poniedziałek, 12 grudnia 2016

Król Warszawy

Rok 1937. Warszawa. Siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajm ogląda walkę bokserską pomiędzy Andrzejem Ziembińskim a Jakubem Szapirem. Kilka dni wcześniej pojawienie się Jakuba Szapiry zmieniło jego życie na zawsze. I oto Mojżesz chce nam opowiedzieć o sobie, o Warszawie przed wojną, o Izraelu, do którego emigruje, ale przede wszystkim chce nam opowiedzieć o Jakubie. 

Wszystko to, co napisałam powyżej to fakt i bujda jednocześnie. Bo to wspomnienia spisywane po latach, mieszają się trochę, trochę rozmywają, a trochę są wymyślone. 

Mojżesz wystukuje na maszynie do pisania swoją opowieść. Jest samotny. Jest stary i zmarszczony. Czuje się w nowej ojczyźnie obco, rodzina nie utrzymuje z nim kontaktu, tylko w lodówce w jakiś cudowny sposób pojawiają się zapasy jedzenia. 

Wraca więc do tych czasów, kiedy świat stał u jego stóp, otwierał przed nim drzwi, chociaż był tylko synem pobożnego biednego żyda z ulicy Nalewki. 

Szczepan Twardoch pokazuje Warszawę brudną, żydowską, gangsterską (chociaż gangsterzy są tylko w Ameryce), umoczoną w korupcji, zdradzie i kale. Ale ocieramy się również o luksus - jest pracownia krawiecka dla elity, jest chrystler sprowadzony specjalnie dla Kuma Kaplicy przez Lilpopa, są wystawne lokale. Ale tak naprawdę, które z tych dwóch obliczy stolicy jest bardziej brudne? 



No i Jakub. Jakub Szapiro. Bokser, który dla Kuma ściąga haracze, a kiedy trzeba, to zabije dłużnika. Jest piękny, pożądany przez kobiety (i nie tylko). Nie jest pobożnym Żydem, ze swoją żoną nie ma ślubu, nie mówi w jidysz, tylko po polsku, odrzuca swoją tożsamość i broni jej zaciekle. Ciągle mieszka przy Nalewkach, chociaż mógłby przecież lepiej. Przez całą historię miota się - chce być królem Warszawy, chce lecieć do Palestyny z rodziną, kocha swoje miasto i nienawidzi go, jest pewny siebie i sam siebie zaskakuje. 

Powieść Szczepana Twardocha to absolutne zaprzeczenie tego, czego było mi trzeba w mojej czytelniczej terapii. Ale to jedna z najlepszych książek tego roku, jestem pewna. Chciałam ją już skończyć i odkładałam co rusz, żeby jeszcze trochę pobyć w świecie bohaterów. Miotałam się trochę, jak Jakub Szapiro... 

Uważam, że to najlepsza książka Twardocha dla kogoś, kto jeszcze nie miał styczności z twórczością śląskiego pisarza. Jest to, co w Twardochu najlepsze, jest jego styl, ciekawa narracja, ale jednocześnie język jest bardziej przejrzysty niż w Morfinie na przykład. Do tego świetna okładka, a z tyłu informacja, że prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez Canal+. Kilka dni temu potwierdziło się, będzie serial na podstawie Króla. Dlatego, czytać, kto nie czytał! Warto!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Terapeutyczna moc literatury

Książki zmieniają życie. Zawsze na lepsze. Wiem, że to banał, ale mocno w to wierzę i chciałabym, żeby inni również tej mocy doświadczali na co dzień. To niesamowite, że czytając dobrą książkę (dobrą, pod różnymi względami), zapadamy się w inny świat, który nie zawsze musi być przyjemny, ale zawsze ten świat coś nam ukazuje, coś daje.

Kiedy zaszłam w ciążę i usłyszałam, że muszę jak najwięcej leżeć, to w głowie pojawił się cudowny plan nadrobienia klasyki, nieprzeczytanych pozycji z moich półek, zaczytywaniu się w tomach i tomiszczach. A tu życie zweryfikowało moje plany.

Nie nadrobiłam klasyki. Tomy i tomiszcza są bardzo niewygodne w czytaniu w sensie fizycznym - ciężkie i nieporęczne, nie mogę ich już opierać na brzuchu, za brzuchem też nie, to ten zasłania mi książkę. Patrzę godzinami na półki regałów i nie wiem, co chcę czytać.

Dlatego powracałam do sprawdzonych pozycji, do tych, które sprawią mi przyjemność - jak spotkanie z przyjacielem po latach.

I nie, nie zaskoczyły mnie raczej niczym nowym, ale odczuwam fizyczną wręcz radość w czytaniu ulubionych opowieści.

I strof. Czytam na głos swoim dzieciom - ja czytam Mickiewicza, Szekspira i Słowackiego. Mąż powtarza klasykę poezji dziecięcej, ćwicząc recytację, której, biedak, nigdy nie opanował. I przed nim też oczy się otwierają - powraca do znanych historii z dzieciństwa i zdaje sobie sprawę, że zapomniał o mocy literatury dziecięcej, która zawsze wydawała mu się tylko rozrywką, a dopiero teraz zaczyna dostrzegać walory dydaktyczne. Cóż, nie wiem, kto mu czytał w dzieciństwie i dlaczego tego nie omawiał przy okazji, ale on już wie, że z synami będzie rozmawiał o literaturze.

I chociaż czekam na Króla Szczepana Twardocha (Mikołaj ma mi ją przywieźć), to nawet nie wiem, czy z taką jak zwykle ochotą po powieść sięgnę. Czy może dalej będę się zapadać w dobrze znanym terenie leczniczych powrotów literackich. Ale widocznie to mi potrzebne. A na nadrobienie listy pt.: "Chcę przeczytać" jeszcze przyjdzie czas.

piątek, 16 września 2016

Ostatnio

Kolejna przerwa była spowodowana kilkoma względami. Po pierwsze, czytałam. Po drugie, bardzo rzadko korzystam z laptopa i nie mam nawet ochoty go włączyć przez tydzień (lub trzy). Po trzecie, kiepskie samopoczucie nie sprzyja.

Poprawiałam więc sobie humor wracając do serii o Harrym Potterze - to był mój pierwszy powrót, ale całkiem udany. Bardzo przyjemnie czytało mi się zwłaszcza o jedzeniu w Hogwarcie. Powróciłam również do serii o Ani z Zielonego Wzgórza i pomimo wszelkiej infantylności i wszelkiej dobroci, to jednak te książki dobrze mi zrobiły.

Żeby nie było, przeczytałam też kilka rzeczy z dorosłej półki. Między innymi Dygot Jakuba Małeckiego - świetna książka, polecam gorąco. Długo się do tego zbierałam, ale pamiętam, że ochotę miałam od premiery. Teraz czekam na drugą powieść autora.

Przeczytałam również Immunitet - bardzo chciałam napisać coś więcej, ale zabrakło mi głosu, kiedy skończyłam powieść i chyba po prostu poczekam na ciąg dalszy.

Z rzeczy okołoksiążkowych - zakupiłam w końcu nowe regały i teraz wszystkie książki mam na widoku! I przecudny to widok. Czasami sobie po prostu leżę i patrzę, i zachwycam się.

A z mężem czytamy wspólnie pewną książkę. I na razie tyle.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Harda pani!

Zastanawiacie się czasami, co tak naprawdę działo się tysiąc lat temu? Jak naprawdę wyglądały początki państwa polskiego? Mało wiemy o Mieszku, a co tak naprawdę wiemy o jego dzieciach (skoro nawet spieramy się, w którym właściwie roku była koronacja Bolesława Chrobrego)? Puśćmy więc wodze fantazji i zastanówmy się nie tylko jakimi władcami byli, ale jakimi ludźmi byli Mieszko, Bolesław i... Świętosława.

Właściwie nie do końca wiadomo, czy Świętosława (córka Mieszka i Dobrawy) w ogóle istniała. Ale na szczęście istnieje w powieści Elżbiety Cherezińskiej.

Powieść zaczyna się zanim na świecie pojawia się tytułowa bohaterka. Jej ojciec, Mieszko, przygotowuje grunt pod chrzest swój i szerzenie chrześcijaństwa w swoim kraju. Ma wielkie plany, wielkie ambicje, ma żonę-chrześcijankę i nadzieję na potęgę. Potem na świat przychodzi jego syn - Bolesław, dwa lata później córka - Świętosława. Dostaje święte imię, bo akuszerki zauważają, że dziewczynka to mała diablica. I takąż pozostaje - jest krnąbrna, zdaje sobie sprawę, że bierze udział w rozgrywkach politycznych. Dostaje więc przydomek - harda. 

Dwa ważne momenty w powieści Cherezińskiej to dla po pierwsze dedykacja: 

Wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy. Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.

Elżbieta Cherezińska nadaje im więc imiona, przywołuje je do życia. Chociaż według praw kobieta po ślubie zmienia imię, zmienia tożsamość, przestaje należeć do ojca, zaczyna należeć do męża. Jest tylko kartą przetargową, towarem, który staje się gwarancją ubicia politycznych decyzji. Sam Mieszko w powieści Cherezińskiej mówi, że syn to, owszem, duma ojca, ale córki są gwarancją pokoju, który to zawierany jest za pomocą ożenku. I tak się w Hardej dzieje - trzy córki (w tym dwie od poprzednich pogańskich żon Mieszka) wychodzą za trzech mężczyzn - Astryda za Sigvalda - jarla Jomsborgu, Geira za Olava - prawowitego króla Norwegii, a Świętosława za króla Szwecji - Erika. Jako jedyna zostaje królową, jako jedyna ma rzeczywisty wpływ na władzę. Wszystkie trzy siostry zaś kochają jednego mężczyznę - Olava Tryggvasona. 



Drugi ważny fragment to rozmowa Świętosławy z ojcem, który zabiera dzieci do kopców przodków. Córka pyta ojca, gdzie są pochowane ich żony. Ojciec mówi, że leżą z nimi - bezimienne kobiety, które musiały umrzeć, bo umarli mężowie. To robi na księżniczce wrażenie. To oraz cesarzowa Teofano. Świętosława bacznie obserwuje kobiety u władzy i uczy się od nich, również uczy się na ich błędach.

Harda nie jest powieścią tylko o Świętosławie. To powieść o sojuszach, roszadach, o grze o tron. I to w powieści jest dla mnie najmocniejszą stroną. Za to najmniej podobał mi się wątek romansowy, który, muszę przyznać, miał swój sens - pokazał, jak myśli królowa, a nie jak myśli zakochana kobieta. 

Książka wciąga, czyta się ją w zasadzie jednym tchem. Cherezińska jest mistrzynią pisania możliwej nieznanej historii w sposób przekonujący. 

I stwarza piastowską księżniczkę, która jest bohaterką z krwi i kości, która nie ugina się przed przeciwnościami, która potrafi wyciągać wnioski z błędów swoich i innych. Dzięki swej sile i charakterowi zdobywa serca swoich poddanych w Szwecji, gdzie staje się Sigridą Storadą, zdobywa serce swojego pierwszego męża, a później drugiego, który mimo nieufności nie potrafi przejść koło niej obojętnie. To jedna z ciekawszych postaci kobiecych w literaturze. I ta postać powróci już jesienią w kontynuacji Hardej - Królowej! Nie mogę się już doczekać.

wtorek, 19 lipca 2016

Nie tylko dobre, czyli o książkach złych...

Zauważyłam, że zazwyczaj tutaj piszę o książkach, które choć w dostatecznej części są dobre. Dlatego pełna poświęcenia przypomniałam sobie o pewnym cyklu, który czytałam lata temu i postanowiłam sobie go odświeżyć, aby w końcu napisać coś złego o książkach. Taki kaprys, ot!

Cykl Niebieski rower autorstwa Regine Deforges powstał w latach osiemdziesiątych. Sama autorka była uznawana za skandalistkę - pisarka, dramaturg, jako pierwsza kobieta we Francji otworzyła i prowadziła dom wydawniczy. Jej powieści były cenzurowane. Przeczytałam cztery (chyba tylko te cztery z cyklu Niebieski rower zostały wydane w Polsce, co ciekawe przez Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej - wyobrażacie to sobie dzisiaj?)

O czym właściwie są te książki? Według zapowiedzi z okładki o II wojnie światowej, o rozłamie we Francji, o kolaborantach, rządzie Vichy, przemówieniach de Gaulle'a, o Resistance. Pięknie, prawda? Ale od pierwszych stron książki uderza pewna myśl - gdzieś już to czytałam...

Oto poznajemy główną bohaterkę powieści - siedemnastoletnią Leę Delmas, która rozmawia z braćmi Levefre o planowych przyjęciu w pobliskiej posiadłości, na której to mają zostać ogłoszone zaręczyny Laurenta z jego kuzynką Camille. (Już Wam świta?) Na dziewczynie robi to niesamowite wrażenie, jest wzburzona, gdyż, jak zapewnia również swojego ojca, kocha całym sercem Laurenta. Przyjęcie odbywa się 1 września 1939 roku, zaręczyny zostają ogłoszone, ona wyznaje miłość ukochanemu (oczywiście w obecności pewnego brutala), dochodzi wiadomość o wybuchu wojny. Nadmienię, że wszyscy honorowi Francuzi mówią, jakie to jest ważne pomóc Polsce w tej sytuacji. Odrzucona przez ukochanego Lea zaręcza się w złości z bratem Camille (świta Wam bardziej?), mężczyźni wyjeżdżają. Dochodzi do ślubu Laurenta i Camille, natomiast Claude - narzeczony Lei ginie od wybuchu granatu podczas ćwiczeń. Laurent prosi przyjaciółkę o opiekę nad żoną, która spodziewa się dziecka. A wokół ciągle czai się ów brutal - Francois Travernier. 

Tak, fabuła żywcem przeniesiona z Przeminęło z wiatrem. Główna bohaterka jest rozkapryszona, jest kokietką, ukochaną córeczką tatusia, zajmuje się żoną ukochanego, jest silna, pełna życia i nade wszystko kocha swój ziemski majątek - winnice w okolicach Bordeaux. 

Ów czający się wkoło brutal naprawdę jest brutalny, nie jak Rhett Butller. Co rusz chwyta bohaterkę za ramię, wmawia jej, że będzie jego, ona się wyrywa. Wokół niego pełno jest oczywiście plotek, kim on właściwie jest, ale ciotki Lei są nim zachwycona i nie oponują, kiedy ten zabiera ich krewniaczkę na całą noc. 

W ogóle temat wojny we Francji w tej powieści to jakaś karykatura. Bohaterka narzeka na głód, ale co rusz jest zapraszana do restauracji, popija szampana, je pasztet z gęsich wątróbek i wpycha w siebie rogaliki popijając kawą. Niby niczego nie ma, ale ona zawsze znajdzie jakieś frykasy, dzieli się nimi z rodziną i wszystkim starcza. Pamiętacie jak Scarlett zbierała bawełnę w pocie czoła i obiecała sobie, że nigdy nie będzie głodna? Nasza Lea też niby uprawia ogródek, ale wszystkie opisy jej prac w tym miejscu ograniczają się do tarzania się w miłosnych uniesieniach z synem zarządcy. 

I teraz to, co w książkach jest najważniejsze - erotyka. Ta książka jest przede wszystkim książką erotyczną, a ja chyba nie jestem fanką tego typu powieści. W każdej możliwej sytuacji bohaterowie patrzą na siebie z pożądaniem - ona zaciska uda (które potem ochoczo rozchyla przed niemal każdym napotkanym mężczyzną w książce), oni czują na jej widok, jak ich członki nabrzmiewają. 

Bombardowanie Orleanu? Nic nie szkodzi, akurat w tamtym momencie nasza bohaterka w tej romantycznej scenerii, namydlona przez swojego pierwszego kochanka (owego brutala) "poznaje po raz pierwszy smak miłości", a potem idzie jej już świetnie. Seks jest pomiędzy przemówieniami de Gaulle'a, konspiracyjnymi wstawkami, kiedy bohaterka wykonuje ważne dla podziemia misje, a opisami sukni, w których pojawia się nie tylko w paryskich restauracjach, ale i w ambasadzie niemieckiej. Poza tym, że bohaterka ulega niemal każdemu, to jednak dochodzi do scen gwałtu (i to chyba niejednokrotnie, jeśli pamiętam), ale i tak przeżywa wtedy rozkosz i nie ma za złe sprawcy. To już chyba zbyt wiele i jest szkodliwe, ale może akurat nie znam się na powieściach erotycznych? 

W kolejnych częściach autorka trochę bardziej skupia się na ruchu oporu, na gestapo, ale i tak trzon powieści pozostaje ten sam.

Powieści Regine Deforges są jak erotyczne fanfiki na temat Przeminęło z wiatrem. Autorka zdaje sobie sprawę, że nawiązuje i przenosi zbyt wiele, dlatego, w którejś z późniejszych części siostry czytają powieść Mitchell i zauważają, że to jakby powieści o nich. Zabawne, prawda? 

Postaci są schematyczne, właściwie myślą tylko o jednym. Z Lei żadna Scarlett O'Hara, a Francois to nie Rhett.  

We Francji powstał serial na podstawie książek pod tytułem Niebieski rower z Laetitią Castą w roli głównej, swego czasu był chyba emitowany na Polsat Cafe, ale nie było mi dane (może i dobrze) go zobaczyć.

Nie polecam. Chyba, żeby się lekko zirytować i pośmiać...?

niedziela, 17 lipca 2016

Wśród kuracjuszy

Swego czasu wygrałam w konkursie na blogu Vintage Girl debiutancką książkę Joanny Szwechłowicz pod tytułem Tajemnica szkoły dla panien. Pisałam o swoich spostrzeżeniach tutaj.

Kupiłam bez zastanowienia drugi kryminał retro spod pióra Szwechłowicz i do dzisiaj nie wiem, czemu nic o nim nie napisałam, bo bardzo mi się spodobał, a klimat zamkniętego domu, jak z powieści Christie przypadł mi bardzo do gustu. Niestety, już chyba więcej nie napiszę, bo moje spostrzeżenia uleciały wraz z czasem, zostało tylko miłe poczucie dobrej lektury, którą też polecam. 

Dzisiaj za to skończyłam czytać najnowszy kryminał pani Joanny Szwechłowicz  Siła wyższa i od razu piszę, żeby już nic mi z czasem nie uleciało. 



Spotykamy się w tej powieści znów z ojcem Herbstem, którego poznaliśmy w Ostatniej woli. Tym razem zakonnik jest z dala od rodziny. Spotykamy go, kiedy omija kałuże idąc na pewną poznańską plebanię, aby rozwiązać (cicho i bez skandalu) ze współbratem Florianem zagadkę zniknięcia proboszcza Wojciecha Kalinowskiego. Po rozmowie z gospodynią co się zowie postanawiają z ojcem Florianem pojechać do Krynicy, bo jak podejrzewają, to tam skrył się ów proboszcz, o którym wszyscy wypowiadają się jak najlepiej, a oni sami podejrzewają go jakowyś romans i rozpuszczanie pieniędzy na perfumy i pończochy. I tak oto trafiają do Katolickiego Pensjonatu Pod Krokusami panien Malickich - krewnych niedawno zmarłego wikariusza księdza Wojciecha. 

Obaj bracia są swoimi przeciwieństwami - poukładany, pedantyczny ojciec Florian, dla którego wyższym dobrem jest dobro Kościoła (jako takiego), niewolny od pewnych uprzedzeń tak częstych w okresie międzywojnia; nie do końca zgadza się z młodszym, żywym, świetnym obserwatorem i znawcą przyzwyczajeń ludzkich ojcem Aleksandrem Herbstem, który miał już przecież doświadczenie w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Rozmyślania, szczególnie ojca Floriana, który wszędzie dopatruje się rozpusty i niegodziwości, są naprawdę dobrym punktem powieści. 

Poza tym, muszę przyznać, że wątek kryminalny najmniej mnie zajmował, bo kuracjusze w pensjonacie to dopiero ciekawe postaci. Każdy z nich ma jakąś tajemnicę, każdy coś ukrywa, a ojciec Herbst, uciekając często do dwuznacznych moralnie czynów, odkrywa je po kolei, najpierw obserwując uważnie nie tylko czyny, ale i garderobę mieszkańców pensjonatu. 

Czas akcji to marzec 1939 roku, dużo smaczków z epoki - wspomniane są gwiazdy kina międzywojennego, przywołane przedwojenne szlagiery, które są przesłuchiwane na płytach gramofonowych, ale także śpiewane w restauracji przez zdesperowaną bohaterkę. Ciekawe są również poglądy na wiarę, Kościół i wyznania przez poszczególnych bohaterów. Jest to o tyle ważny wątek, bo pcha jedną z bohaterek do doszukiwania się sensacji tylko dlatego, że dotyczy przedstawiciela kościoła katolickiego. Poza tym autorka osadza powieść w Krynicy, która była przed wojną autentyczną konkurencją dla Zakopanego, a niestety nie przetrwała w tej klasie zawirowań wojennych. 



Jak zwykle język autorki oraz poczucie humoru, które serwuje w tej książce, są jasnymi punktami, które to tylko zachęcają do sięgnięcia po, mam nadzieję, kolejne tytuły. I... okładka! Każda z wydanych przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka powieści Joanny Szwechłowicz okładka jest utrzymana w tej samej kolorystyce i podobnej stylistyce. Pięknie się prezentują razem na półce. 

Reasumując, pyszna lektura w sam raz na niedzielne leniwe popołudnie! Polecam!

czwartek, 14 lipca 2016

Klasyka: Na zachodzie bez zmian

W ramach nadrabiania klasyki, również w wykonaniu mojego męża, przeczytałam Na zachodzie bez zmian Remarque'a. Była to raczej inicjatywa mojego męża, więc bez większego entuzjazmu sięgnęłam po tę niewielką objętościowa, ale za to pełną ukrytych emocji książkę.

Poznajemy kilku członków drugiej kompanii na froncie zachodnim podczas I wojny światowej. Większość z nich chodziła do jednej klasy, a naukę i przygotowanie do matury przerwała im wojna. Zachęcani przez wychowawcę Kantorka sami zgłaszają się by bronić ojczyzny zanim jeszcze ich rocznik dostaje powołanie. Kiedy zaczyna się opowieść, są już na froncie rok. Nie ma w nich już młodości i entuzjazmu. Wyprani są z marzeń, a jedyne, o czym myślą, to to, aby najeść się do syta.

Narrator, Paweł, nie ukrywa niczego, nie ubarwia, ale i nie histeryzuje. Ze spokojem człowieka, który widział już zbyt dużo jak na swoje dwadzieścia lat, opowiada o tym, co jedzą, jak zabijają wszy, odlicza tych, którzy już zginęli. Tylko domyślamy się rozpaczy, która w nim jest, a której nie może okazać, bo by zwariował. Dostrzegamy ją dopiero w przejmującym powrocie do domu podczas urlopu. To chyba jeden z najbardziej wzruszających momentów w literaturze, które dane mi było do tej pory czytać - oto młody żołnierz idzie przez swoją miejscowość, mija miejsca, gdzie przebywał z kolegami, których już nie ma albo walczą na froncie, w końcu wchodzi do domu. 

Schody trzeszczą pod butami. Na górze trzasnęły drzwi, ktoś spogląda przechylając się przez poręcz. To otworzono drzwi kuchenne, smaży się placki z kartofli, w całym domu zalatuje nimi, no tak, dzisiaj sobota, i to chyba moja siostra przechyla się przez poręcz. Przez chwilę jakbym się wstydził, spuszczam głowę, potem zdejmuję hełm i spoglądam w górę, Tak, to moja najstarsza siostra.
- Pawle!- woła - Pawle!
Kiwam głową, plecak uderza o poręcz, karabin jest taki ciężki.
Otwiera porywczo drzwi do pokoju i woła:
- Mamo, mamo, Paweł przyjechał!
Nie mogę iść dalej.
"Mamo, mamo"...
Opieram się o ścianę i ściskam mocno hełm i karabin. Trzymam go jak w kleszczach, jak najmocniej, ale nie mogę postąpić ani kroku, schody rozpływają się przed oczyma, uderzam się kolbą po nogach, zaciskam wściekle zęby, ale nic nie poradzę, to jedno słowo, które moja siostra powiedziała... nic nie mogę poradzić... zmuszam się do śmiechu, ale nie mogę dobyć głosu, nie mogę wykrztusić ani słowa i tak stoję na schodach, nieszczęśliwy, bezradny, w strasznym skurczu, i choć wcale tego nie chcę, łzy spływają mi po twarzy.

Kilka dni w rodzinnej miejscowości pokazuje bohaterowi, jak bardzo został oszukany, jak oszukano jego pokolenie. Młodych ludzi, którym wmawia się, że muszą bronić ojczyzny. Rozmawiają między sobą, co im zrobili Francuzi? Czyż oni też nie bronią swojej ojczyzny? Co nam takiego zrobili, że musimy ich zabijać? Przecie tylko rozkaz uczynił z nich wrogów. A kto go wydał? Czy cesarz? Komu opłaca się śmierć w okopach? 

Pomiędzy rozpaczą, bólem i poczuciem bezsensu, żołnierze prowadzą normalne życie - przygotowują posiłki, grają w skata, odwiedzają francuskie dziewki w nocy. I są takie fragmenty, które autentycznie wywołują na twarzy uśmiech, a nawet w niektórych momentach śmiałam się. Bo w tej książce przerażenie miesza się z przymusem pozostania normalnym. 

Zwróciłam też uwagę na pewien motyw, który pojawia się w tematyce wojennej nieustannie - sadystyczny żołnierz, który znęca się nad rekrutami, załazi im za skórę tak bardzo, że oni tylko czekają, żeby oddać mu z nawiązką. W Na zachodzie bez zmian jest to Himmelstoff, w 9 kompanii (świetnym wojennym filmie rosyjskim) też taka postać się pojawiła, a również w Kompanii braci była to postać grana przez Davida Schwimmera. Trzy różne wojny - nic się nie zmienia. 

Remarque był krytykowany za tę powieść. Mówiono o reporterskim charakterze, odmawiano mu talentu literackiego. A to książka wydana w 1929 roku weszła do kanonu literatury wojennej, dając jedno ze świadectw przeżyć I wojny światowej. Irena Krzywicka, chociaż bez entuzjazmu, napisała w "Wiadomościach Literackich": "Wielu pisarzy prowadziło badania w tym kierunku i obfita jest literatura wojenna, ale imię Remarque'a pozostanie już chyba na zawsze jako imię reprezentanta tego rodzaju, mimo istnienia książek tak doskonałych jak Spór o sierżanta Griszę Arnolda Zweiga." 

Na koniec to, co czytamy przed powieścią: 

Książka ta nie ma być oskarżeniem, ani też wyznaniem. Jej zamiarem jest tylko mówić o pokoleniu, które wojna zniszczyła - nawet gdy uchroniło się przed granatami.

Mam nadzieję, że w najbliższym czasie pojawi się więcej wpisów o tzw. klasyce. Warto się nad nią zatrzymać na chwilę. Myślę, że też tak uważacie. 

środa, 13 lipca 2016

Książę poetów

Najpierw czytamy Lokomotywę. Zachwycamy się rytmem, chociaż sami o tym nie wiemy. Chcemy nadążyć za stukotem pociągu i wymienić wszystko i wszystkich, co mieszczą wagony. Początek zna każdy, a założę się, że większość z nas mogłaby wyrecytować po latach cały wiersz. To jeden z tych utworów, który łączy pokolenia - znają go nasi dziadkowie, rodzice, my i nasze dzieci. Kiedy czytam swoim uczniom Lokomotywę, nigdy nie usłyszałam, że mają dość, że to znają. Zabawa zaczyna się od nowa, za każdym nowym czytaniem czy recytacją. I tak dzieci myślą, że Julian Tuwim to poeta dziecięcy. Potem poznają pozostałe wiersze: (dzisiaj niepolityczny) Bambo, Rzepka, Abecadło, Kotek i, jedne z moich ulubionych, Spóźniony słowik czy Ptasie radio. To znamy wszyscy. I nikt nie ma zastrzeżeń. To lubimy wszyscy. 

Po okresie dziecięctwa następuje okres, kiedy dzieci starsze i młodzież uznają poezję za coś zbędnego, nudnego, coś, co kojarzy im się tylko z liczeniem sylab, wyszukiwaniem obrzydłych epitetów (i ciągle pokutuje teza, że to po prostu przymiotnik) i nabierają dystansu. Już za nimi miłe wierszyki dla dzieci z grą słów, miłymi dla ucha rymami i rytmem. Zaczyna się POEZJA.

U Tuwima Poezja jest niezwykła. Podziwiam od dawna nie tylko jego umiejętność operowania językiem polskim, plastyczność, jaką nabierają słowa w jego utworach, ale przede wszystkim ponadczasowość i uniwersalność. Kiedy już uda się młodzież do tego przekonać, sami widzą w poezji Juliana Tuwima coś więcej niż tylko nudne wiersze (znowu!). 

Jestem po lekturze książki Mariusza Urbanka Tuwim. Wylękniony bluźnierca. Biografia księcia poetów, człowieka, który przez całe życie musiał borykać się ze swoim pochodzeniem, atakowanego z wielu stron, niezwykle uzdolnionego i płodnego poety, którego pamiętamy jako poetę słynnego Skamandra. Już nie wszyscy wiedzą, że jest autorem wielu piosenek z okresu międzywojennego, które znamy wszyscy, jest również autorem tłumaczeń librett operetkowych. Tuwim był również zbieraczem i badaczem osobliwości - znany jest jego Polski słownik pijacki. Antologia bachiczna, a to tylko jedno z jego zainteresowań. 



Urodził się 13 września 1894 roku w Łodzi. Jego rodzina była zasymilowanymi Żydami. Był zafascynowany dwoma wielkimi poetami - Leopoldem Staffem oraz Bolesławem Leśmianem. Obu poprosił o recenzję swoich wierszy w czasach młodości. Debiutował już w 1911 roku przekładem wierszy Staffa właśnie na język esperanto (którym się fascynował, co zdradza jego zamiłowanie do języka w ogóle). 

W czasie debiutu własnych wierszy sprawił niemały skandal. Jego wiersz Wiosna do dziś może szokować bardziej wrażliwych, a w czasie, kiedy został opublikowany wywołał prawdziwe oburzenie (a dyskusja porównana może zostać tylko do konfliktu klasyków z romantykami). Innym zaś wierszem, który do dzisiaj jest i aktualny, i ciągle odkurzany - Do prostego człowieka (dzisiaj znany między innymi z wykonania zespołu Akurat) również wywołał oburzenie nie mniejsze niż obrazoburcza Wiosna. Ale ma też na swoim koncie niezwykle piękne liryki miłosne czy też erotyki. Po te również często dzisiaj sięgają muzycy. 

Autor biografii opisał życie, ale nie tylko punkty życia Tuwima. Ukazał jego wszechstronność, wielość jego zainteresowań, jego rozterki w sposób ciekawy i wciągający. Skupił się nie tylko na życiorysie, ale również na twórczości i tam również szukał śladów biografii. Jest to praca wnikliwa, niejednostronna, ukazująca poetę jako postać tragiczną, jako wylęknionego bluźniercę właśnie. Nie ocenia jego wyborów, ale przybliża po prostu człowieka. 

Wrzucam moje ulubione: 


i zachęcam do popołudnia z poezją Juliana Tuwima oraz kilku wieczorów z biografią autorstwa Mariusza Urbanka.

czwartek, 9 czerwca 2016

Cień eunucha

George Steiner powiedział kiedyś, że oddałby całą swoją twórczość (krytyczną) za dwie strony Dostojewskiego. Patrząc na swój dorobek krytyka literackiego, nie widzi nic, co dorównywałoby wielkiej literaturze. Potrafię zrozumieć tę myśl, potrafię zrozumieć zazdrość, że czegoś się nie napisało, nie stworzyło. 


Patrząc wstecz, Steiner widzi tylko cień eunucha. Do tych słów nawiązuje główny bohater powieści Cabré, sam widzi za sobą tylko cień eunucha, chociaż jest w zasadzie wziętym dziennikarzem, jest melomanem, zna się na swojej pracy, to czuje, że w życiu nic nie osiągnął. 

Sam Jaume Cabré mówi, że Miquel Gensana to może być jego alter ego - urodzili się obaj tego samego dnia, dorastali w tej samej politycznej rzeczywistości, dokonywali podobnych wyborów. 

Głównego bohatera poznajemy po śmierci jego najbliższego przyjaciela, kiedy koleżanka z redakcji zabiera go na kolację, aby porozmawiać z nim o Bolósie. Julia zabiera Miquela w miejsce, gdzie podają wyśmienite mięso. Miquel nie zdaje sobie sprawy, że koleżanka z pracy zabiera go do jego własnego domu, który w czasie kryzysu (ekonomicznego i rodzinnego) jego rodzina straciła, a teraz jest miejscem restauracji. 

To miejsce oraz rozmowa o Bolósie sprawiają, że w bohaterze odżywają wspomnienia - te związane z z walką o wolność, te związane z kobietami i te związane z rodziną. Cień eunucha to przede wszystkim opowieść o rodzinie Gensana, o tym, co sprawiło, że rodzina w zasadzie przestaje istnieć, tak jak przestaje istnieć dom Gensana. O tym, jak ból i niezrozumienie popychają ludzi do czynów, które potrafią zaważyć na losach kilku pokoleń. 

I chociaż uwielbiam pisarza, chociaż uwielbiam spotkania z nim i jego opowieści o tworzeniu, to nie mogłam polubić głównego bohatera. Czekałam głównie z niecierpliwością na te fragmenty, w których pojawiał się wujek Maurycy - postać z krwi i kości, którą niemal czułam obok siebie. Jego snucie opowieści o rodzinie, do której należał trochę przypadkowo, było naprawdę wciągające. 


A co o stylu? Ta powieść nie jest najnowszą w dorobku katalońskiego pisarza, wydana została w 1996 roku i właśnie w niej narodził się styl, który znamy choćby z Wyznaję. Mieszanie się perspektyw czasowych, narracji i głosów to najsmaczniejszy aspekt obcowania z utworem Cabré. To, co przerażało mnie na początku przygody z pisarzem, teraz jest dla mnie tym, co najbardziej przyciąga. 

Muszę oczywiście dodać, że tę, jak i każdą inną powieść wydaną w Polsce, tłumaczyła Anna Sawicka i, jak zwykle, tłumaczenie to jest doskonałe.

poniedziałek, 30 maja 2016

ŚBK: Miejsce pracy blogera

To kolejny wpis w ramach wpisów tematycznych Śląskich Blogerów Książkowych. Zapraszam więc do odwiedzenia naszego profilu na facebooku i zapoznania się z innymi wpisami. 



Dzisiejszy temat: Miejsce pracy blogera

Od razu zaznaczę, że dla mnie żaden wpis nie jest pracą (i może dlatego, często trochę po macoszemu podchodzę do regularnych wpisów na blogu, bo najzwyczajniej, piszę wtedy, kiedy czuję taką potrzebę). Ale skoro temat jest taki, a nie inny, to zabieram się do pracy. 

Przyjmuję, że każdy wpis składa się z kilku etapów, a każdy etap ma zazwyczaj odbywa się w innym miejscu w sensie fizycznym. 

Etap pierwszy: zakupy

Książki zazwyczaj kupuję w internecie. Kiedyś była to tylko i wyłącznie księgarnia stacjonarna, ale od kiedy zaczęłam 60% moich zakupów (tylko tyle, bo zostały mi zakupy spożywcze) robić w internecie, to i książki znalazły się w tej liczbie. Księgarnie internetowe przeglądam dość często, chociaż staram się podchodzić do zakupów racjonalnie, to jednak czasami mnie ponosi (zdarzyło się kilka razy, że paczki z książkami były dla mnie autentycznie zbyt ciężkie). Od kilka miesięcy zakochałam się w możliwości zakupu ebooków - nie muszę na książkę czekać, paczka nigdy nie jest ciężka i od razu po przesłaniu pliku na mój czytnik, mogę zabierać się za lekturę.

Etap drugi: lektura

Czytam (prawie) wszędzie. Potrafię mieszać sos do makaronu z otwartą książką, wykorzystać 5 minut wolnego czasu na przeczytanie kilku stron lektury. Najczęściej jednak czytam wieczorem w łóżku. I to jest najważniejsze miejsce mojej pracy, jako blogerki. Moje łóżko jest cudowne (brakuje tylko zwojów tiulu w formie baldachimu). Metalowe, czarne, a nad nim sylwetka czytającej kobiety. Nie ukrywam, że często moja wieczorna lektura kończy się zaśnięciem nad książką i to wcale nie dlatego, że książka jest nudna. Po prostu staram się czytać do końca. Kiedy już zasnę, mąż gasi moją lampkę, zakłada książkę i odkłada ją na mój stolik. W ciągu dnia też lubię spędzać czas w sypialni - znajduje się w północnej części mieszkania, więc nawet w upały jest tam dość przyjemnie, nie przeszkadza mi telewizor ani stukanie w klawisze komputera (co ma miejsce w pokoju dziennym), ale jednak najczęściej raczę się lekturą w pokoju, pod kocem, z herbatką obok. Tam zazwyczaj jest mój mąż i mogę mu od razu przeczytać jakiś ciekawy fragment i coś skomentować. 


Etap trzeci: wpis

Piszę zazwyczaj od razu po lekturze. Rzadko zdarza się, że muszę dojrzeć do napisania kilku słów na temat książki (tak akurat się stało z poprzednim wpisem o Rewizji). Nie piszę również o każdej przeczytanej przeze mnie książce. Nie wiem, czy jest klucz. Po prostu - o jednych mam ochotę od razu coś napisać, o innych nie. Piszę siedząc na krótszym boku mojego zielonego narożnika. Laptop leży na podpórce ikeowskiej, ja wygodnie opieram się o poduszki, z boku narożnika rozłożona jest książka, o której popełniam wpis i popijam herbatę. Tylko kilka razy przy pisaniu siedziałam przy stole, jakoś mi tam niewygodnie.


Niestety, nie mam pięknego biurka, a przydałoby mi się nie tylko ze względu na pracę blogerską, a przede wszystkim w związku z pracą zarobkową. Przy stole więc sprawdzam sprawdziany i zeszyty uczniów i niestety prawie zawsze połowę tego stołu zajmują moje książki, notatki, czasopisma, zeszyty, sprawdziany, prace plastyczne, papier do drukarki i inne rzeczy. Gdyby tak moje mieszkanie się powiększyło zorganizowałabym kącik z biurkiem. I tam też pisałabym wpisy na blog. I pochwaliłabym się od razu. Nie zanosi się jednak na to w najbliższych latach. Dlatego, jeśli będziecie czytać kolejny wpis, to już będziecie wiedzieć, gdzie powstał.

sobota, 28 maja 2016

Chyłka się chyli

Dlaczego???

A teraz kilka słów wytłumaczenia. Rewizję przeczytałam jeszcze przed premierą, zakupiłam ebook, bo musiałam już, już mieć i czytać. Oczywiście zarzuciłam wszystko - sprzątanie, gotowanie, sprawdzanie sprawdzianów dzieciom i zaczęłam czytać, ot, przepraszam, chłonąć (jak to już z Mrozem jest). I co ja czytam?

Moja ulubiona Joanna Chyłka została alkoholiczką. Zaraz potem stała się jeszcze adwokatką za 50 zł z centrum handlowego. Nie wiem, co gorsze... Serce mnie bolało z każdym łykiem jakiegokolwiek alkoholu wypitego przez bohaterkę. 

A Zordon rozdrapywał rany, bo już nie był niewinnym Zordonem-idealistą, ale tworem swoich czasów i miejsca pracy. Zordon w Rewizji kalkuluje, wmawia sobie, że coś się stało nie z jego winy, zagłusza wyrzuty sumienia (które szumią czasem w jego głowie) kolejnymi porcjami owsianki. Zestawienie Zordona, który radzi sobie w korporacji, który odżywia się zdrowo, a przy okazji stał się taki "niezordonowy" z Chyłką, która prowadzi jeszcze bardziej niezdrowy tryb życia (a nie sądziłam, że to możliwe) bolało jeszcze bardziej. 

Ale już dość o bohaterach, teraz czas na sprawę. A sprawa jest ciekawa. Oto Chyłka dostrzega załamanego Roma i postanawia łatwo zarobić 50 zł. Okazuje się, że mężczyzna właśnie dowiedział się o śmierci żony i córki. Sprawa komplikuje się, kiedy o zamordowanie kobiet oskarżony jest Bukano (takie imię cygańskie nosi mężczyzna), ponieważ był ubezpieczony na milion złotych. A kto obsługuje ubezpieczyciela? Były pracodawca Chyłki. W alkoholowym ciągu Chyłka oczywiście bierze sprawę i żąda krwi. 

Po drodze poznajemy nowego bohatera - nowego szefa Zordona i dopiero przy nim Konrad tęskni do swojej mentorki z Kasacji i Zaginięcia. Jest też Kormak, który próbuje troszczyć się o Chyłkę. Wraca również Piotr Langer i... pojawia się ojciec Chyłki.

Ale to, co najbardziej mi się podobało w tej książce, to przybliżenie kultury romskiej, ich obyczajów, ale również tego, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej. Nawet Chyłka pozbywa się swoich uprzedzeń i szczerze zaprzyjaźnia się z Bukano, ryzykuje dla niego i stara się poznać machinacje rządzące światem Cyganów. 

Z niecierpliwością czekałam na spotkanie w książce Chyłki i Oryńskiego, bo tęskniłam za ich dialogami. Oczywiście, kiedy już spotkanie nastąpiło, nie zawiodłam się. 

Ale, proszę, AUTORZE, chciałabym, żeby Joanna Chyłka wytrzeźwiała... Czy to da się zrobić? (Nie będę szantażować, że kolejnej części nie przeczytam, bo przeczytam... To taka prośba z głębi serca.)

Swoją drogą, zarażam Mrozem męża - właśnie czyta Kasację.


sobota, 21 maja 2016

Jaume Cabré

Jakiś czas temu redaktor Nogaś z radiowej Trójki napisał na profilu facebookowym, co by było, gdyby tak zaprosić Jaume'a  Cabré do Studia im. Agnieszki Osieckiej... Och, byłoby wspaniale! Już wyobrażałam sobie ten wieczór spędzony przy słuchaniu audycji z herbatką... Potem spotkanie zostało potwierdzone, a redaktor Nogaś rozdawał zaproszenia. Ot, napisałam któregoś razu, nie bardzo licząc na powodzenie. 

