przełomem w karierze katalońskiego pisarza. Nie mogę się do tego odmieść, bo ciągle nie znam innych pozycji z dorobku Cabré. Bardzo żałuję. I zazdroszczę wszystkim, którzy przygodę z tą literaturą dopiero zaczynają. Sama chętnie zaczęłabym od tej właśnie pozycji. Dlaczego? Bo nie jest najlepsza powieść Jaume Cabré. To dobra powieść. Czyta się przyjemnie, chwilami z wypiekami na twarzy i przerzuca się strony w szybkim tempie. Ale to jednak nie to, co Głosy Pamano czy Wyznaję

Niemniej już w tej powieści mamy do czynienia z tym, co w prozie Cabré najlepsze - narracja, zabawa z czasem akcji, dobrze skonstruowany bohater. W tym miejscu warto napisać również o tłumaczce Jaume Cabré w Polsce. Pani Anna Sawicka zawsze z niezwykłą precyzją oddaje to, co w prozie pisarza najlepsze, jej wstępy do książek również są niezwykle pomocne (chociaż podczas krótkiej rozmowy z panią Sawicką, przyznałam, że po przeczytaniu wstępu od tłumaczki, byłam lekko przerażona, co sama skwitowała, że jej lekkie nastraszenie miała zrekompensować proza autora). Rzadko zwracam uwagę na tłumacza, ale w wypadku pani Sawickiej naprawdę warto!

I czekam, czekam z niecierpliwością na nową powieść!

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wycieczka literacka: Jagniątków

Dolny Śląsk jest absolutnie uroczy. Co wioska to jakiś pałacyk, poza tym urokliwe góry, wodospady, jaskinie... W tegoroczne wakacje wybrałam się na dość krótki (za krótki, jak się okazało) wyjazd w okolice Jeleniej Góry. Zwiedziłam mało, bo czasu brakło, ale chciałam się z Wami podzielić pewnym pięknym domem, który stoi w Jagniątkowie.


Jest to dom Gerharda Hauptmanna. Mówi Wam coś to nazwisko? Pewnie niewiele, chociaż pisarz tej otrzymał w 1912 roku Nagrodę Nobla. 

Gerhard Hauptmann urodził się 15 listopada 1862 roku w Bad Saltbrunn. Jego ojciec był zarządcą hotelu w Szczawnie-Zdroju. W tym hotelu młody Gerhard obserwował ludzi i obserwacje te, z pewnością pomogły mu w kreśleniu przeróżnych postaci na kartach swoich dzieł. Dużo podróżował od wczesnych lat młodości. Na stałe osiadł w trzech miejscach: w Berlinie, w Kloster na wyspie Hiddensee oraz właśnie w Jagniątkowie (ówczesna nazwa miejscowości to Agnetendorf). 


Noblista pisał głównie dramaty. W swojej twórczości dotykał problemów środowiska nizin społecznych. Na polski był tłumaczony m. in. przez Marię Konopnicką i Jana Kasprowicza.

Dom w Jagniątkowie to dom spełniający rolę domu letniskowego. Pisarz lubił w nim pisać. Niemniej posiadłość robi wrażenie. 

Dom został zbudowany w 1899 roku według projektu Hansa Grisebacha. Po II wojnie światowej dom był wykorzystywany głównie jako ośrodek dla dzieci (przedszkole, ośrodek kolonijny), dopiero po 2005 roku stał się muzeum. O taki charakter domu noblisty starał się m. in. Helmut Kohl - były kanclerz Niemiec. 

Jeśli kochacie secesję (jak ja!) to wizyta z czystej przyjemności podziwiania wnętrz domu Gerharda Hauptmanna z pewnością będzie udana. 


Zwiedzający mogą podziwiać parter domu - hall z przepięknymi sufitami, i trzy sale z eksponatami muzealnymi. Na górze dwie sale wykorzystywane są na wystawy czasowe. Ja akurat trafiłam na wystawę o niemieckich śladach na Dolnym Śląsku. 





 W księdze gości widzi się wpisy głównie niemieckich turystów (wszak noblista jest pisarzem niemieckim), zdarzają się również wycieczki szkolne. Sam Gerhard Hauptmann mówił o sobie, że jest Ślązakiem.

Także ja, Ślązaczka, też tam byłam:



sobota, 25 lipca 2015

Pisze. Piszesz. Piszę.

