sobota, 25 lipca 2015

Pisze. Piszesz. Piszę.

Już od dawna w Polsce nie toczyła się tak zażarta dyskusja o powinnościach pisarza, jak po ogłoszeniu Szczepana Twardocha, że został twarzą marki Mercedes. Zupełnie nieświadomie w dniu wybuchu Twardochgate, sięgnęłam w końcu po Morfinę

Morfinę polecono mi już dawno, a że polecenie pochodziło z źródła raczej pewnego, to od dawna na liście priorytetów powieść miałam. O czym książka jest? Z okładki (skądinąd psychodelicznej) dowiadujemy się, że o Warszawie, o kobietach, o narkotykach. 




Mamy więc, owszem, Warszawę - widzimy ją oczami głównego bohatera, który powtarza, że to jego miasto (żeby też zaprzeczyć temu całkowicie kilka stron dalej), miasto zgwałcone wojną i okupacją. Jest październik 1939 roku. Ale bohater opisuje również stolicę sprzed wojny - kamienicę Wedla, kawiarnie, eleganckie ulice i te brudniejszą stronę miasta. 

Bohater chodzi ulicami Warszawy i wspomina jej wieczorną odsłonę, kiedy bywał w Adrii, w Ziemiańskiej, kiedy pił z Jarosławem (Iwaszkiewiczem), kiedy wino się lało, on błyszczał i nie pozostawał obojętny na urok kobiecy. 

Bo bohater Morfiny, Konstanty Willeman, to bon vivant i kobieciarz. I, jak łatwo można się domyślić, narkoman, morfinista. I zdobywa morfinę - przez kochankę Salę, przez przyjaciela-lekarza. Odurza się, odpływa. I potem żałuje. Obiecuje, że już więcej nie. Jedna z bohaterek - Dzidzia - mówi mu, że nie jest morfinistą, bo może żyć bez narkotyku. Może, ale...

Ale narkotyk jest nie tylko chwilą przyjemności, buteleczką szczęścia, jest ucieczką od tego, co trafi Kostka. 

Konstanty nie wie, kim jest. Jego ojciec był Niemcem, matka spolszczoną (sama się spolszczyła) Ślązaczką, on wychowany jest na Polaka. Powtarza przecież, że jest Polakiem, walczył za Polskę, ba, nawet działa w konspiracji, ale... No, właśnie. Ale czy można do końca być przekonanym, kim się jest, zwłaszcza w takich czasach, mając takie korzenie? 

Problem tożsamości dzieli - wydaje się, że łatwo powiedzieć: "Jestem Polakiem". Wcale niełatwo. I o tym właśnie jest Morfina



Jednak to, co najbardziej ujmuje mnie u Szczepana Twardocha, to narracja:

Całe moje życie, wszystko w gruz. W pył. Niemcy rozwalili. Rydz rozwalił. Hitler rozwalił. Warszawę rozwalili. Sam wszystko rozwaliłem, nie ma  Warszawy, nie ma Heli, nie ma Jureczka, nic nie ma, tylko teczkę ukradli, ja to wszystko wiązałem w jedno, we mnie zbiegały się wszystkie nici historii, a ja się rozpadłem i wszystko się rozpadło, kiedy ja się rozpadłem.

I narracja narkotyczna, podwójna i jeszcze ta tajemnicza żeńska narratorka, która towarzyszy ciągle Konstantemu, kim jest? 

Po lekturze Morfiny nasuwają się dwa pytania, które padają na kartach książki: Kim jestem? I kim jest człowiek? 

I właśnie takie pytania, najbardziej zasadne dla człowieka, powinna zadawać literatura.  

piątek, 24 lipca 2015

Hipokryci

Bo za naszych czasów takich rzeczy nie było! - sto punktów dla tego, kto nigdy nie usłyszał tego zdania od rodziców/dziadków/pradziadków. Prym w mojej rodzinie wiodła babcia, rocznik 1933, która zapewne żyła w klasztorze. Dopiero między słowami, przypadkiem w jej historiach poruszane były opowieści dość ciekawe, ale, oczywiście, niedopowiedziane. 