I nawet o tym jakoś zapomniałam wspomnieć mężowi. Kiedy więc dostałam maila potwierdzającego z dwuosobowym zaproszeniem i zadzwoniłam do męża z radosną nowiną, że jedziemy do Warszawy, to mąż był lekko skonfundowany. 

I nadszedł ten dzień! 19 maja 2016 roku - czwartek. Jak wiecie, jestem nauczycielką i nie mam urlopu w trakcie roku szkolnego, więc pojechaliśmy dopiero po pracy (a wracać musieliśmy w nocy, bo w piątek oczywiście musiałam być w pracy). Przybyliśmy na miejsce, mieliśmy trochę czasu, więc wykorzystaliśmy go na Muzeum Legii, a potem już poszliśmy na Myśliwiecką 3/5/7. 

Jak miło było zobaczyć wszystko od środka! Jak miło było zobaczyć twarze ludzi, których się słucha na co dzień - np. pani Szydłowskiej, no i redaktora Nogasia również. A potem już oczekiwaliśmy w studiu. 

Nagranie niestety nie było na żywo, ale dzięki temu gość honorowy nie musiał się pilnować. To moje drugie spotkanie z katalońskim pisarzem (pierwsze było na Targach Książki w Krakowie) i drugie w tym samym, trzyosobowym składzie: Jaume Cabré, Anna Sawicka i Michał Nogaś. 

Jaume Cabré jest naprawdę świetnym rozmówcą. Odpowiada na pytania ciekawie, niezwykle skromnie, ale obrazowo. Uwielbiam jego opowieści z warsztatu pisarskiego, o tym, jak tworzy postaci, co czyni, żeby tekst w ostatecznym kształcie był jak najlepszy. Pisarz opowiadał również o swoich inspiracjach literackich, o powieści, która właśnie ukazała się w Polsce (a którą już czytam), odpowiadał również na pytania publiczności. Po spotkaniu można było oczywiście podejść i poprosić o autograf. W ten sposób mam już wszystkie cztery powieści Cabré podpisanego przez autora. Ze sobą do Warszawy zabrałam Jaśnie pana (ze zdjęcia profilowego mojego bloga), a na miejscu zakupiłam najnowszą powieść.



Retransmisję z tego spotkania będzie można usłyszeć 26 maja o godzinie 21.07. Sama z pewnością będę przy odbiorniku oczekiwała tego z niecierpliwością. Serdecznie zapraszam do posłuchania. 

PS Oczywiście w trakcie podróży rozładował mi się telefon i zdjęcia robił mój mąż. Toteż tak mało i średniej jakości...

poniedziałek, 16 maja 2016

Me before you

Jeśli w zapowiedzi książki czytam, że potrzebny mi będzie wodoodporny tusz, a para bohaterów podbije moje serce, to mam ochotę od takiej pozycji trzymać się jak najdalej. Nie zachęca mnie historia miłosna, która mnie wzruszy do łez ani fakt, że czytają to kobiety. Wszystkie te chwyty marketingowe odrzucały mnie od książki i naprawdę w ogóle bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie fakt, że coraz głośniej słyszy się również o filmie, który za chwilę wejdzie do kin. 

Przyszła więc leniwa sobota, kiedy wszystkie plany spełzły na niczym, a ja miałam ochotę na coś lekkiego i wbrew zdrowemu rozsądkowi sięgnęłam po Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes. 

I oderwać się nie umiałam. Książka naprawdę wciąga. I nie mam na myśli absolutnie wątku romansowego, którego mogłoby w zasadzie nie być (uważam, że książka wiele by zyskała), ale na to, jaką siłę ma jednak oryginalny tytuł - Me before you

Bo powieść Moyes to historia dziewczyny - patrząc z boku na główną bohaterkę można powiedzieć, że poza oryginalnymi strojami i butami nie ma w niej absolutnie nic ciekawego. Nie skończyła żadnej szkoły, która zapewniła by jej w ręku tzw. fach. Ma dwadzieścia sześć lat i mieszka z rodzicami, którzy trochę się z niej podśmiewają, trochę nią manipulują. Jest w cieniu swojej genialnej młodszej siostry (która jednak była na tyle głupia, żeby przyjść do domu z brzuchem). Mieszka w miejscu bez perspektyw, za to z zamkiem, który jest atrakcją turystyczną i tylko w sezonie w miasteczku pojawiają się turyści. 

Poznajemy Lou, kiedy traci pracę z kawiarni. I nie ma pojęcia, co może zrobić ze swoim życiem. W biurze pośrednictwa pracy dostaje ofertę zostania opiekunką dla niepełnosprawnego mężczyzny. Zgadza się tylko z powodu pieniędzy. 

I ta decyzja zmienia jej życie. I o tym jest ta książka! Jojo Moyes pokazuje jaki wpływ mają na nas spotkani na naszej drodze ludzie, jak zasmakowanie czegoś nowego otwiera nas, jak poszerza nasze horyzonty. Jak odpowiedzialność za czyjś los uczy patrzenia szeroko otwartymi oczyma, jak człowiek nabiera pewności siebie. 

Oczywiście, jest też druga strona. Jest Will - młody, przystojny mężczyzna, który już nigdy nie będzie prowadził swojego życia, za którego decydują inni, który stara się wziąć odpowiedzialność za swoje zniszczone życie ten ostatni raz. 

Jojo Moyes porusza trudny temat jakości życia człowieka przykutego do wózka i tego, jak radzi sobie z tym nie tylko sam zainteresowany, ale i jego bliscy. 

Nic w tej powieści nie jest czarno-białe, chociaż wydaje się, że bohaterowie mają ustalone poglądy. 

Dobrze, przyznaję, jest trochę wzruszeń, ale nie są to te potoki łez, które ponoć towarzyszą innym. Czekam na film. Zapowiedź na razie jest dość obiecująca - dziwne stroje Lou, całkiem dobrze dobrani aktorzy (chociaż nie wiem, czy jestem przekonana do osoby Emilli Clarke), ale boję się, że film będzie łzawym romansem, a zmiana, która zachodzi w bohaterach będzie tylko tematem pobocznym. 

A czy Wy czekacie na film? Czytaliście książkę? Co o niej sądzicie?

niedziela, 15 maja 2016

Syreni śpiew

Zacznę od tego, że nie jestem tą pozycją zachwycona. Przeczytałam dlatego, że jest o niej głośno, wiele osób polecało i, chociaż to raczej nie mój krąg zainteresowań, sięgnęłam po książkę. Jaką? Fatum i furia Lauren Groff.

Powieść o małżeństwie, czy może być coś nudniejszego? Wszelkie powieści o miłości zazwyczaj kończą się w tym momencie, kiedy życie zmierza ku śmierci w spokoju, a ewentualne uniesienia związana są niechybnie z kryzysem wieku średniego, zakupem motocyklu i wzajemnym rozczarowaniem. A Lauren Groff zaczyna powieść w momencie, kiedy przez plażę idą piękni, zakochani młodzi ludzie, którzy właśnie powiedzieli sobie, że chcą ze sobą spędzić resztę życia i naprawdę wierzą w to, że to się uda, że to na serio. 

On - syn prostego i wielkodusznego mężczyzny oraz syrenki, która jest traktowana jak księżniczka w domu swojego męża. Rodzice nie widzą poza synem świata - jest piękny, genialny, jest rozpieszczany, jest oczkiem w głowie mamy, taty i cioci, która towarzyszy im stale i jest dobrą duszą domu. On pragnie wszystkiego i to wszystko dostaje. Jego życie zmienia się wraz ze śmiercią ojca - przeprowadza się, poznaje nowych przyjaciół, zakochuje się po raz pierwszy i po raz pierwszy smakuje seksu (na dachu płonącego domu, żeby było goręcej). Matka, aby ratować syna, wysyła go do szkoły z internatem, gdzie jest tylko Burakiem z Zadupia, gdzie pewna traumatyczna noc odziera go z niewinności, gdzie zaprzyjaźnia się w końcu z Samem. Sam jest przekonany, że stworzył go na nowo. Ach, wiecie, jak on się nazywa? Lancelot.

Ona - spokojna, piękna, tajemnicza. Nikt o niej nic nie wie, z nikim się nie spotykała aż do tej imprezy, kiedy on patrzy na nią, zakochuje się od pierwszego wejrzenia, porzuca swoje dawne życie i prosi ją o rękę z marszu. Ona ma na imię Mathilde.

Tworzą dom - dom w kawalerce, gdzie spotykają się przyjaciele. Obserwujemy ich kolejne imprezy - parapetówkę, Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie, Halloween. Są biedni, są szczęśliwi. I nikt w to ich szczęście nie wierzy. Znajomi robią zakłady, kiedy ich małżeństwo się zakończy. Obserwujemy jak się zmieniają, jak dorasta mała siostra Lotta, jak ich przyjaciele się wykruszają, jak sami przechodzą przez lepsze czy gorsze chwile. I czekamy, czekamy wraz z małżeństwem na przełom. 

Powieść składa się w dwu części - fatum (historia opowiedziana z perspektywy Lotta) oraz furia (historia Mathilde). I, o ile pierwsza, jest tą, którą czytamy w oczekiwaniu na odpowiedź na nasz niepokój, na nasze podejrzenia, na naszą nieufności i wątpliwości (oj, tak, też zastanawiamy się, kiedy to małżeństwo się zakończy), to jednak tę część czytało mi się zdecydowanie lepiej. Klimat spotkań przyjaciół z uczelni, Nowy Jork, lata 80 i 90. Wraz z zapełnianiem się skromnego mieszkania Lotta i Mathilde, czułam, że zbieram te różne kawałki historii w całość. 

A potem wszystko się rozsypuje.

Ale cóż więcej? Autorka bawi się z czytelnikiem nawiązaniami do legend i baśni - imiona rycerzy, syrenki i Kopciuszek, wszystko to sprawia, że na początku do końca nie wiemy, czy czytamy powieść realistyczną, czy to na serio, a może to tylko zabawa? Podobała mi się również niejednoznaczna narracja i to, jak budowana jest opowieść. Narrator płynnie przechodzi od uroczystości do kolejnego spotkania, wplata w historię fragmenty sztuk teatralnych, które często mówią więcej niż sam narrator. 

Natomiast druga część mnie zmęczyła. Odkrywana tajemnica Mathilde wcale mnie nie przekonała do siebie, nie czułam zrozumienia dla bohaterki. Bo w tej powieści nie ma postaci, z którymi moglibyśmy się utożsamić czy polubić. Wszyscy właściwie są nieprzyjemni (może poza Samem), a para głównych bohaterów już szczególnie.

Ale muszę powiedzieć, że przeczytałam powieść o małżeństwie jednak z rosnącą ciekawością, a słowa: "Małżeństwo buduje się na kłamstwach. Głównie w dobrej wierze. Na przemilczeniach. Gdyby wypowiedzieć na głos wszystko, co myśli się o współmałżonku, można by go zetrzeć na proch." nabierają szczególnie głębokiego sensu, kiedy samemu jest się częścią małżeństwa (a tak jest). Może moje małżeństwo jest raczej z tych nudnych, o którym żadne powieści nie powstaną (i chwała!), ale jednak świadomość, że jest się częścią czegoś tak poważnego sprawia, że człowiek jest bardziej czujny. Naprawdę. 


niedziela, 8 maja 2016

Trójkąty

Moim ulubionym motywem literackim związanym z szeroko pojętą miłością jest trójkąt miłosny. Oczywiście taki motyw mamy w wielu pozycjach, ale są takie, które szczególnie przypadają mi do gustu (pamiętacie Kochanków z Marony?). Trójkąt, o którym dzisiaj napiszę to zaplątanie miłosne pomiędzy Maddy (dobra córka, którą zachwyca Jane Austen i nie rozumie Derridy), Leonard (neurotyczny, już na pierwszy rzut oka dziwny i tajemniczy chłopak) oraz Mitchell (poszukujący). Wszyscy oni są bohaterami powieści Jeffreya Eugenidesa pt.: Intryga małżeńska

Na początek cytat każdemu dobrze znany: 

Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony.
Tak zaczyna się jedna z moich ukochanych powieści Duma i uprzedzenie. Fakt, że główna bohaterka powieści Eugenidesa bierze na warsztat prześledzenie motywu małżeństwa (lub dokładniej rzecz ujmując tytułowej "intrygi małżeńskiej"), sprawił, że z nieukrywaną przyjemnością czytałam nawiązania do angielskiej literatury dziewiętnastowiecznej. 

Madelaine (znacie  Madeleine z książki Bemelnansa?) poznajemy w dniu rozdania dyplomów, kiedy do drzwi dzwonią uporczywie jej rodzice. Mają zjeść wspólne śniadanie przed tak uroczystą chwilą. Maddy czuje się podle, nie ma ochoty ani na śniadanie, ani na uroczystość. Jej przyszłość stoi pod znakiem zapytania (nie dostała się na studia magisterskie) i w zasadzie po skończeniu studiów nie ma gdzie mieszkać, bo jakiś czas temu rozstała się z chłopakiem, z którym miała po studiach zamieszkać.  Podczas śniadania przypadkowo spotykają jej dawnego przyjaciela (z którym aktualnie nie rozmawia) - Mitchella. I to już wszystkie osoby dramatu - zagubiona Maddy, jej były chłopak Leonard i Mitchell, z którym chwilę po pogodzeniu się znowu się kłóci. 

Relacje całej trójki nie są bardziej skomplikowane niż innych trójkątów miłosnych - jest ona, którą kochają obaj. Jeden miłością zachłanną, zaborczą i tragiczną, drugi myśli o niej od lat i szuka ukojenia gdzie indziej. 

Najlepsze w książce są smaczki - obraz społeczeństwa po rewolucji seksualnej (akcja zaczyna się w roku 1982), które na nowo musi zdefiniować role społeczne kobiety, matki, męża; życie drożdży na szkiełku laboratoryjnym, dyskusje na temat dekonstrukcji i po prostu cała literatura, która towarzyszy bohaterom, staje się punktem odniesienia i czasami wręcz przyczyną pewnych nieporozumień. 

Powieść zaczyna się od spojrzenia na biblioteczkę głównej bohaterki - jako czytelnicy przyglądamy się tytułom i wydaniom, aby stworzyć portret psychologiczny Maddy. Czyż książkoholicy nie tak postępują w życiu? Ja uwielbiam przyglądać się książkom na półkach ludzi, których odwiedzam albo podpatrywać tytuły książek czytanych w środkach transportu przez współpasażerów. 


A czemu intryga małżeńska? To nie tylko nawiązanie do powieści angielskich, to nie tylko fakt, że i w powieści w końcu zostaje małżeństwo zawarte, ale również próba redefinicji małżeństwa jako takiego. Ta intryga kończy się nadzwyczaj dobrze - moim zdaniem zakończenie książki to chyba najlepszy jej punkt. 

To było moje pierwsze spotkanie z Eugenidesem. Na liście książek "do przeczytania" znajdują się oczywiście pozostałe tytuły amerykańskiego autora. To spotkanie było bardzo udane.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Lubię książki o dojrzewaniu chłopców

Tak jak w tytule. Zdałam sobie z tego sprawę za sprawą Szczygła Donny Tartt. Nie wiem, co jest w powieściach o dojrzewaniu i inicjacji młodzieńców, ale motyw ten sprawia mi ogromną przyjemność, a im bardziej zawiłe losy bohatera, tym bardziej czuję się ukontentowana. 

Theo Decker to główny bohater powieści, a zarazem jej narrator. Świat widzimy więc z perspektywy chłopca, który jest niby inteligenty, ale nie ma dobrych stopni, niby interesuje się historią, ale raczej nie dąży tą drogą, niby lubi stare rzeczy, ale jednak wszystko mu obojętne. A wszystko zaczyna się przez to, że jako trzynastolatek sprawia kłopoty wychowawcze.

Nowy Jork, Upper West Side - z domu wychodzi główny bohater i jego elegancka mama w białym płaszczyku. Udają się do szkoły chłopca na rozmowę. Z powodu deszczu (i nie całkiem sprawnej parasolki) wchodzą do muzeum, aby przeczekać. 

Następuje jeden z bardziej udanych fragmentów książki - matka, która niegdyś studiowała sztukę, opowiada synowi o mistrzach holenderskich. I opowiada o swoim ulubionym obrazie, o Szczygle Carela Fabritiusa namalowanym w 1654 roku. (Pamiętacie scenę w głupkowatym filmie o Jasiu Fasoli, który, jako krytyk sztuki, opowiada o obrazie, że jest mały? Tutaj też musiałabym wspomnieć, że obraz ten jest niewielki - 33,5 cm x 22,8 cm -  i to jest dla fabuły niezwykle ważne.) 

W muzeum Theo zauważa jeszcze kogoś - starszego pana z dziewczyną, która robi na nim niezwykłe wrażenie. To za nią idzie w newralgicznym momencie i to ta fascynacja ratuje mu życie. W muzeum wybucha bomba. Theo wychodzi z ataku cały i zdrowy. W gruzach odbywa rozmowę ze starszym panem, który był z dziewczyną. Ten w ostatnich słowach każe mu zabrać jego rodowy pierścień i Szczygła

Tak zaczyna się książka Donny Tartt. To moje pierwsze spotkanie z pisarką, która sama w sobie jest niezwykle interesującą osobą (mam na myśli jej wygląd, bardzo charakterystyczny i niezmienny), a wydaje raz na dekadę. Pochodząca z Południa autorka debiutowała w 1992 roku powieścią Tajemna historia. W 2002 został wydany Mały przyjaciel, a w 2013 Szczygieł. Ostatnia powieść podzieliła krytyków do tego stopnia, że jedni zachwyceni przyznali powieści Nagrodę Pullitzera, inni uważają książkę za wygraną pop-kultury, która pretenduje do kultury wysokiej. 




Nie znam poprzednich powieści (ale nadrobię), co mogę powiedzieć o Szczygle? Po pierwsze, nie można odmówić autorce zdolności do prowadzenia narracji. Opowiadana historia przypomina dziewiętnastowieczną narrację, wciągającą i najzwyczajniej dobrą. Chociaż niektóre stylistyczne potyczki trochę odrzucają i wybrzmiewają trochę nierzeczywiście w ustach chłopca, to i styl mi odpowiadał. Sama historia jest wciągająca głównie przez głównego bohatera - jak wspomniałam już, bardzo lubię razem w młodym człowiekiem przechodzić przez jego drogę ku dojrzałości i denerwować się na jego głupie decyzje. Bohater zdaje sobie sprawę, że wszystkie wydarzenia są skutkiem jego złych wyborów, ale ma gdzieś w środku usprawiedliwienie - wydarzenie, które zdeterminowało jego dojrzewanie - śmierć matki. Jest kimś, kto potrafi się wpasować na pozór w każde środowisko: śmietanka towarzyska Nowego Jorku, narkomani w Las Vegas, cichy świat starych mebli w domu staruszka; jednak jest zawsze z boku, obserwuje, postępuje tak, jak oczekują tego inni, ale nic go nie pochłania całkowicie. 

Tartt w dość udany sposób łączy kulturę popularną ze światem sztuki - nie tylko malarze holenderscy, ale i pojawia się Proust, Dostojewski, antyki... I przez to, że miesza sentymentalizm w postaci miłości do staroci (jakże mi bliskiej), wspomnień o najbliższej osobie, podkreślenie samotności głównego bohatera i szczyptę sensacji, powieść jest po prostu dobra. Nie wybitna, ale dobra. Polecam!

poniedziałek, 21 marca 2016

ŚBKowe przykurzątka, czyli książkowe wyrzuty sumienia

Nazywam się Zuza i kupuję książki. A potem one zakurzone, ściśnięte na regale czekają cierpliwie na swoją kolej i nie skarżą się, kiedy obok nich pojawiają się nowe. Ostatnio coraz więcej takich nieczytanych pojawiło się na czytniku, bo kupowałam w promocji. Spadają gdzieś na którąś podstronę, a kiedy po jakimś czasie przeglądam swoje zasoby, to ze zdziwieniem rejestruję, że nie pamiętałam o tym, że kupiłam akurat taką pozycję. Przy tym zdumieniu od razu pojawia się radość, bo jednak miło przypomnieć sobie, że jednak mam coś, co bardzo chcę przeczytać. Kiedyś.

Czy też tak macie? 

Problem polega na tym, że ja nie odczuwam wyrzutów sumienia. Uważam, że na każdą z tych książek przyjdzie czas. Nie czytam, bo muszę (już nie czytam, bo muszę, na szczęście skończyłam studia, a ewentualne lektury w tym momencie są niedługie), ale czytam, bo mam ochotę. Nie zmuszam się za wszelką cenę, bo akurat teraz wypada kolej na taki a nie inny tytuł. Czasami coś zaczynam, ale kończę po kilku miesiącach, bo jednak nie był to czas na taką książkę (tak było na przykład z Wszystko, co lśni Eleanor Catton - książka podobała mi się naprawdę bardzo, ale jednak na początku nie mogłam pójść dalej). 

Moim sumieniem jest mój mąż. Ale pomińmy to milczeniem, również z tego powodu, że na czytniku czekają trzy książki tylko dla niego (King, Dukaj i McCarthy), a jakoś się za nie nie zabiera.

Co więc czeka na zabranie z półki (również wirtualnej)?

1. Beksińscy Magdaleny Grzebałkowskiej - słyszałam o niej, czytałam bardzo dobre opinie, ale kupić postanowiłam po lekturze innego reportażu autorki - 1945. Wojna i pokój.

2. Ostatnie części Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery - obiecuję sobie od lat (i od kiedy mam już wszystkie części, niestety z różnych wydań, w tym mój skarb - Anię z Avonlea, którą dostałam od ukochanej prababci z jej dedykacją), że przeczytam wszystkie po kolei. Ale czekam na chwilę oddechu, może w te wakacje?

3. Panie z Cranford Elizabeth Gaskell - kupiłam, bo nigdy nie czytałam, a uwielbiam klasykę, a wydanie ze Świata Książki Angielski Ogród jest naprawdę zachęcające. I chcę przeczytać, ale jakoś ciągle czeka na swoją kolej. Mam taką koleżankę, która, co spotkanie, pyta, czy już w końcu przeczytałam. 

4. Biografia Katarzyny Wielkiej Andrusiewicza. Nawet nie pamiętam, kiedy znalazła się na mojej półce. I czeka.

5. Laska nebeska Mariusza Szczygła - zawsze miałam ochotę przeczytać reportaże pana Szczygła, ale jakoś dziwnym trafem nigdy nie było nam po drodze.

6. Ziemia obiecana Władysława Reymonta - do Reymonta trzeba dorosnąć, tak to sobie tłumaczę...

7. Dwie powieści Mo Yana, kupione, bo to przecie noblista i promocja w empiku zrobiła swoje. Niestety kompletnie nie wiem, czego się spodziewać, ale kiedyś sięgnę.

8. Antologia polskiego reportażu XX wieku - będę czytała po jednym, ale jeszcze klucza nie znalazłam.

9. Germinal Emila Zoli - przyniesiona z którejś wymiany książkowej organizowanej przez ŚBK, zawsze przeczytać chciałam, więc pierwszy krok uczyniony - na półce leży i w każdym momencie mogę sięgnąć.

10. Wilk Hłaski i Uległość Helbecque'a - w jednym punkcie, bo kupione razem w którejś z promocji w znanej sieci dyskontowej.

11. Pokój na Itace Sandora Maraia - wygrzebana w Taniej Książce w Krakowie na Grodzkiej z serii Nike. Malutka książeczka w intensywnie niebieskiej okładce. Mam też drugą, tej samej wielkości z różową okładką - Pokrzepiciel Maraia - czytałam ją, korzystając z miejskiej komunikacji, bo niewielkie gabaryty świetnie nadawały się do torebki, a lubię w autobusach czy tramwaju czytać rzeczy wymagające, najlepiej mi się wtedy skupia (co jest raczej dziwne, bo zazwyczaj jest zgoła inaczej). Pokój na Itace był chyba kolejny do torebki, ale zaczęłam niestety jeździć do pracy autem (to wygoda, ciepło i szybko, ale nie da się czytać...).

12. Mistrz z Petersburga Johna Maxwella Coetzee - kupiona zaraz po mojej lekturze Dzieciństwa Jezusa, ale jeszcze nieprzeczytana.

13. Wieloryby i ćmy Szczepana Twardocha oraz Dziennik zimowy Paula Austera - na dzienniki też trzeba mieć nastrój, stoją obok siebie na półce i czekają.

14. Popioły Stefana Żeromskiego - kiedy już będę starsza to pewnie po to sięgnę. Swoje wydanie odziedziczyłam po dziadku.

Jest jeszcze kilka pozycji, ale nie wszystkie mam przed oczami (regał na dwa rzędy książek to zło), część z pamięci wyrzuciłam, ale, kiedy odnajdę, to jakaż będzie radość!

A Wy? Macie takie "wyrzuty" sumienia?


Zachęcam do odwiedzenia profilu Śląskich Blogerów Książkowych:

https://www.facebook.com/SlascyBlogerzyKsiazkowi/?fref=ts



niedziela, 13 marca 2016

Przygotowanie do całopalenia

Vernichtung von lebensunwertem Leben - eliminacja życia niewartego życia. To przesłanie kierowało tymi, którzy stworzyli plan akcji T4. Akcja ta była pierwszym masowanym mordem dokonanym przez III Rzeszę. A na czym polegała? Czyje życie jest niewarte życia? 

Chorzy psychicznie, schizofrenicy, epileptycy, osoby niepoczytalne, osoby z wrodzonymi wadami rozwojowymi - to właśnie oni według naukowców, posiłkujących się eugeniką, bardzo modną na początku XX wieku, byli tymi, którzy są życia niewarci. Oni nie pójdą walczyć, nie pójdą pracować, a wymagają opieki, jedzenia i czasu. Po co więc idealnemu państwu tacy? Po co te zepsute geny mają być przekazywane dalej i niszczyć higienę państwa?

W Sopocie przy powstał więc plan akcji T4, realizowanej w latach 1939-1944. Na początku, jeszcze przed wojną, osoby chore były przymusowo sterylizowane. Aż w lutym 1939 roku niejaki herr Knauer poprosił Adolfa Hitlera o łaskę śmierci dla jego syna, który urodził się z niedorozwojem. 

Anna Dziewit-Meller napisała powieść, która nawiązuje do tej historii. Góra Tajget osadzona jest na Śląsku, opowiada historię pewnej rodziny. Najpierw poznajemy Sebastiana, któremu właśnie rodzi się córeczka, a w nim rodzi się niepokój i strach o nią, który go już nigdy nie opuści. Sebastian przypadkowo dowiaduje się, że w jego mieście, podczas drugiej wojny światowej, zginęło dwieście dzieci w ramach akcji T4. Sebastian nigdy o tym nie słyszał i dziwi się, że tak jest. Sebastian ma żonę Karolinę, teścia Ryszarda, ciotkę ze strony żony - Zefkę i oni wszyscy będą bohaterami książki. A także pewna Gertruda i Adik. 

Muszę przyznać, że pierwsza część, czyli rozdział o Sebastianie, trochę mnie zmęczył. Musiało trochę minąć, zanim się przekonałam do narracji i stylu autorki. Zupełnie zaś nie przeszkadzały mi dialogi prowadzone po śląsku, bo to też mój język, ale coś mnie gryzło. Natomiast później z przejęciem czytałam o losach bohaterów. 

Najbardziej przejmujące są historie Zefki i Ryszarda, bo to oni na własnej skórze poczuli, czym jest wojna, chociaż żadne z nich nie walczyło z bronią, byli w zasadzie dziećmi, a po tych strasznych wydarzeniach żadne z nich nie mówi o tym bliskim, żyją dniem codziennym, nie skarżą się. 

Bliska jest mi ta powieść i ze względu na Śląsk, i ze względu na to, że tak naprawdę do końca nie wiem, co przeżyli moi bliscy podczas II wojny światowej. Znam tylko strzępy historii, opowieści opowiadane tylko dorosłym, kiedy byłam mała i nie rozumiałam, a teraz już tylko znam opowieści o opowieściach tych, którzy coś słyszeli od starszych i mojej przyjaciółki, która potrafi rozmawiać ze starszymi i wyciągać od nich te straszne historie. 

Bo w Górze Tajget jest mowa nie tylko o akcji T4, ale o tym, jak trudno jednoznacznie określić, kim się jest, o "wyzwoleniu" Armii Czerwonej. 

Czytelnikom ze Śląska dopowiadam, że 20 kwietnia w Filii nr 14 Biblioteki Publicznej w Katowicach odbędzie się spotkanie z autorką.

wtorek, 8 marca 2016

Kobiece

Z okazji dnia kobiet krótkie poszukiwanie pierwiastka kobiecego w literaturze. I wbrew powszechnej opinii, wcale nie wydaje mi się, że jest to temat aż tak oczywisty. Wiadomo, że postaci kobiece pojawiają się niemal zawsze, ale czy są to postaci z krwi i kości? 

Nie czytam tzw. literatury kobiecej zazwyczaj, więc odpada mi cała masa wszelakich bohaterek opisanych zazwyczaj przez kobiety. Czytałam Dziennik Bridget Jones, ale dalej już nie dałam rady. I muszę ze smutkiem stwierdzić, że nie lubię takich bohaterek, w ogóle do mnie nie przemawiają, a lektura tej pozycji wprawiła mnie raczej w zasmucenie niż rozbawienie. 

 zdjęcie ze strony dailymail.co.uk

Moją ulubioną bohaterką w literaturze jest Scarlett O'Hara. Jest rozpieszczona, jest egoistką, ma fatalny gust, ale jej siła w dążeniu do celu (jakikolwiek by nie był) jest warta uwagi. Daleko jej do nieskazitelnych postaci i słabych istotek zdominowanych przez mężczyzn. Czytając Przeminęło z wiatrem naprawdę jej kibicuję, chociaż nigdy w życiu nie chciałabym jej spotkać w realnym świecie. 

zdjęcie pochodzi ze strony fanpop.pl

To jeszcze o klasyce - Lizzy Bennet. To kolejna z moich ulubionych bohaterek powieści. Niepokorna, mająca własne zdanie w czasach, kiedy naprawdę nie wypadało go mieć (wiem, że Downton Abbey to już późniejsze czasy, ale znamienne jest zdanie wypowiadane przez Violet do Mary,na zdanie Mary, że jej siostra, Sybil, może mieć własne zdanie: "Nie, dopóki nie wyjdzie za mąż. Wtedy to jej mąż powie, jakie ma mieć zdanie" (pisane z pamięci, więc wybaczcie ewentualne drobne pomyłki). A taka Lizzy, już tyle lat wcześnie, nie tylko potrafiła postawić się matce (zamążpójście), ale i hrabinie (znowuż zamążpójście), a nawet ukochanemu (również zamążpójście, bo ja wiecie, powieść zaczyna się od stwierdzenia, że mężczyzna musi znaleźć sobie dobrą żonę, a rodzice pięciu córek nie marzą o niczym innym, jak o pozbyciu się balastu w ich postaci). 

zdjęcie pochodzi ze strony: bbc.co.uk

 
Przejdźmy do pozycji nowszych i nie tak oczywistych. Kolejną żeńską postacią literacką, którą bardzo lubię i jej kibicuję (a to może skończyć się źle) to Arya Stark - córka Neda Starka (ostatniego wśród sprawiedliwych) z cyklu Pieśń Lodu i Ognia George'a R.R. Martina. Arya miała pod górkę od początku, bo ani nie jest ładna (ksywa koński pysk chyba nikogo nie wprawia w dobry nastrój), ani tak utalentowana jak siostra (oczywiście w tych wszystkich dziewczyńskich umiejętnościach), w dodatku jej marzenia nie mają raczej szansy się ziścić (dama rycerzem nie zostanie), ale jej bliscy przynajmniej próbują jej to jakoś wynagrodzić - przyrodni brat ofiarowuje jej Igłę, a ojciec organizuje lekcje tańca z Syrio Floresem. I mogło być nawet całkiem dobrze, ale sprawy się nieco komplikują, kiedy jej ojciec zostaje oskarżony o zdradę, a ona musi uciekać ze stolicy w przebraniu chłopca. I nagle okazuje się, że musi walczyć, zabijać. Pragnie zemsty, jest pełna nienawiści, która niestety ją oślepia (niemal dosłownie). Bardzo jestem ciekawa, jak skończy się jej historia. 

zdjęcie pochodzi ze strony: hbo.com

I już ostatnia bohaterka, zupełnie niepasująca do mojego klucza silnych kobiet, które potrafią walczyć o siebie - Adriana, główna bohaterka Rzymianki Alberto Moravii. Czytałam tę książkę bardzo dawno temu, ale pamiętam, jak denerwowała mnie ta dziewczyna. Głupiutka i bezwolna, uosabiająca dokładnie to, czego u kobiet nienawidzę, ale Moravia pokazał mechanizm tworzenia się tego typu kobiet, pokazał świat, w którym kobieta nic nie znaczy. 

A na koniec, jeden z moich ukochanych wierszy Juliana Tuwima Kobiece:

 Z rzeki szła wczesna. Kochała.
Chyliła szczęśliwą głowę.
Pachniała porankiem ciała,
Mydłem migdałowem.

Ciału był wieczór w rzece,
Zielony i nimfowy,
Tylko głowie w białej spiece
Nad wodą był żar miodowy.

Teraz niosła kobiece
Znużenie zakochane,
Żeńskie pełne owoce,
W toni wodnie widziane.

Niosła wiecznie kobiece
Ścieżką brzózek i cienia.
W zaroślach waliło serce
Tajnego zapatrzenia.

Pod surowym jedwabiem
Mdlały biodra brzozowe,
Ślizgało się po niej serce
Mydłem migdałowem.
 

sobota, 5 marca 2016

Nie wszystko złoto...

Lubicie gruuube książki? Ja uwielbiam! Ale, odkąd mam czytnik, coraz częściej czuję ich ciężar (dosłowny, fizyczny) podczas czytania. I powieść Wszystko co lśni Eleanor Catton była pierwszą książką świadomie kupioną przeze mnie już jakiś czas temu w formie e-booka. Dodam więc od razu, że wygoda przy przy czytaniu tego tomiszcza była niesamowita. 

Ale wracając do książki, przyznam się od razu, że zaczynałam ją dwa razy. Za pierwszym razem jakoś było nam nie po drodze. Coś mi nie pasowało i nie do końca mogłam powiedzieć, co właściwie. Na moim profilu na portalu Lubimy Czytać pozycja ta "wisiała" chyba 1,5 roku w zakładce "Teraz czytam" chociaż nie było to prawdą, bo po prostu porzuciłam ją po kilkunastu już stronach. Jednak postanowiłam dać jej drugą szansę niedawno. Po przeczytaniu kilku kryminałów Agathy Christie z rzędu, zapragnęłam czegoś zupełnie innego. Postanowiłam raz jeszcze zmierzyć się z książką, która otrzymała Bookera w roku 2013. 

I bardzo mnie wciągnęło! 


Do palarni dość podrzędnego właściwie hotelu w Hokitika wchodzi zmęczony podróżą młody człowiek, który porzucił swoje dotychczasowe życie, aby stać się poszukiwaczem złota. Bo właśnie w Nowej Zelandii trwa w najlepsze gorączka złota. Ten młody człowiek to Szkot - Walter Moody. I niemal od razu czuje, że coś w tej palarni nie gra. Dwunastu mężczyzn zajmuje się jakimiś niewinnymi czynnościami, tak niewinnymi, że od razu jest to podejrzane. Dopiero po chwili Moody'ego zagaduje pewien mężczyzna, poczciwy, acz wścibski od początku i próbuje dowiedzieć się od przybysza, co skłoniło go do poszukiwania złota na drugim krańcu świata. Walter Moody nie chce o tym opowiadać, ale sam jest bardzo ciekaw, co właściwie dzieje się w tej palarni, więc zaczyna opowiadać o swoim ojcu, bracie i żonie swojego ojca. A to prowadzi do... Carvera. I tak oto młody człowiek zostaje wtajemniczony przez dwunastu mężczyzn w historię złoczyńcy.

Dodam od razu, że bohaterowie wychodzą z palarni dopiero w połowie książki. 

To, w jaki sposób autorka snuje opowieść jest naprawdę mistrzowskie. Narracja jest wzorowana na mistrzowskiej narracji dziewiętnastowiecznej, bo i sama książka jest napisana z rozmachem złotego wieku powieści. Bohaterowie pojawiają się co rusz, każdy z nich wrzuca do historii swoje trzy grosze, a my, czytelnicy, jesteśmy pewni, że każdy drobiazg jest w tej historii ważny. Ale to nie przytłacza, to wciąga niesamowicie. Kiedy Moody zastanawiał się, co do licha, dzieje się w palarni, to czuło się ciężar i gęstość atmosfery miejsca. Namnożenie się tajemniczych wątków - zniknięcie, odurzenie, śmierć tylko napędza spiralę, a my mkniemy wraz z tym, bądź co bądź, niespiesznym tonem narracji, która często wyraźnie zwalnia i przerzuca nas z wiru wartkiej akcji w zupełnie nową opowieść. 

Bohaterowie są z krwi i kości - każdy z nich ma swoją tajemnicę, każdy popełnia błędy. Poza tymi rysami charakterologicznymi, mamy również podział na narodowości - rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, Brytyjczycy, Chińczycy, a to od razu nasuwa temat kolonializmu. Autorka poruszyła wiele ważnych tematów w tej powieści, bo to nie tylko kryminał, ale i historia miłosna, wykład o pozyskiwaniu złota, czytamy o wątku politycznym za sprawą Alistaira Lauderbacka oraz o mechanizmach władzy w niewielkiej społeczności.

Polecam więc gorąco!

niedziela, 21 lutego 2016

ŚBK: autorzy, którzy poruszają nasze dusze

Czy dzisiaj, kiedy jesteśmy zalewani z każdej strony nowościami, kolejnymi arcydziełami i genialnymi tworami, usiąść na chwilę, przystanąć i poczuć drżenie naszej duszy? Czy potrafimy się zatrzymać na chwilę, delektować się słowem pisanym i pozwolić mu wejść w nas tak, aby choćby przez chwilę coś się w nas zmieniło? 

Trudne pytania, prawda? 

Jestem może mniej wrażliwa niż dekadę lub dwie temu, może już nie płaczę tak często nad książkami, rzadko kto przemawia do mnie tak, że coś we mnie się burzy i buduje na nowo, ale miałam kilka takich chwil w życiu, właśnie nad książkami. 

Kiedy przeczytałam temat ŚBK-ów na notkę tematyczną, to przyszedł mi do głowy od razu jeden pisarz: Fiodor Michajłowicz Dostojewski. 

Pamiętam, jaką krnąbrną byłam licealistką i jakie zażarte dyskusje toczyłam z polonistką - przeciw Żeromskiemu, przeciw czytaniu na czas. I pewnego dnia zapowiedziane zostały trzy lektury: Potop, Lalka i Zbrodnia i kara. I chociaż Lalkę zmęczyłam (zachwyciłam się nią dopiero na studiach), to prawdziwym przeżyciem było dla mnie spotkanie z Rodionem Raskolnikowem. Chłonęłam kolejne strony, kończyłam powieść już w szkole i też na szkolnym korytarzu po prostu się popłakałam (a nie zdarza mi się płakać przy ludziach). Muszę od razu dodać, że poza historią, urzekł mnie przepiękny język i to coś, to coś, co sprawia, że czujemy się lepsi, bo obcujemy z arcydziełem. (Tak, jestem snobką, jeśli chodzi o literaturę i się tego nie wstydzę.)

Do dzisiaj czuję mrowienie, kiedy słyszę nazwisko Raskolnikow, do dzisiaj Rodion odwiedza moje sny.

Kolejną książką Dostojewskiego, którą uważam za najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam, jest Idiota. Historia o człowieku nieskończenie dobrym. Czytałam ją nieśpiesznie, podczas wakacji. Nawet pamiętam, że chętnie siadałam na ławce pod wiśnią w ogrodzie moich rodziców i wgłębiałam się w historię Lwa Myszkina. 

Tak, Dostojewski to pisarz doskonały. On jak nikt potrafi mnie zaczarować, jak nikt obnaża nasze ludzkie zakłamania i ubytki. On jak nikt jest dobry na dylematy moralne. 

W tytule są jednak autorzy. Przyglądając się swoim zwyczajom czytelniczym, obserwując moją historię czytelniczą, muszę wspomnieć jeszcze o kimś.

Rafał Wojaczek. Jego poezja jest taką, którą lubię najbardziej. Jako ta krnąbrna licealistka czułam wręcz, że to pisane jakby do mnie - absolutnie moja poetyka (bo nieśmiało się przyznam, że jako ta krnąbrna licealistka popełniłam kilka "wierszy"), mój język - szorstki, nieuładzony, cierpki. Ale i jednocześnie zachwycała mnie ta wrażliwość w wierszach takich jak Dla ciebie piszę miłość czy Na imieniny Rafała Wojaczka. I na polonistykę poszłam też z myślą, że o poezji Wojaczka chciałabym pisać, zgłębiać i się fascynować (a jakże daleko mnie rzuciło, skoro zajęłam się na licencjacie i magisterce tematyką poezji Hieronima Morsztyna i Wacława Potockiego, nie gardząc Podręcznikiem żołnierza Chrystusowego samego Erazma z Rotterdamu). I chociaż teraz rzadziej sięgam po tomik jego wierszy, to ciągle ta fascynacja trwa, do dzisiaj kołaczą mi się po głowie fragmenty Prośby czy Nigdy nie otwierać okna

I na koniec autorka prawdopodobnie jednej powieści (o ile w ogóle ją napisała, jak twierdzą niektórzy) - Emily Brontë. Wichrowe Wzgórza to dla mnie jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek powstały. Absolutnie urzekające wrzosowiska stają się scenerią historii tyleż typowej, co nieprawdopodobnej. Groza, duchy, uczucia tak silne, że nawet śmierć nie jest ich w stanie powstrzymać - o, tak! To jest tak bardzo "moje", że chyba bardziej nie mogłoby być. I znowu kwestia formalna - narracja w tej powieści urzeka. 



A czy Wasze dusze zostały kiedyś poruszone przez literaturę? 

Zapraszam do odwiedzenia i polubienia strony na Facebooku Śląskich Blogerów Książkowych:

https://www.facebook.com/SlascyBlogerzyKsiazkowi/?fref=ts