Już od dawna w Polsce nie toczyła się tak zażarta dyskusja o powinnościach pisarza, jak po ogłoszeniu Szczepana Twardocha, że został twarzą marki Mercedes. Zupełnie nieświadomie w dniu wybuchu Twardochgate, sięgnęłam w końcu po Morfinę

Morfinę polecono mi już dawno, a że polecenie pochodziło z źródła raczej pewnego, to od dawna na liście priorytetów powieść miałam. O czym książka jest? Z okładki (skądinąd psychodelicznej) dowiadujemy się, że o Warszawie, o kobietach, o narkotykach. 




Mamy więc, owszem, Warszawę - widzimy ją oczami głównego bohatera, który powtarza, że to jego miasto (żeby też zaprzeczyć temu całkowicie kilka stron dalej), miasto zgwałcone wojną i okupacją. Jest październik 1939 roku. Ale bohater opisuje również stolicę sprzed wojny - kamienicę Wedla, kawiarnie, eleganckie ulice i te brudniejszą stronę miasta. 

Bohater chodzi ulicami Warszawy i wspomina jej wieczorną odsłonę, kiedy bywał w Adrii, w Ziemiańskiej, kiedy pił z Jarosławem (Iwaszkiewiczem), kiedy wino się lało, on błyszczał i nie pozostawał obojętny na urok kobiecy. 

Bo bohater Morfiny, Konstanty Willeman, to bon vivant i kobieciarz. I, jak łatwo można się domyślić, narkoman, morfinista. I zdobywa morfinę - przez kochankę Salę, przez przyjaciela-lekarza. Odurza się, odpływa. I potem żałuje. Obiecuje, że już więcej nie. Jedna z bohaterek - Dzidzia - mówi mu, że nie jest morfinistą, bo może żyć bez narkotyku. Może, ale...

Ale narkotyk jest nie tylko chwilą przyjemności, buteleczką szczęścia, jest ucieczką od tego, co trafi Kostka. 

Konstanty nie wie, kim jest. Jego ojciec był Niemcem, matka spolszczoną (sama się spolszczyła) Ślązaczką, on wychowany jest na Polaka. Powtarza przecież, że jest Polakiem, walczył za Polskę, ba, nawet działa w konspiracji, ale... No, właśnie. Ale czy można do końca być przekonanym, kim się jest, zwłaszcza w takich czasach, mając takie korzenie? 

Problem tożsamości dzieli - wydaje się, że łatwo powiedzieć: "Jestem Polakiem". Wcale niełatwo. I o tym właśnie jest Morfina



Jednak to, co najbardziej ujmuje mnie u Szczepana Twardocha, to narracja:

Całe moje życie, wszystko w gruz. W pył. Niemcy rozwalili. Rydz rozwalił. Hitler rozwalił. Warszawę rozwalili. Sam wszystko rozwaliłem, nie ma  Warszawy, nie ma Heli, nie ma Jureczka, nic nie ma, tylko teczkę ukradli, ja to wszystko wiązałem w jedno, we mnie zbiegały się wszystkie nici historii, a ja się rozpadłem i wszystko się rozpadło, kiedy ja się rozpadłem.

I narracja narkotyczna, podwójna i jeszcze ta tajemnicza żeńska narratorka, która towarzyszy ciągle Konstantemu, kim jest? 

Po lekturze Morfiny nasuwają się dwa pytania, które padają na kartach książki: Kim jestem? I kim jest człowiek? 

I właśnie takie pytania, najbardziej zasadne dla człowieka, powinna zadawać literatura.  

piątek, 24 lipca 2015

Hipokryci

Bo za naszych czasów takich rzeczy nie było! - sto punktów dla tego, kto nigdy nie usłyszał tego zdania od rodziców/dziadków/pradziadków. Prym w mojej rodzinie wiodła babcia, rocznik 1933, która zapewne żyła w klasztorze. Dopiero między słowami, przypadkiem w jej historiach poruszane były opowieści dość ciekawe, ale, oczywiście, niedopowiedziane. 

Czym są takie rzeczy? Mam tu na myśli, szeroko pojętą seksualność, która, jeśli wierzyć babciom, nie istniała w czasach ich młodości, a dzieci (często wyjątkowe wcześniaki) były przynoszone przez bociany, ewentualnie znajdowano je w kapuście, jeśli ktoś miał pole. 

Dziadek mojej mamy natomiast opowiadał mrożącą krew w żyłach historię swojej kuzynki, która miała to nieszczęście, że dziecko pojawiło się według zasad natury, a sprawcy nie było pod ręką, więc całe dziewięć miesięcy spędziła w piwnicy, aby nikt jej z brzuchem nie widział. Słysząc takie historie można rzeczywiście uwierzyć, że panien z dzieckiem nie było. 

O dzieciach przynoszonych przez bociana wspomina w dedykacji swojej książki Kamil Janicki: "Dla Taty, bo to dzięki niemu długo żyłem w beztroskim przekonaniu, że to rzeczywiście bocian przynosi dzieci i wrzuca do kapusty.".

Epoka hipokryzji, bo o tej pozycji mowa, to książka dość słusznych rozmiarów - ponad 400 stron opowieści o seksualności naszych dziadków i pradziadków w epoce międzywojennej. Pomimo zapewnień moich przodków, daleka już dawno byłam od naiwności, że w mitycznej epoce kiedyś nikt o seksie nie myślał, ale niektóre ciekawostki z alkowy prababci mnie zaskoczyły. 
Zaczyna autor od młodzieży - tej złej, jak to w każdej epoce bywa. Mamy więc oczywisty podział na młodzież płci męskiej (która po prostu musi, inaczej się udusi), płeć żeńską upadłą (której nikt nie szanuje, ale być po prostu musi, inaczej płeć męska się udusi) i płeć żeńską niewinną, niewiasty, które o tych sprawach za wiele nie wiedziały i czekały na noc poślubną, która przyniosła im raczej rozczarowanie. 

Mówiąc szczerze, bardzo smutno się czyta o tych wszystkich kobietach - pilnowanych pod kluczem, z dala od wiedzy wszelakiej, niepoinformowanych o tym, co je czeka. Smutno czyta się o tych wszystkich kobietach, które leczono z histerii, odmawiano im seksualności i widziano w nich tylko matki, którym to właśnie macierzyństwo ma wynagrodzić brak przyjemności w sypialni.

Na szczęście dla jednych, a nieszczęście dla drugich, w okresie międzywojennym dochodzi do rewolucji seksualnej. O seksualności zaczyna się mówić, zajmują się nią naukowcy (o różnych światopoglądach niestety), rośnie świadomość, na łamach prasy toczy się dyskusja na temat edukacji seksualnej, antykoncepcji, świadomego rodzicielska, nowoczesnego małżeństwa. Nie wydaje się to znajome? Czy dzisiaj naprawdę tak wiele się zmieniło w podejściu do tych spraw


Kamil Janicki dzieli Epokę hipokryzji na siedem rozdziałów. Często nawiązuje do badań pionierów seksuologii z przymrużeniem oka, interpretuje ich obserwacje. Jednocześnie korzysta z przykładów literackich, wszak literatura, choć jest fikcją jest wielkim zwierciadłem, w którym się przeglądamy. W książce mamy również liczne cytaty z publicystów epoki, zwłaszcza Tadeusza Boya Żeleńskiego i Ireny Krzywickiej (o jej Wyznaniach gorszycielki miałam już przyjemność pisać tutaj) oraz nawiązania do prasy erotycznej z okresu międzywojnia. 


Zgrabnie i lekko autor mówi o seksualności, często wybiera drogę żartu oraz ironii, co sprawia, że książka nie jest pracą historyczną, a popularnonaukową, dla każdego. Sam tłumaczy, dlaczego wybrał taki, a nie inny obszar zainteresowań, dopowiada, jak trafił na jakąś konkretną ciekawostkę (albo przedmiot - np. przedwojenny wibrator). Epokę hipokryzji czyta się więc dobrze i wierzcie mi, wciąga to bardzo.


czwartek, 9 lipca 2015

Nie wiem, jak wracać...

Praca, studia, pisanie pracy dyplomowej, druga praca, trzecia praca i czytanie. Tak wyglądało moje ostatnie pół roku. I jeszcze parę innych rzeczy, które rozhuśtały mnie emocjonalnie i sprawiły, że trochę się zatraciłam. 
I nie wiem, jak wracać. Od dwu tygodni żyję w amoku - mam wolne! Praca dyplomowa oddana, wakacje od pracy numer 1 (w zasadzie wieczne pożegnanie), wakacje od pracy numer 2, wakacje od pracy numer 3 (też pożegnanie), studia skończone, kursy i szkolenia zaliczone, dopływam do bezpiecznej przystani w pracy numer 2, która będzie jedyną od września. I czytam.
Ale tak odzwyczaiłam się od pisania.. Tego przyjemnego pisania, przelewania refleksji (jakże chciałoby się rzecz, że na papier). 
Nie wiem, jak wracać. Wraca, więc cichuteńko...

Trochę smutno na początek - 3 lipca zmarła Krystyna Siesicka. Dla mnie to koniec pewnej epoki. Na książkach pani Siesickiej się wychowywałam (zaraz po wszystkich baśniach, książkach Astrid Lindgren, Nienackiego, Niziurskiego i Szklarskiego...). Pamiętam stare, podniszczone egzemplarze wypożyczone z biblioteki i moje kapryśne piątkowe soboty spędzone z bohaterami powieści Krystyny Siesickiej. Przeczytałam wszystkie te starsze - moje ukochane Jezioro osobliwości, Zapałkę na zakręcie, Czas Abrahama czy Ludzie jak wiatr... Przeczytałam i nowsze - Trzynasty miesiąc poziomkowy, wspomnianą już Kapryśną piątkową sobotę... Nie pamiętam już wszystkich bohaterów, nie pamiętam fabuł, ale pamiętam to ciepło, które otula podczas czytania. Książki Krystyny Siesickiej to książki do wracania, sięgnę po nie jeszcze nieraz w życiu. 

Wkraczając na zupełnie inne rejony literatury (to dziwne, jak człowiek może lubić kompletnie różne rzeczy...), skończyłam wreszcie czytać wszystkie dostępne części Pieśni Lodu i Ognia. Zatracam się więc teraz z przyjemnością we wszelkich teoriach spiskowych, domysłach i innych fanfikach wraz z mężem, który dogonił mnie i przegonił tuż przed metą z czytaniem Martina. 

Aktualnie czytam Morfinę Szczepana Twardocha (zaczęłam zupełnie nieświadomie w dniu wybuchu prawdziwej Twardochgate) i jestem znowuż zachwycona tym, co autor robi z językiem. Co ciekawsze fragmenty czytam mężowi, ale on chyba nie zachwyca się tak jak ja... 

Przeczytałam również całkiem dużo pozycji z pedagogiki, w związku z pisaniem pracy dyplomowej, a pisałam ją o czytelnictwie dzieci (ciekawe, czemu...). Przypomniałam sobie również kilka pozycji z dzieciństwa, czytając dzieciom w szkole. Wierzycie w to, że tylko jedno dziecko wiedziała, kim są Muminki? 

Ale za to młodzież mamy fantastyczną (przynajmniej część młodzieży). Miałam ostatnio więcej mniej oficjalnego kontaktu z młodzieżą i rozmawiałam dużo o książkach. Serce roście, kiedy uczennica nie śpi na wycieczce szkolnej, bo musi skończyć rozdział, kiedy podczas wycieczki po górach godziny spędza się na temat polecanych książek, kiedy uczennice na spotkanie Klubu Dyskusyjnego nie potrafią się zdecydować, jaką ulubioną książkę przynieść, więc przynoszą niemal taczkami... Naprawdę, czytelnictwo w narodzie nie umiera! 

Dobrze. Wróciłam. Uff...

sobota, 25 kwietnia 2015

Ach, jak przyjemnie...

Z pewnością każdy ma coś takiego, co mu poprawia nastrój. Kobiety (nie wiem, dlaczego) często wymieniają czekoladę. Inni potrzebują filiżanki dobrej, aromatycznej herbaty (mnie ten pomysł przekonuje, szczególnie, jeśli herbata jest pita z naprawdę pięknej filiżanki z porcelany). A jakiś przyjemny zapach? Może zapach świeżo zmielonej kawy komuś kojarzy się z czymś przyjemnym (ja uwielbia, chociaż kawy nie lubię i nie pijam), a może wolą zapach jakichś konkretnych kwiatów (a ten zapach wiosny za oknem?). Wszystko to, owszem, poprawia nastrój, umila czas, ale najlepiej by było, żeby ten czas był spędzony przy kulturze. Dlatego pierwszy raz zdecydowałam się na małą, absolutnie subiektywną, listę utworów muzycznych, książek i filmów na poprawę nastroju. 

Muzyka
O gustach się nie dyskutuje ponoć, ale ja się z tym powiedzeniem nie zgadzam poza faktem, że ktoś gustuje w wysokich brunetach, a ktoś inny w szczupłych szatynach. Jeśli chodzi o muzykę, to nikt mnie nie przekona, że gust amatora disko polo ma się dobrze i nie powinnam tego krytykować. Także u mnie krótka lista utworów, które JA uważam za polepszacze nastroju i są z różnych typów muzyki:

Po pierwsze: Ciepły głos Nory Jones. Być może dla niektórych to smętna alternatywa, ale Come away with me to dla mnie idealne uzupełnienie miłego wieczoru. 

Po drugie: Zespół Kroke, moja najmłodsza, ale wielka miłość. Usłyszałam ich pierwszy raz w Programie 2 Polskiego Radia i zakochałam się od pierwszego usłyszenia. Wczoraj miałam szansę słyszeć ich na żywo i jestem jeszcze bardziej zachwycona. Posłuchajcie utworu Time.

Po trzecie: Żeby nie było, że żadnego popu moje uszy nie zaznają, to muszę wymienić piosenkę, która wywołuje u mnie zawsze uśmiech na twarzy, bo i mam dobre z nią skojarzenia: Mika Grace Kelly.

Po czwarte: Klasyka, klasyka. Piosenka z mojego tzw. pierwszego tańca ślubnego: Ben E. King Stand by me.

Po piąte (i ostatnie): I tu, muszę przyznać, jest to może bardziej kwestia teledysku, który jest może i uroczy, ale ma jedną, podstawową zaletę - Josepha Gordona Levitta. Czyli She&him (przeuroczy zespół, trochę w starym stylu) i Why do you let me stay here?

Książki
Czyli część właściwa. Książki wspaniale poprawiają nastrój. Wiem, że nie wszyscy do książek wracają, ale naprawdę polecam - to jak powrót do ulubionych przyjaciół, do ulubionych miejsc. Nagle przypominamy sobie, co czuliśmy czytając dany fragment za pierwszym razem albo wręcz czekamy z niecierpliwością na swoją ulubioną scenę. 

Po pierwsze: Nieoceniona Astrid Lindgren i Dzieci z Bullerbyn. Nie wyobrażam sobie siebie bez tej lektury. Jestem pewna, że ta książka sprawiła, że kocham czytać. Jedna z tych lektur, które chłonęłam, nie umiałam przestać (ale jednocześnie musiałam przerywać, żeby coś zjeść, bo oni tak smakowicie tam jadali). Wracam i będę wracać. W pracy też czytałam dzieciom i również się im podobało, więc byłam naprawdę szczęśliwa, że mogłam się z dziećmi tym podzielić. Posiadam nowe wydanie z Wydawnictwa Literackiego, które dostałam od swojej przyjaciółki w prezencie.

Po drugie: Jane Austen i jej Duma i uprzedzenie. Sięgnęłam pierwszy raz jako nastolatka dość późna, więc może lektura panny Austen nie ukształtowała mojego ideału mężczyzny (bo ukształtowała go Tove Jasson i jej Włóczykij), ale dziwnym trafem trafiłam na dumnego i zamkniętego w sobie pana Darcy'ego. Ma go Lizzy, mam i ja, rzekłabym z niemałą satysfakcją. Ale poza fabułą - ja po prostu kocham klasyczne angielskie romanse, bo jak nic przywracają mi równowagę.

Po trzecie: Można nie dowierzać, można się śmiać, ale obcowanie z III częścią Dziadów Adama Mickiewicza naprawdę poprawia mi nastrój. Dla mnie ten dramat to doskonałość, kocham go od czasów liceum i nie rozumiem faktu, że jestem w mniejszości. W zasadzie w tym punkcie powinnam poszerzyć moje "ochy" i "achy" o inne dzieła wieszcza (Pan Tadeusz, Sonety odeskie), bo na chandrę nie ma jak stary, dobry Adaś.

Po czwarte: Opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Wiem, że to nie wesolutkie opowiadanka, które same z siebie humor poprawiają. Jednak język i mistrzostwo Iwaszkiewicza mnie pochłania całkowicie. Ale polecam króciutkie opowiadanko Staroświecki sklep - jest naprawdę przyjemne!

Po piąte (chociaż mogę tak jeszcze długo): Kuchnia Nigelli Lawson. Może dla niektórych książka kucharska, jaką niewątpliwie jest ta pozycja, nie jest godna tutaj się znajdować, być może są lepsi kucharze niż apetyczna Angielka, może i niektóre jej potrawy to herezje, ale Nigella kocha jeść (zupełnie jak ja!) i bez skrępowania o tej miłości opowiada, wprowadzając w konkretne przepisy. Jeśli zaś jesteśmy przy jedzeniu, uwielbiam słuchać pana Makłowicza. On nawet o kaszance mówi w taki sposób, że mam ochotę ją zjeść (czego normalnie nie czynię).

Filmy
Do ulubionych filmów wracam często i w ogóle się tego nie wstydzę. Mam jednak pewnego bzika. Uwielbiam oglądać na ekranie (dużym lub małym) pięknie ubrane kobiety. Pięknie ubrana kobieta w moim rozumowaniu to bohaterka filmu kostiumowego, filmu wojennego, filmu, którego akcja osadzona jest w latach 20., 30., 40., 50. i 60. To samo, jeśli chodzi o seriale. Poprawia mi więc nastrój serial Zakazane imperium, chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że trup ścielący się gęsto, tryskająca krew i bezwzględni gangsterze to kwintesencja przyjemności, ale kostiumy i muzyka w tym serialu, a przede wszystkim to, że to naprawdę dobra produkcja po prostu podwyższa mi poziom endorfin. Takie zboczenie, które należy mi wybaczyć.

Po pierwsze: Amelia Jeuneta. To dla mnie film numer jeden w kategorii filmów pięknych. Widziałam mnóstwo razy, kiedy mi smutno czy źle oglądam choćby fragment i od razu mi lżej na sercu. Lubię w ogóle produkcje francuskie i francuską muzykę (czy ktoś słuchał audycji Krystyny Czubówny Pod dachami Paryża w radiowej Trójce?) i to po prostu dla mnie niezawodny sposób na przyjemny wieczór.

Po drugie: Jasminum Jana Jakuba Kolskiego. Uwielbiam tę nieśpieszność, uwielbiam cmokanie Gieni i jej "A co się dziwisz?", uwielbiam po prostu poetykę tego filmu. Jeśli trafię na niego w telewizji ZAWSZE się zatrzymam.

Po trzecie: Klasycznie i sztampowo - Śniadanie u Tiffany'ego Blake'a Edwardsa. Film ten łączy kilka moich miłości, ale przede wszystkim cudna Audrey Hepburn jest tam pięknie ubraną kobietą. 

Po czwarte: Piękna i Bestia w wersji disneyowskiej. Moja ukochana disneyowska wersja baśni. Bella kochała czytać, więc nic dziwnego, że poczułam do niej sympatię jako mała dziewczynka. A scena, kiedy łyżki i talerze tańczą to chyba najlepsza scena filmu animowanego w ogóle! 

Po piąte: Zakochani widzą słonie Dagura Kariego. Film o niedojrzałym młodym mężczyźnie i rodzeniu się miłości. Film czarno-biały z jedną kolorową sceną, która nadaje sens wszystkiemu. Naprawdę poprawia nastrój, przywraca wiarę i jest po prostu przyjemny. 
 

A jak Wy sobie poprawiacie nastrój?

sobota, 28 marca 2015

Cmentarz zapomnianych książek

Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która w końcu sięgnęła po trylogię autorstwa Carlosa Ruiza Zafona. I też chyba jako jedna z nielicznych (w tym potoku ochów i achów) nie wiem właściwie, co mam powiedzieć...

Zacznijmy od okładek - to one najbardziej mnie zachęciły do kupna książek. Oj, patrzyły na mnie od dawna w księgarniach, ale zawsze było coś innego do kupienia. W końcu mąż zakupił mi Cień wiatru w ramach prezentu pod choinkę i mogłam już ze spokojnym sumieniem czytać. Na okładkach są piękne, czarno-białe zdjęcia. Od razu wprowadzają one w nastrój książki - sentymentalny, tajemniczy. Szczególnie podoba mi się właśnie okładka Cienia wiatru, bo mam słabość do zdjęć ojców z dziećmi, więc kilka razu zapatrzyłam się na nią. Poza tym nastrojowe zdjęcia (chociaż niedużo niestety) znajdziemy na kartach książek.
I treść. To jest właśnie ten punkt, do którego mam nieco zastrzeżeń. Głównym bohaterem i zarazem narratorem Cienia wiatru jest Daniel Sempere - syn właściciela księgarni. Pewnego razu ojciec zabiera go do niezwykłego miejsca, o którym ma nikomu nie mówić. Tym miejscem jest cmentarz zapomnianych książek - tam znajdują się książki przeklęte, zapomniane, cudem uratowane przed zagładą. Osoba, która odwiedza cmentarz po raz pierwsze, może wybrać sobie książkę, którą będzie się opiekował. Wybór jest trudny w potoku, labiryncie i morzu książek zupełnie nieuporządkowanych (i pomyśleć, że mnie trudno czasami znaleźć konkretną książkę w mieszkaniu), więc panuje przekonanie, że to książka wybiera swojego właściciela. Daniela wybiera Cień wiatru Juliana Caraxa.
Poza książkami Daniel zakochuje się również w dużo starszej przepięknej, acz ślepej dziewczynie, co jest przyczyną jego nastoletnich mąk (ten właśnie wątek mnie kompletnie nie przekonuje, ale nie tylko w tej książce, tylko w każdej właściwie, gdzie młodociany bohater zakochuje się kompletnie nieprawdopodobnie), a po piętach depcze mu tajemniczy człowiek bez twarzy, który pragnie odzyskać ostatni egzemplarz rzeczonej książki.
Akcja Gry anioła rozgrywa się w latach dwudziestych - narrator David Martin jest początkującym pisarzem, który marzy o tym, żeby napisać coś wielkiego. Jednak, żeby się utrzymać, para się pracą dość dyskusyjną - pod pseudonimem pisze cykl powieści Miasto przeklętych. Ilość ma wygrać nad jakością według wydawców Martina, więc młody mężczyzna nie dojada, nie dosypia, wygląda jest śmierć i snuje się dobity, jakżeby inaczej, zdradą swojej ukochanej i przyjaciela. Samotność rozświetla mu jednak Isabella - rezolutna i nad wyraz dojrzała siedemnastolatka, która postanawia zostać asystentką pisarza. W tym momencie powieści, mówiąc szczerze, chciałam rzucić już wszystko w kąt, drżąc na myśl, że Isabella i David stworzą parę, a on w końcu napisze dzieło swego życia. Zaryzykowałam i, powiedzmy, że się nie rozczarowałam. David po podpisaniu umowy z tajemniczym Corellim, która opiewa na niebagatelną kwotę miliona, odżywa i, chociaż nie wierzy w powodzenie napisania książki o religii, którą zleca mu pryncypał, to jednak zaczyna pisać. I nawet idzie mu początkowo nieźle, ale ciekawość sprowadza go na drogę ciemnych zaułków Barcelony, starych historii ze śmiercią w tle, a krok za nim idzie ktoś, kto morduje wszystkie osoby, z którymi Martin rozmawia. 

