sobota, 21 marca 2015

ŚBK: Czytamy poza domem

Są ludzie, dla których czytanie to święto i celebrują ten moment w odpowiedni sposób. Mają na przykład stary fotel w kącie, w którym się układają wygodnie, obok czeka zaparzona herbata i kilka owsianych ciasteczek, które gryzie się ostrożnie, aby książki nie zabrudzić. 
Mój ojciec chyba należy do takich ludzi - ma dwa miejsca, gdzie czyta. Pierwsze z nich to kanapa w dziennym pokoju, gdzie leży sobie wygodnie (w tym czasie, naprawdę, mama okrywa go pledem, żeby biedak nie zmarzł), obok stoi lampa podłogowa z małą lampką idealną dla czytających, na stoliku jakieś zioła z miodem i ewentualnie kostka czekolady czeka, aż na chwilę oderwie się od książki. Drugie miejsce jest w kuchni, gdzie na stole stoi na środku stołu stoi drewniany stojak na książkę kucharską (podkradł mamie) i tam czyta książki przyjemne, do których wraca sentymentalnie przy obiedzie. Ciągle powtarza, że to ponoć niedobrze czytać przy jedzeniu, ale czyni tak od kiedy pamiętam i już nikt z tym w domu nie walczy. 
Tata czyta w domu, bo tam czuje się bezpiecznie i pewnie domowe pielesze idealnie mu do atmosfery czytania pasują. 
Rozumiem go, sama lubię sobie poczytać w pokoju (tzw. dużym, bo mam dwa i oba się małe, ale jeden jest trochę większy) w ciszy i spokoju. Ale poza tym miejscem czytam wszędzie. I teraz Wam opowiem historię miłosną.

Otóż dawno, dawno temu, kiedy dopiero co zaczynałam moją przygodę ze studiami na pełnym ideałów, ale nieperspektywicznym kierunku filologii polskiej, podróżowałam na miejsce moich codziennych spotkań z Wielką Literaturą i Wielce Znaczącą Gramatyką autobusami. A drogę miałam dość długą - najpierw z mojego miasteczka jechałam do innego miasta, żeby wsiąść w tzw. Studencką Limuzynę i dojechać na miejsce (skąd jeszcze kilkanaście dobrych minut dreptałam pieszo lub podjeżdżałam dwa lub trzy przystanki autobusem). Codziennie miałam ze sobą książki. I to nie książeczki małe, ale knigi dość konkretnych rozmiarów, a często również ksera podręczników akademickich. Październik miał się już ku końcowi, ku końcowi miał się też kolejny tydzień, a ja wracałam wieczorem i wsiadłam już do autobusu prowadzącego mnie prosto do mojej mieściny. Autobus był prawie pusty (cóż za szczęście!), mogłam więc w końcu poczytać (rzadko mi się do udawało, bo zazwyczaj stałam w ogromnym ścisku, nierzadko moja spódnica fruwała na zewnątrz przytrzaśnięta drzwiami). Otwarłam więc Zarys teorii literatury - ową świętą księgę, która miała się przysporzyć piątce z egzaminu z poetyki (dostałam czwórkę, bo egzamin pisałam przy czterdziestostopniowej gorączce pragnąc wyzionąć ducha nad synekdochami i innymi sytestezjami). Obok mnie usiadł pewien młody człowiek, którego kiedyś w stanie delikatnego upojenia na koncercie zespołu Hey przedstawiła mi moja przyjaciółka, a który to osobnik kompletnie mnie nie pamiętał, i tak jechaliśmy sobie do naszego miasteczka. Ja sobie spokojnie czytałam i kompletnie nie zwracałam uwagi na niego. Dojechaliśmy, wyszliśmy z autobusu (on dwa przystanki wcześniej) i byłby to koniec, ale nazajutrz świętowałam z koleżanką jej kolejne osiemnaste urodziny, kiedy to nagle przysiadł się do mnie ów osobnik i dość topornie próbował mnie zagadać. W końcu wysunął działo dość potężne - dowiedziawszy się, że studiuję filologię polską, z miną drobnego cwaniaczka oznajmił mi, że często w autobusie widzi pewną dziewczynę, która pewnie też to studiuje, bo zawsze jest obłożona książkami, a wczoraj na przykład czytała Zarys teorii literatury tuż obok niego. Spojrzałam na niego jak na wariata i zażenowana rzekłam, że to byłam ja. Wstałam i wyszłam. 
Ale kręte są drogi miłości, szczególnie w miasteczku, które liczy osiemnaście tysięcy mieszkańców, a ów osobnik jest dobrym kolegą chłopaka najlepszej przyjaciółki. Kolejna nasza rozmowa, przeprowadzona tuż po pasterce w knajpie, gdzie świętowaliśmy urodziny najlepszej przyjaciółki, dotyczyła Lolity Nabokova. A potem już w autobusie z premedytacją się do mnie dosiadał i rozmawiał o najróżniejszych rzeczach. Nie miałam już czasu czytać w tym autobusie powrotnym, bo prawie zawsze był tam on, a kiedy mi już wyznał, że lubi zespół Placebo, musiałam się z nim umówić. 
Teraz ów osobnik jest moim mężem i czytamy sobie wspólnie wszędzie - w domu, owszem, ale i w autokarze w podróży do Włoch, na plaży w Świnoujściu, w parku w Nałęczowie, nad jeziorem na Mazurach, w poczekalni u lekarza (co też nam się, niestety, ostatnio bardzo często zdarza, a mnie powstrzymuje od prowadzenia bloga). Lubię czytać w parku, w kawiarni i... w pracy na moim okienku piątkowym (jeśli nie mam akurat do sprawdzenia kartkówek). Lubię czytać wszędzie, bo czytanie to dla mnie, owszem, świętowanie, ale świętowanie codzienne! I cały czas powtarzam, że czytanie w autobusie przyniosło mi męża (chociaż może nie lotnego w sztuce uwodzenia, ale czytającego!), więc czytajcie wszędzie, dużo, bo korzyści z lektury poza domem są nieodgadnione.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz