wtorek, 10 lutego 2015

Co czytają ci, o których czytamy?

Wiem, że zbliżają się wielkimi krokami Walentynki. Wiem, wiem. Ale od zawsze nie umiem się do tego święta przekonać, nawet moja przekora i bunt nastoletni wymierzony w rodziców (którzy również uważali, i uważają, to święto za wyjątkowo głupie) nie sprawił, że kiedykolwiek zapragnęłam czcić jakiekolwiek swoje uczucie wkładając siebie i wybranka w schemat 14 lutego. Ostentacyjnie nie obchodziłam. Nawet, kiedy mój dzisiejszy mąż, a wtedy jeszcze tylko ktoś, z kim zaczęłam się spotykać, kupił mi książkę z okazji Walentynek (ale przyznajcie, że od razu się na mnie poznał i nie wyskoczył z bombonierką), było mi po prostu głupio i źle. Był to ostatni prezent walentynkowy, jaki dostałam.
Ale wokół tyle miłości... Postanowiłam więc, natchniona niejako świętem miłości (brr...), uczcić ten nadchodzący czas zarezerwowanych stolików w kawiarniach, wypełnionych sal kinowych (Grey ma wszak premierę) i jedzenia truskawek w środku zimy w sposób właściwy dla bloga książkowego. Nie, nie będzie o miłosnych parach literackich. Będzie o miłości do książek w książkach. 

Najlepiej mi się czyta te książki, w których bohaterowie czytają również. Czuję od razu sympatię naturalną dla książkofila w stosunku do innego książkofila, poza tym mogę skonfrontować upodobania bohatera literackiego ze swoimi, a często również skorzystać z doświadczenia czytelniczego tegoż bohatera i zaplanować czytanie pozycji, z którą jeszcze nie miałam do czynienia. 
Swój przegląd lektur książkowych rozpocznę od tego bohatera, którego książki zabiły (dosłownie i niedosłownie, bo to romantyzm) - Gustaw z IV części Dziadów (tej mojej nieulubionej, ale każdemu maturzyście powtarzam, że lista lektur listą lektur, ale znać tę część trzeba, koniec i basta!). Zjawa wyznaje, że to książki nauczyły go kochać tak, że miłość go zniszczyła. Cierpienia młodego Wertera, przyznajcie, mają moc sprawiania bólu, a to była jedna z lektur, które stworzyły model miłości (jakże chorej) w dobie romantyzmu. Fragment, w którym Gustaw wyjawia, że pozycja ta należy do niechlubnego grona książek zbójeckich, sprawia mi dziką satysfakcję. Sama zakazałabym czytania Cierpień... (dzięki temu pewnie wzrosłaby liczba osób, które książkę zapragnęłyby przeczytać). Sam zaś Werter czytał sławne Pieśni Osjana Macphersona, chociaż pewnie chciał wierzyć w to, że są one jednak Osjana.


Skoro jesteśmy przy sentymentalnych i wczesnoromantycznych bestsellerach, należałoby wspomnieć, że Podróż sentymentalna często pojawia się w lekturach bohaterów powieści. Na pewno czytała ją bohaterka Mansfield Park - Fanny Price. Tak mi ta lektura do niej pasowała, mimo pewnych subtelnych erotycznych jej podtekstów.
Jako nastolatka zaczytywałam się w Ani z Zielonego Wzgórza, nietrudno więc zgadnąć, co też chciałam natychmiast przeczytać po lekturze. Chodzi oczywiście o powieść Ben Hur Lewisa Wallace'a. Pomimo tej mojej wielkiej chęci, do dzisiaj nie sięgnęłam po tę książkę, chociaż film widziałam już kilkukrotnie (rodzice są wielkimi fanami stacji TCM, gdzie produkcja ta dość często pojawia się w ramówce, na zmianę chyba ze świetnym Olbrzymem z Jamesem Deanem). Także, wracając do przygód Ani Shirley (a zdarza mi się to dość często, również ze względu na charakter mojej pracy) jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuła bohaterka podczas sceny wyścigu rydwanów.
Są też takie powieści, w których bohaterowie czytają powieści, których my nie możemy przeczytać... Warto tu wspomnieć przecież przecudną Niekończącą się historię, w której Bastian przeczytał książkę, która, jak się później okazuje, sama go wybrała. Do dzisiaj mam nadzieję, że kiedyś i do mnie ta książka trafi, wciągnie mnie i trafię do Fantazjany. Na to jest jeszcze szansa, bo w mojej szafie uparcie nie ma przejścia do Narnii. Inna powieść, której przeczytać nie możemy (chociaż nie wiem, czy żałuję tego faktu) jest Cień wiatru Juliana Caraxa - książki, wokół której osadzona jest akcja Cienia wiatru Carlosa Ruiza Zafona.


Wspominałam już, że jestem fanką Jeżycjady (szczególnie tej starej, dobrej Jeżycjady), a tam czyta się na potęgę. Praktycznie wszyscy bohaterowie są zaczytani.
Ale które fragmenty najbardziej utkwiły mi w pamięci? 
Przede wszystkim Ida Borejko wciągnięta w Dziwne losy Jane Eyre. Zbuntowana, wygłodniała nastolatka zakochała się na zabój w panu Rochesterze. Trzeba przyznać, że sama bardzo zachłannie czytałam powieść Charlotty Bronte i kibicowałam Jane oraz panu Rochesterowi, ale zakochana nie byłam. Może dlatego, że sama byłam starsza, kiedy w końcu po Jane Eyre sięgnęłam i trudno już mi się było zakochać aż tak (jak na przykład w Heathcliffie). Chociaż argument związany z moim wiekiem jest dość naciągany, wszak w wieku lat 18 zakochałam się na zawsze w Rodionie Raskolnikowie i mój mąż musiał się pogodzić, że jest jednak inny mężczyzna w moim życiu. 
Bohaterowie powieści Małgorzaty Musierowicz bardzo często czytają utwory klasyczne, a więc nieobcy im Horacy, Seneka i inni. Nic dziwnego, skoro dwoje z bohaterów studiowało (a następnie wykładało) filologię klasyczną. Nawet nastolatki (najpierw Gabrysia i jej przezabawne cytaty z Fizjognomiki Arystotelesa wymierzone lub nie w siostrę, a potem jej córka Laura, która czyta Myśli Seneki, żeby lepiej poznać matkę) zaczytują się w utworach klasycznych, znają łacinę i pięknie akcentują. Taka reklama dzieł klasycznych jest naprawdę dobra, sama sięgałam niegdyś często do utworów antycznych twórców i nie nudziłam się ani trochę. Muszę chyba do tego wrócić - do ich prostoty i mądrości.


Ale Jeżycjada na Borejkach się nie kończy. Członkowie innych rodzin również czytają. Dziadek Żak przecież na emeryturze nadrabia klasykę francuską czytając utwory wypożyczane z biblioteki alfabetycznie i zawstydzony jest faktem, jak podobała mu się Królowa Margot (moja siostra książkę tę również uwielbia i wcale nie jest tym faktem zawstydzona). Mama Żak zaś czyta Dzień Tryfidów podczas mycia naczyń (swoją drogą, lektura zawsze i wszędzie jest dla bohaterów powieści Musierowicz charakterystyczna - Mila czyta przecież wiersze Majakowskiego w kolejce). 
W Jeżycjadzie czytają również dzieci i to rzeczy zaskakujące. Kilkuletnia Nutria, nie mająca pod ręką żadnych innych książek, zabiera się na wakacjach za książkę z brzydkim słowem w tytule. Chodzi oczywiście o Idiotę Dostojewskiego (moją ukochaną książkę, której jednak nie poleciłabym dziecku, bojąc się, że biedactwo zrazi się do mistrza z Petersburga). Mały Ignaś chce zostać detektywem natchniony przygodami bohatera powieści Doyle'a. We wspomnianej już Idzie sierpniowej tytułowa bohaterka czyta przyszłym kryminalistom w postaci braci Lisieckich Przygody Robin Hooda - książkę, którą sama dostałam w przedszkolu w prezencie na zakończenie edukacji w tym żółtym przybytku. Radość moja była podwójna - wychodziłam z tego strasznego miejsca raz na zawsze i w dodatku z książką, którą od razu w czerwcu przeczytałam.


I na koniec ostatnia z książek, które chciałam przywołać - niezrozumiała z racji sytuacji, ale jakże zrozumiała z perspektywy książkofila miłość do książek w wykonaniu Liesel - tytułowej bohaterki powieści Zusaka Złodziejka książek. Wprawdzie nie miałam ochoty przeczytać podręcznika grabarza po lekturze powieści, ale całkowicie rozumiałam fakt, że książka jakakolwiek jest przedmiotem cennym. Sama mam odziedziczone po dziadku kilka książek, których nie mam ochoty przeczytać, ale jednak trudno mi się z nimi rozstać (mam głównie na myśli biografię Dzierżyńskiego, którą to dziadek dostał w nagrodę w pracy). 
A czy Wy macie jakieś ulubione lektury, o których przeczytaliście w książkach?

1 komentarz:

  1. Ulubione może nie, ale kupiłam kiedyś pod wpływem Kapuścińskiego "Dzieje" Herodota. Tylko liznęłam, a teraz biedne kurzą się na półce :)

    OdpowiedzUsuń