sobota, 28 marca 2015

Cmentarz zapomnianych książek

Jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, która w końcu sięgnęła po trylogię autorstwa Carlosa Ruiza Zafona. I też chyba jako jedna z nielicznych (w tym potoku ochów i achów) nie wiem właściwie, co mam powiedzieć...

Zacznijmy od okładek - to one najbardziej mnie zachęciły do kupna książek. Oj, patrzyły na mnie od dawna w księgarniach, ale zawsze było coś innego do kupienia. W końcu mąż zakupił mi Cień wiatru w ramach prezentu pod choinkę i mogłam już ze spokojnym sumieniem czytać. Na okładkach są piękne, czarno-białe zdjęcia. Od razu wprowadzają one w nastrój książki - sentymentalny, tajemniczy. Szczególnie podoba mi się właśnie okładka Cienia wiatru, bo mam słabość do zdjęć ojców z dziećmi, więc kilka razu zapatrzyłam się na nią. Poza tym nastrojowe zdjęcia (chociaż niedużo niestety) znajdziemy na kartach książek.
I treść. To jest właśnie ten punkt, do którego mam nieco zastrzeżeń. Głównym bohaterem i zarazem narratorem Cienia wiatru jest Daniel Sempere - syn właściciela księgarni. Pewnego razu ojciec zabiera go do niezwykłego miejsca, o którym ma nikomu nie mówić. Tym miejscem jest cmentarz zapomnianych książek - tam znajdują się książki przeklęte, zapomniane, cudem uratowane przed zagładą. Osoba, która odwiedza cmentarz po raz pierwsze, może wybrać sobie książkę, którą będzie się opiekował. Wybór jest trudny w potoku, labiryncie i morzu książek zupełnie nieuporządkowanych (i pomyśleć, że mnie trudno czasami znaleźć konkretną książkę w mieszkaniu), więc panuje przekonanie, że to książka wybiera swojego właściciela. Daniela wybiera Cień wiatru Juliana Caraxa.
Poza książkami Daniel zakochuje się również w dużo starszej przepięknej, acz ślepej dziewczynie, co jest przyczyną jego nastoletnich mąk (ten właśnie wątek mnie kompletnie nie przekonuje, ale nie tylko w tej książce, tylko w każdej właściwie, gdzie młodociany bohater zakochuje się kompletnie nieprawdopodobnie), a po piętach depcze mu tajemniczy człowiek bez twarzy, który pragnie odzyskać ostatni egzemplarz rzeczonej książki.
Akcja Gry anioła rozgrywa się w latach dwudziestych - narrator David Martin jest początkującym pisarzem, który marzy o tym, żeby napisać coś wielkiego. Jednak, żeby się utrzymać, para się pracą dość dyskusyjną - pod pseudonimem pisze cykl powieści Miasto przeklętych. Ilość ma wygrać nad jakością według wydawców Martina, więc młody mężczyzna nie dojada, nie dosypia, wygląda jest śmierć i snuje się dobity, jakżeby inaczej, zdradą swojej ukochanej i przyjaciela. Samotność rozświetla mu jednak Isabella - rezolutna i nad wyraz dojrzała siedemnastolatka, która postanawia zostać asystentką pisarza. W tym momencie powieści, mówiąc szczerze, chciałam rzucić już wszystko w kąt, drżąc na myśl, że Isabella i David stworzą parę, a on w końcu napisze dzieło swego życia. Zaryzykowałam i, powiedzmy, że się nie rozczarowałam. David po podpisaniu umowy z tajemniczym Corellim, która opiewa na niebagatelną kwotę miliona, odżywa i, chociaż nie wierzy w powodzenie napisania książki o religii, którą zleca mu pryncypał, to jednak zaczyna pisać. I nawet idzie mu początkowo nieźle, ale ciekawość sprowadza go na drogę ciemnych zaułków Barcelony, starych historii ze śmiercią w tle, a krok za nim idzie ktoś, kto morduje wszystkie osoby, z którymi Martin rozmawia. 

Trzecia część na powrót sprowadza nas na przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Znowu narratorem jest Daniel - mąż i ojciec, syn i przyjaciel. Akcja skupia się wokół najlepszej chyba postaci cyklu, czyli Fermina. Tajemnice z przeszłości przyjaciela Daniela sprowadzają ich obu na trop Davida Martina. 

Nie chcę napisać za dużo, bo może są jeszcze osoby, które książek nie przeczytały (albo przyszłe pokolenia jakimś cudem trafią tu przed przeczytaniem tych powieści). 
To, co mnie absolutnie urzekło to styl Zafona - potoczysty język, pełen smacznych porównań i peryfraz, dialogi bohaterów, które, nawet w najbardziej trwożnych chwilach są zabawne i naprawdę sprawiają, że czytelnik się uśmiecha mimowolnie to największe atuty książek. Poza tym postać Fermina - niezwykle barwna, zabawna i sympatyczna, jest jednym z najjaśniejszych punktów na tle mrocznej Barcelony. No i klimat - ciemne zaułki, prostytutki, smród kamienic, tajemnica i nostalgia - to wszytko znajdziecie na kartach powieści Zafona. 
Nie jestem więc zachwycona, ale te książki wciągają, czyta się szybko i dość przyjemnie. 

2 komentarze:

  1. Uwielbiam książki Zafona, szkoda, że dawno nic nie napisał :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jesteś ostatnia :) Ja też się za jego książki jeszcze nie zabrałem i wątpię, żebym kiedykolwiek to zrobił. Jest przecież tyle starych i nowych, "nieodkrytych" książek. :)

    OdpowiedzUsuń