Trzecia część na powrót sprowadza nas na przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Znowu narratorem jest Daniel - mąż i ojciec, syn i przyjaciel. Akcja skupia się wokół najlepszej chyba postaci cyklu, czyli Fermina. Tajemnice z przeszłości przyjaciela Daniela sprowadzają ich obu na trop Davida Martina. 

Nie chcę napisać za dużo, bo może są jeszcze osoby, które książek nie przeczytały (albo przyszłe pokolenia jakimś cudem trafią tu przed przeczytaniem tych powieści). 
To, co mnie absolutnie urzekło to styl Zafona - potoczysty język, pełen smacznych porównań i peryfraz, dialogi bohaterów, które, nawet w najbardziej trwożnych chwilach są zabawne i naprawdę sprawiają, że czytelnik się uśmiecha mimowolnie to największe atuty książek. Poza tym postać Fermina - niezwykle barwna, zabawna i sympatyczna, jest jednym z najjaśniejszych punktów na tle mrocznej Barcelony. No i klimat - ciemne zaułki, prostytutki, smród kamienic, tajemnica i nostalgia - to wszytko znajdziecie na kartach powieści Zafona. 
Nie jestem więc zachwycona, ale te książki wciągają, czyta się szybko i dość przyjemnie. 

sobota, 21 marca 2015

ŚBK: Czytamy poza domem

Są ludzie, dla których czytanie to święto i celebrują ten moment w odpowiedni sposób. Mają na przykład stary fotel w kącie, w którym się układają wygodnie, obok czeka zaparzona herbata i kilka owsianych ciasteczek, które gryzie się ostrożnie, aby książki nie zabrudzić. 
Mój ojciec chyba należy do takich ludzi - ma dwa miejsca, gdzie czyta. Pierwsze z nich to kanapa w dziennym pokoju, gdzie leży sobie wygodnie (w tym czasie, naprawdę, mama okrywa go pledem, żeby biedak nie zmarzł), obok stoi lampa podłogowa z małą lampką idealną dla czytających, na stoliku jakieś zioła z miodem i ewentualnie kostka czekolady czeka, aż na chwilę oderwie się od książki. Drugie miejsce jest w kuchni, gdzie na stole stoi na środku stołu stoi drewniany stojak na książkę kucharską (podkradł mamie) i tam czyta książki przyjemne, do których wraca sentymentalnie przy obiedzie. Ciągle powtarza, że to ponoć niedobrze czytać przy jedzeniu, ale czyni tak od kiedy pamiętam i już nikt z tym w domu nie walczy. 
Tata czyta w domu, bo tam czuje się bezpiecznie i pewnie domowe pielesze idealnie mu do atmosfery czytania pasują. 
Rozumiem go, sama lubię sobie poczytać w pokoju (tzw. dużym, bo mam dwa i oba się małe, ale jeden jest trochę większy) w ciszy i spokoju. Ale poza tym miejscem czytam wszędzie. I teraz Wam opowiem historię miłosną.