Czym są takie rzeczy? Mam tu na myśli, szeroko pojętą seksualność, która, jeśli wierzyć babciom, nie istniała w czasach ich młodości, a dzieci (często wyjątkowe wcześniaki) były przynoszone przez bociany, ewentualnie znajdowano je w kapuście, jeśli ktoś miał pole. 

Dziadek mojej mamy natomiast opowiadał mrożącą krew w żyłach historię swojej kuzynki, która miała to nieszczęście, że dziecko pojawiło się według zasad natury, a sprawcy nie było pod ręką, więc całe dziewięć miesięcy spędziła w piwnicy, aby nikt jej z brzuchem nie widział. Słysząc takie historie można rzeczywiście uwierzyć, że panien z dzieckiem nie było. 

O dzieciach przynoszonych przez bociana wspomina w dedykacji swojej książki Kamil Janicki: "Dla Taty, bo to dzięki niemu długo żyłem w beztroskim przekonaniu, że to rzeczywiście bocian przynosi dzieci i wrzuca do kapusty.".

Epoka hipokryzji, bo o tej pozycji mowa, to książka dość słusznych rozmiarów - ponad 400 stron opowieści o seksualności naszych dziadków i pradziadków w epoce międzywojennej. Pomimo zapewnień moich przodków, daleka już dawno byłam od naiwności, że w mitycznej epoce kiedyś nikt o seksie nie myślał, ale niektóre ciekawostki z alkowy prababci mnie zaskoczyły. 
Zaczyna autor od młodzieży - tej złej, jak to w każdej epoce bywa. Mamy więc oczywisty podział na młodzież płci męskiej (która po prostu musi, inaczej się udusi), płeć żeńską upadłą (której nikt nie szanuje, ale być po prostu musi, inaczej płeć męska się udusi) i płeć żeńską niewinną, niewiasty, które o tych sprawach za wiele nie wiedziały i czekały na noc poślubną, która przyniosła im raczej rozczarowanie. 

Mówiąc szczerze, bardzo smutno się czyta o tych wszystkich kobietach - pilnowanych pod kluczem, z dala od wiedzy wszelakiej, niepoinformowanych o tym, co je czeka. Smutno czyta się o tych wszystkich kobietach, które leczono z histerii, odmawiano im seksualności i widziano w nich tylko matki, którym to właśnie macierzyństwo ma wynagrodzić brak przyjemności w sypialni.

Na szczęście dla jednych, a nieszczęście dla drugich, w okresie międzywojennym dochodzi do rewolucji seksualnej. O seksualności zaczyna się mówić, zajmują się nią naukowcy (o różnych światopoglądach niestety), rośnie świadomość, na łamach prasy toczy się dyskusja na temat edukacji seksualnej, antykoncepcji, świadomego rodzicielska, nowoczesnego małżeństwa. Nie wydaje się to znajome? Czy dzisiaj naprawdę tak wiele się zmieniło w podejściu do tych spraw


Kamil Janicki dzieli Epokę hipokryzji na siedem rozdziałów. Często nawiązuje do badań pionierów seksuologii z przymrużeniem oka, interpretuje ich obserwacje. Jednocześnie korzysta z przykładów literackich, wszak literatura, choć jest fikcją jest wielkim zwierciadłem, w którym się przeglądamy. W książce mamy również liczne cytaty z publicystów epoki, zwłaszcza Tadeusza Boya Żeleńskiego i Ireny Krzywickiej (o jej Wyznaniach gorszycielki miałam już przyjemność pisać tutaj) oraz nawiązania do prasy erotycznej z okresu międzywojnia. 


Zgrabnie i lekko autor mówi o seksualności, często wybiera drogę żartu oraz ironii, co sprawia, że książka nie jest pracą historyczną, a popularnonaukową, dla każdego. Sam tłumaczy, dlaczego wybrał taki, a nie inny obszar zainteresowań, dopowiada, jak trafił na jakąś konkretną ciekawostkę (albo przedmiot - np. przedwojenny wibrator). Epokę hipokryzji czyta się więc dobrze i wierzcie mi, wciąga to bardzo.


czwartek, 9 lipca 2015

Nie wiem, jak wracać...

