sobota, 25 kwietnia 2015

Ach, jak przyjemnie...

Z pewnością każdy ma coś takiego, co mu poprawia nastrój. Kobiety (nie wiem, dlaczego) często wymieniają czekoladę. Inni potrzebują filiżanki dobrej, aromatycznej herbaty (mnie ten pomysł przekonuje, szczególnie, jeśli herbata jest pita z naprawdę pięknej filiżanki z porcelany). A jakiś przyjemny zapach? Może zapach świeżo zmielonej kawy komuś kojarzy się z czymś przyjemnym (ja uwielbia, chociaż kawy nie lubię i nie pijam), a może wolą zapach jakichś konkretnych kwiatów (a ten zapach wiosny za oknem?). Wszystko to, owszem, poprawia nastrój, umila czas, ale najlepiej by było, żeby ten czas był spędzony przy kulturze. Dlatego pierwszy raz zdecydowałam się na małą, absolutnie subiektywną, listę utworów muzycznych, książek i filmów na poprawę nastroju. 

Muzyka
O gustach się nie dyskutuje ponoć, ale ja się z tym powiedzeniem nie zgadzam poza faktem, że ktoś gustuje w wysokich brunetach, a ktoś inny w szczupłych szatynach. Jeśli chodzi o muzykę, to nikt mnie nie przekona, że gust amatora disko polo ma się dobrze i nie powinnam tego krytykować. Także u mnie krótka lista utworów, które JA uważam za polepszacze nastroju i są z różnych typów muzyki:

Po pierwsze: Ciepły głos Nory Jones. Być może dla niektórych to smętna alternatywa, ale Come away with me to dla mnie idealne uzupełnienie miłego wieczoru. 

Po drugie: Zespół Kroke, moja najmłodsza, ale wielka miłość. Usłyszałam ich pierwszy raz w Programie 2 Polskiego Radia i zakochałam się od pierwszego usłyszenia. Wczoraj miałam szansę słyszeć ich na żywo i jestem jeszcze bardziej zachwycona. Posłuchajcie utworu Time.

Po trzecie: Żeby nie było, że żadnego popu moje uszy nie zaznają, to muszę wymienić piosenkę, która wywołuje u mnie zawsze uśmiech na twarzy, bo i mam dobre z nią skojarzenia: Mika Grace Kelly.

Po czwarte: Klasyka, klasyka. Piosenka z mojego tzw. pierwszego tańca ślubnego: Ben E. King Stand by me.

Po piąte (i ostatnie): I tu, muszę przyznać, jest to może bardziej kwestia teledysku, który jest może i uroczy, ale ma jedną, podstawową zaletę - Josepha Gordona Levitta. Czyli She&him (przeuroczy zespół, trochę w starym stylu) i Why do you let me stay here?

Książki
Czyli część właściwa. Książki wspaniale poprawiają nastrój. Wiem, że nie wszyscy do książek wracają, ale naprawdę polecam - to jak powrót do ulubionych przyjaciół, do ulubionych miejsc. Nagle przypominamy sobie, co czuliśmy czytając dany fragment za pierwszym razem albo wręcz czekamy z niecierpliwością na swoją ulubioną scenę. 

Po pierwsze: Nieoceniona Astrid Lindgren i Dzieci z Bullerbyn. Nie wyobrażam sobie siebie bez tej lektury. Jestem pewna, że ta książka sprawiła, że kocham czytać. Jedna z tych lektur, które chłonęłam, nie umiałam przestać (ale jednocześnie musiałam przerywać, żeby coś zjeść, bo oni tak smakowicie tam jadali). Wracam i będę wracać. W pracy też czytałam dzieciom i również się im podobało, więc byłam naprawdę szczęśliwa, że mogłam się z dziećmi tym podzielić. Posiadam nowe wydanie z Wydawnictwa Literackiego, które dostałam od swojej przyjaciółki w prezencie.

Po drugie: Jane Austen i jej Duma i uprzedzenie. Sięgnęłam pierwszy raz jako nastolatka dość późna, więc może lektura panny Austen nie ukształtowała mojego ideału mężczyzny (bo ukształtowała go Tove Jasson i jej Włóczykij), ale dziwnym trafem trafiłam na dumnego i zamkniętego w sobie pana Darcy'ego. Ma go Lizzy, mam i ja, rzekłabym z niemałą satysfakcją. Ale poza fabułą - ja po prostu kocham klasyczne angielskie romanse, bo jak nic przywracają mi równowagę.