Otóż dawno, dawno temu, kiedy dopiero co zaczynałam moją przygodę ze studiami na pełnym ideałów, ale nieperspektywicznym kierunku filologii polskiej, podróżowałam na miejsce moich codziennych spotkań z Wielką Literaturą i Wielce Znaczącą Gramatyką autobusami. A drogę miałam dość długą - najpierw z mojego miasteczka jechałam do innego miasta, żeby wsiąść w tzw. Studencką Limuzynę i dojechać na miejsce (skąd jeszcze kilkanaście dobrych minut dreptałam pieszo lub podjeżdżałam dwa lub trzy przystanki autobusem). Codziennie miałam ze sobą książki. I to nie książeczki małe, ale knigi dość konkretnych rozmiarów, a często również ksera podręczników akademickich. Październik miał się już ku końcowi, ku końcowi miał się też kolejny tydzień, a ja wracałam wieczorem i wsiadłam już do autobusu prowadzącego mnie prosto do mojej mieściny. Autobus był prawie pusty (cóż za szczęście!), mogłam więc w końcu poczytać (rzadko mi się do udawało, bo zazwyczaj stałam w ogromnym ścisku, nierzadko moja spódnica fruwała na zewnątrz przytrzaśnięta drzwiami). Otwarłam więc Zarys teorii literatury - ową świętą księgę, która miała się przysporzyć piątce z egzaminu z poetyki (dostałam czwórkę, bo egzamin pisałam przy czterdziestostopniowej gorączce pragnąc wyzionąć ducha nad synekdochami i innymi sytestezjami). Obok mnie usiadł pewien młody człowiek, którego kiedyś w stanie delikatnego upojenia na koncercie zespołu Hey przedstawiła mi moja przyjaciółka, a który to osobnik kompletnie mnie nie pamiętał, i tak jechaliśmy sobie do naszego miasteczka. Ja sobie spokojnie czytałam i kompletnie nie zwracałam uwagi na niego. Dojechaliśmy, wyszliśmy z autobusu (on dwa przystanki wcześniej) i byłby to koniec, ale nazajutrz świętowałam z koleżanką jej kolejne osiemnaste urodziny, kiedy to nagle przysiadł się do mnie ów osobnik i dość topornie próbował mnie zagadać. W końcu wysunął działo dość potężne - dowiedziawszy się, że studiuję filologię polską, z miną drobnego cwaniaczka oznajmił mi, że często w autobusie widzi pewną dziewczynę, która pewnie też to studiuje, bo zawsze jest obłożona książkami, a wczoraj na przykład czytała Zarys teorii literatury tuż obok niego. Spojrzałam na niego jak na wariata i zażenowana rzekłam, że to byłam ja. Wstałam i wyszłam. 
Ale kręte są drogi miłości, szczególnie w miasteczku, które liczy osiemnaście tysięcy mieszkańców, a ów osobnik jest dobrym kolegą chłopaka najlepszej przyjaciółki. Kolejna nasza rozmowa, przeprowadzona tuż po pasterce w knajpie, gdzie świętowaliśmy urodziny najlepszej przyjaciółki, dotyczyła Lolity Nabokova. A potem już w autobusie z premedytacją się do mnie dosiadał i rozmawiał o najróżniejszych rzeczach. Nie miałam już czasu czytać w tym autobusie powrotnym, bo prawie zawsze był tam on, a kiedy mi już wyznał, że lubi zespół Placebo, musiałam się z nim umówić. 
Teraz ów osobnik jest moim mężem i czytamy sobie wspólnie wszędzie - w domu, owszem, ale i w autokarze w podróży do Włoch, na plaży w Świnoujściu, w parku w Nałęczowie, nad jeziorem na Mazurach, w poczekalni u lekarza (co też nam się, niestety, ostatnio bardzo często zdarza, a mnie powstrzymuje od prowadzenia bloga). Lubię czytać w parku, w kawiarni i... w pracy na moim okienku piątkowym (jeśli nie mam akurat do sprawdzenia kartkówek). Lubię czytać wszędzie, bo czytanie to dla mnie, owszem, świętowanie, ale świętowanie codzienne! I cały czas powtarzam, że czytanie w autobusie przyniosło mi męża (chociaż może nie lotnego w sztuce uwodzenia, ale czytającego!), więc czytajcie wszędzie, dużo, bo korzyści z lektury poza domem są nieodgadnione.