Praca, studia, pisanie pracy dyplomowej, druga praca, trzecia praca i czytanie. Tak wyglądało moje ostatnie pół roku. I jeszcze parę innych rzeczy, które rozhuśtały mnie emocjonalnie i sprawiły, że trochę się zatraciłam. 
I nie wiem, jak wracać. Od dwu tygodni żyję w amoku - mam wolne! Praca dyplomowa oddana, wakacje od pracy numer 1 (w zasadzie wieczne pożegnanie), wakacje od pracy numer 2, wakacje od pracy numer 3 (też pożegnanie), studia skończone, kursy i szkolenia zaliczone, dopływam do bezpiecznej przystani w pracy numer 2, która będzie jedyną od września. I czytam.
Ale tak odzwyczaiłam się od pisania.. Tego przyjemnego pisania, przelewania refleksji (jakże chciałoby się rzecz, że na papier). 
Nie wiem, jak wracać. Wraca, więc cichuteńko...

Trochę smutno na początek - 3 lipca zmarła Krystyna Siesicka. Dla mnie to koniec pewnej epoki. Na książkach pani Siesickiej się wychowywałam (zaraz po wszystkich baśniach, książkach Astrid Lindgren, Nienackiego, Niziurskiego i Szklarskiego...). Pamiętam stare, podniszczone egzemplarze wypożyczone z biblioteki i moje kapryśne piątkowe soboty spędzone z bohaterami powieści Krystyny Siesickiej. Przeczytałam wszystkie te starsze - moje ukochane Jezioro osobliwości, Zapałkę na zakręcie, Czas Abrahama czy Ludzie jak wiatr... Przeczytałam i nowsze - Trzynasty miesiąc poziomkowy, wspomnianą już Kapryśną piątkową sobotę... Nie pamiętam już wszystkich bohaterów, nie pamiętam fabuł, ale pamiętam to ciepło, które otula podczas czytania. Książki Krystyny Siesickiej to książki do wracania, sięgnę po nie jeszcze nieraz w życiu. 

Wkraczając na zupełnie inne rejony literatury (to dziwne, jak człowiek może lubić kompletnie różne rzeczy...), skończyłam wreszcie czytać wszystkie dostępne części Pieśni Lodu i Ognia. Zatracam się więc teraz z przyjemnością we wszelkich teoriach spiskowych, domysłach i innych fanfikach wraz z mężem, który dogonił mnie i przegonił tuż przed metą z czytaniem Martina. 

Aktualnie czytam Morfinę Szczepana Twardocha (zaczęłam zupełnie nieświadomie w dniu wybuchu prawdziwej Twardochgate) i jestem znowuż zachwycona tym, co autor robi z językiem. Co ciekawsze fragmenty czytam mężowi, ale on chyba nie zachwyca się tak jak ja... 

Przeczytałam również całkiem dużo pozycji z pedagogiki, w związku z pisaniem pracy dyplomowej, a pisałam ją o czytelnictwie dzieci (ciekawe, czemu...). Przypomniałam sobie również kilka pozycji z dzieciństwa, czytając dzieciom w szkole. Wierzycie w to, że tylko jedno dziecko wiedziała, kim są Muminki? 

Ale za to młodzież mamy fantastyczną (przynajmniej część młodzieży). Miałam ostatnio więcej mniej oficjalnego kontaktu z młodzieżą i rozmawiałam dużo o książkach. Serce roście, kiedy uczennica nie śpi na wycieczce szkolnej, bo musi skończyć rozdział, kiedy podczas wycieczki po górach godziny spędza się na temat polecanych książek, kiedy uczennice na spotkanie Klubu Dyskusyjnego nie potrafią się zdecydować, jaką ulubioną książkę przynieść, więc przynoszą niemal taczkami... Naprawdę, czytelnictwo w narodzie nie umiera! 

Dobrze. Wróciłam. Uff...