Po trzecie: Można nie dowierzać, można się śmiać, ale obcowanie z III częścią Dziadów Adama Mickiewicza naprawdę poprawia mi nastrój. Dla mnie ten dramat to doskonałość, kocham go od czasów liceum i nie rozumiem faktu, że jestem w mniejszości. W zasadzie w tym punkcie powinnam poszerzyć moje "ochy" i "achy" o inne dzieła wieszcza (Pan Tadeusz, Sonety odeskie), bo na chandrę nie ma jak stary, dobry Adaś.

Po czwarte: Opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Wiem, że to nie wesolutkie opowiadanka, które same z siebie humor poprawiają. Jednak język i mistrzostwo Iwaszkiewicza mnie pochłania całkowicie. Ale polecam króciutkie opowiadanko Staroświecki sklep - jest naprawdę przyjemne!

Po piąte (chociaż mogę tak jeszcze długo): Kuchnia Nigelli Lawson. Może dla niektórych książka kucharska, jaką niewątpliwie jest ta pozycja, nie jest godna tutaj się znajdować, być może są lepsi kucharze niż apetyczna Angielka, może i niektóre jej potrawy to herezje, ale Nigella kocha jeść (zupełnie jak ja!) i bez skrępowania o tej miłości opowiada, wprowadzając w konkretne przepisy. Jeśli zaś jesteśmy przy jedzeniu, uwielbiam słuchać pana Makłowicza. On nawet o kaszance mówi w taki sposób, że mam ochotę ją zjeść (czego normalnie nie czynię).

Filmy
Do ulubionych filmów wracam często i w ogóle się tego nie wstydzę. Mam jednak pewnego bzika. Uwielbiam oglądać na ekranie (dużym lub małym) pięknie ubrane kobiety. Pięknie ubrana kobieta w moim rozumowaniu to bohaterka filmu kostiumowego, filmu wojennego, filmu, którego akcja osadzona jest w latach 20., 30., 40., 50. i 60. To samo, jeśli chodzi o seriale. Poprawia mi więc nastrój serial Zakazane imperium, chociaż w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że trup ścielący się gęsto, tryskająca krew i bezwzględni gangsterze to kwintesencja przyjemności, ale kostiumy i muzyka w tym serialu, a przede wszystkim to, że to naprawdę dobra produkcja po prostu podwyższa mi poziom endorfin. Takie zboczenie, które należy mi wybaczyć.

Po pierwsze: Amelia Jeuneta. To dla mnie film numer jeden w kategorii filmów pięknych. Widziałam mnóstwo razy, kiedy mi smutno czy źle oglądam choćby fragment i od razu mi lżej na sercu. Lubię w ogóle produkcje francuskie i francuską muzykę (czy ktoś słuchał audycji Krystyny Czubówny Pod dachami Paryża w radiowej Trójce?) i to po prostu dla mnie niezawodny sposób na przyjemny wieczór.

Po drugie: Jasminum Jana Jakuba Kolskiego. Uwielbiam tę nieśpieszność, uwielbiam cmokanie Gieni i jej "A co się dziwisz?", uwielbiam po prostu poetykę tego filmu. Jeśli trafię na niego w telewizji ZAWSZE się zatrzymam.

Po trzecie: Klasycznie i sztampowo - Śniadanie u Tiffany'ego Blake'a Edwardsa. Film ten łączy kilka moich miłości, ale przede wszystkim cudna Audrey Hepburn jest tam pięknie ubraną kobietą. 

Po czwarte: Piękna i Bestia w wersji disneyowskiej. Moja ukochana disneyowska wersja baśni. Bella kochała czytać, więc nic dziwnego, że poczułam do niej sympatię jako mała dziewczynka. A scena, kiedy łyżki i talerze tańczą to chyba najlepsza scena filmu animowanego w ogóle! 

Po piąte: Zakochani widzą słonie Dagura Kariego. Film o niedojrzałym młodym mężczyźnie i rodzeniu się miłości. Film czarno-biały z jedną kolorową sceną, która nadaje sens wszystkiemu. Naprawdę poprawia nastrój, przywraca wiarę i jest po prostu przyjemny. 
 

A jak Wy sobie poprawiacie nastrój?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz