czwartek, 9 lipca 2015

Nie wiem, jak wracać...

Praca, studia, pisanie pracy dyplomowej, druga praca, trzecia praca i czytanie. Tak wyglądało moje ostatnie pół roku. I jeszcze parę innych rzeczy, które rozhuśtały mnie emocjonalnie i sprawiły, że trochę się zatraciłam. 
I nie wiem, jak wracać. Od dwu tygodni żyję w amoku - mam wolne! Praca dyplomowa oddana, wakacje od pracy numer 1 (w zasadzie wieczne pożegnanie), wakacje od pracy numer 2, wakacje od pracy numer 3 (też pożegnanie), studia skończone, kursy i szkolenia zaliczone, dopływam do bezpiecznej przystani w pracy numer 2, która będzie jedyną od września. I czytam.
Ale tak odzwyczaiłam się od pisania.. Tego przyjemnego pisania, przelewania refleksji (jakże chciałoby się rzecz, że na papier). 
Nie wiem, jak wracać. Wraca, więc cichuteńko...

Trochę smutno na początek - 3 lipca zmarła Krystyna Siesicka. Dla mnie to koniec pewnej epoki. Na książkach pani Siesickiej się wychowywałam (zaraz po wszystkich baśniach, książkach Astrid Lindgren, Nienackiego, Niziurskiego i Szklarskiego...). Pamiętam stare, podniszczone egzemplarze wypożyczone z biblioteki i moje kapryśne piątkowe soboty spędzone z bohaterami powieści Krystyny Siesickiej. Przeczytałam wszystkie te starsze - moje ukochane Jezioro osobliwości, Zapałkę na zakręcie, Czas Abrahama czy Ludzie jak wiatr... Przeczytałam i nowsze - Trzynasty miesiąc poziomkowy, wspomnianą już Kapryśną piątkową sobotę... Nie pamiętam już wszystkich bohaterów, nie pamiętam fabuł, ale pamiętam to ciepło, które otula podczas czytania. Książki Krystyny Siesickiej to książki do wracania, sięgnę po nie jeszcze nieraz w życiu. 

Wkraczając na zupełnie inne rejony literatury (to dziwne, jak człowiek może lubić kompletnie różne rzeczy...), skończyłam wreszcie czytać wszystkie dostępne części Pieśni Lodu i Ognia. Zatracam się więc teraz z przyjemnością we wszelkich teoriach spiskowych, domysłach i innych fanfikach wraz z mężem, który dogonił mnie i przegonił tuż przed metą z czytaniem Martina. 

Aktualnie czytam Morfinę Szczepana Twardocha (zaczęłam zupełnie nieświadomie w dniu wybuchu prawdziwej Twardochgate) i jestem znowuż zachwycona tym, co autor robi z językiem. Co ciekawsze fragmenty czytam mężowi, ale on chyba nie zachwyca się tak jak ja... 

Przeczytałam również całkiem dużo pozycji z pedagogiki, w związku z pisaniem pracy dyplomowej, a pisałam ją o czytelnictwie dzieci (ciekawe, czemu...). Przypomniałam sobie również kilka pozycji z dzieciństwa, czytając dzieciom w szkole. Wierzycie w to, że tylko jedno dziecko wiedziała, kim są Muminki? 

Ale za to młodzież mamy fantastyczną (przynajmniej część młodzieży). Miałam ostatnio więcej mniej oficjalnego kontaktu z młodzieżą i rozmawiałam dużo o książkach. Serce roście, kiedy uczennica nie śpi na wycieczce szkolnej, bo musi skończyć rozdział, kiedy podczas wycieczki po górach godziny spędza się na temat polecanych książek, kiedy uczennice na spotkanie Klubu Dyskusyjnego nie potrafią się zdecydować, jaką ulubioną książkę przynieść, więc przynoszą niemal taczkami... Naprawdę, czytelnictwo w narodzie nie umiera! 

Dobrze. Wróciłam. Uff...

1 komentarz:

  1. Dużo czytaj, pisanie samo przyjdzie :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń