piątek, 30 października 2015

Stulecie

XX wiek jest wyjątkowy - nagłe przyspieszenie historii, rewolucje, zmiany, życie wywrócone do góry nogami. Nic dziwnego, że Ken Follett postanowił wziąć na warsztat historię XX wieku, aby stworzyć kolejne robiące wrażenie książki.

Ken Follett to pisarz, którego polecił mi ojciec. Od zawsze na półkach w domu widziałam tytuły autorstwa tego brytyjskiego pisarza. Przekornie nigdy nie sięgałam po nie, bo chadzałam własnymi drogami, ale pewnego dnia sięgnęłam po Filary ziemi. Potem od razu połknęłam Świat bez końca (powiedzmy, że kontynuację Filarów...) i czekałam tylko na zapowiadaną Trylogię Stulecia.

Trzy części:

Upadek gigantów opowiadający o I wojnie światowej, tam poznajemy kilka rodzin pochodzących z różnych krajów, warstw społecznych. Autor dość zgrabnie splata ich losy ze sobą, a w zasadzie splata je Historia. Mamy tam i zakazaną miłość, i emancypację kobiet, mamy bezsens I wojny światowej, bunt i rewolucję, oszałamiającą karierę robioną za oceanem.

Zima świata - czyli II wojna światowa. Poznajemy dzieci bohaterów z pierwszej części - mamy więc dobrych Niemców, gejów, Żydów atakowanych przez nazistów, mamy amerykańską wojnę, politykę na wysokich szczeblach widzianą oczami różnych osób, mamy szpiegów, bombę atomową i miłość oczywiście.

W końcu ostatnia część, tej się najbardziej obawiałam, i słusznie - Krawędź wieczności. Lata 60 - walka o równouprawnienie Murzynów, rewolucja seksualna, rządy Chruszczowa, Kennedy'ego, mur berliński... A potem czas nie zwalnia, akcja kończy się wraz z wyborem Baracka Obamy na prezydenta USA. Bohaterowie to już wnuki bohaterów z pierwszej części, ich losy już nie są takie ciekawe jak ich dziadków, chociaż czasy niby ciekawe, ale... To już nie to. Niezwykle irytowały mnie niektóre postaci, schematyzm zachowań i niestety schematyzm widoczny w samym kreśleniu fabuły. Praktycznie wyprzedzałam zdarzenia o jakieś 200 stron (sama książka ma ponad 1100 stron) i bynajmniej nie mówię o faktach historycznych. Bohaterowie biorą udział praktycznie w każdym ważnym wydarzeniu historycznym. Ale czy da się zmieścić (nawet na tylu stronach) wszystko co ważne?
Dopiero w ostatniej części pojawiają się Polacy, głównie reprezentowani przez osobę głupiutkiej Lidki (oczywiście jej wybranek był jeszcze bardziej irytujący, ale moje patriotyczne uczucia zostały trochę zmielone pewnymi uproszczeniami).
Druga sprawa, która niezwykle mnie irytowała w tej części to wszechobecny seks. Nie jestem pruderyjna i rozumiem chęć ukazania rewolucji seksualnej, ale wierzcie mi, czytanie co kilkanaście stron, że ktoś z kimś, w jaki sposób i dlaczego potrafi mierzić.
Najbardziej spodobały mi się fragmenty symbolicznych spotkań - osób znanych z Upadku gigantów, którzy byli w jakiś sposób ze sobą skłóceni. Nie wszyscy zdążyli się pogodzić, ale podobała mi się wbrew pozorom ta budowa klamrowa, bo w gruncie rzeczy najlepiej się pamiętało właśnie postaci z pierwszej części trylogii.

Niemniej, chylę czoło przed pomysłem i zapewne mozolną pracą autora, który spisał ponad 3000 stron tworząc dość ciekawy obraz epok.
To również dość przyjemna i wciągająca powtórka z historii, a nie ukrywajmy, często w szkole jest omawiana dość pobieżnie.

Rozczarowana jestem zakończeniem, ale spodziewałam się niestety tego, że tak może być. Cóż, jednak polecam na jakiś długi jesienny wieczór, szczególnie pierwszą część. 

1 komentarz:

  1. Słyszałam o Follecie, że dobrze mu wychodzą monumentalne powieści. Czyżby w tym przypadku zawiódł na finiszu? (o rany, jak to dwuznacznie zabrzmiało;) )

    OdpowiedzUsuń