niedziela, 21 lutego 2016

ŚBK: autorzy, którzy poruszają nasze dusze

Czy dzisiaj, kiedy jesteśmy zalewani z każdej strony nowościami, kolejnymi arcydziełami i genialnymi tworami, usiąść na chwilę, przystanąć i poczuć drżenie naszej duszy? Czy potrafimy się zatrzymać na chwilę, delektować się słowem pisanym i pozwolić mu wejść w nas tak, aby choćby przez chwilę coś się w nas zmieniło? 

Trudne pytania, prawda? 

Jestem może mniej wrażliwa niż dekadę lub dwie temu, może już nie płaczę tak często nad książkami, rzadko kto przemawia do mnie tak, że coś we mnie się burzy i buduje na nowo, ale miałam kilka takich chwil w życiu, właśnie nad książkami. 

Kiedy przeczytałam temat ŚBK-ów na notkę tematyczną, to przyszedł mi do głowy od razu jeden pisarz: Fiodor Michajłowicz Dostojewski. 

Pamiętam, jaką krnąbrną byłam licealistką i jakie zażarte dyskusje toczyłam z polonistką - przeciw Żeromskiemu, przeciw czytaniu na czas. I pewnego dnia zapowiedziane zostały trzy lektury: Potop, Lalka i Zbrodnia i kara. I chociaż Lalkę zmęczyłam (zachwyciłam się nią dopiero na studiach), to prawdziwym przeżyciem było dla mnie spotkanie z Rodionem Raskolnikowem. Chłonęłam kolejne strony, kończyłam powieść już w szkole i też na szkolnym korytarzu po prostu się popłakałam (a nie zdarza mi się płakać przy ludziach). Muszę od razu dodać, że poza historią, urzekł mnie przepiękny język i to coś, to coś, co sprawia, że czujemy się lepsi, bo obcujemy z arcydziełem. (Tak, jestem snobką, jeśli chodzi o literaturę i się tego nie wstydzę.)

Do dzisiaj czuję mrowienie, kiedy słyszę nazwisko Raskolnikow, do dzisiaj Rodion odwiedza moje sny.

Kolejną książką Dostojewskiego, którą uważam za najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam, jest Idiota. Historia o człowieku nieskończenie dobrym. Czytałam ją nieśpiesznie, podczas wakacji. Nawet pamiętam, że chętnie siadałam na ławce pod wiśnią w ogrodzie moich rodziców i wgłębiałam się w historię Lwa Myszkina. 

Tak, Dostojewski to pisarz doskonały. On jak nikt potrafi mnie zaczarować, jak nikt obnaża nasze ludzkie zakłamania i ubytki. On jak nikt jest dobry na dylematy moralne. 

W tytule są jednak autorzy. Przyglądając się swoim zwyczajom czytelniczym, obserwując moją historię czytelniczą, muszę wspomnieć jeszcze o kimś.

Rafał Wojaczek. Jego poezja jest taką, którą lubię najbardziej. Jako ta krnąbrna licealistka czułam wręcz, że to pisane jakby do mnie - absolutnie moja poetyka (bo nieśmiało się przyznam, że jako ta krnąbrna licealistka popełniłam kilka "wierszy"), mój język - szorstki, nieuładzony, cierpki. Ale i jednocześnie zachwycała mnie ta wrażliwość w wierszach takich jak Dla ciebie piszę miłość czy Na imieniny Rafała Wojaczka. I na polonistykę poszłam też z myślą, że o poezji Wojaczka chciałabym pisać, zgłębiać i się fascynować (a jakże daleko mnie rzuciło, skoro zajęłam się na licencjacie i magisterce tematyką poezji Hieronima Morsztyna i Wacława Potockiego, nie gardząc Podręcznikiem żołnierza Chrystusowego samego Erazma z Rotterdamu). I chociaż teraz rzadziej sięgam po tomik jego wierszy, to ciągle ta fascynacja trwa, do dzisiaj kołaczą mi się po głowie fragmenty Prośby czy Nigdy nie otwierać okna

I na koniec autorka prawdopodobnie jednej powieści (o ile w ogóle ją napisała, jak twierdzą niektórzy) - Emily Brontë. Wichrowe Wzgórza to dla mnie jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek powstały. Absolutnie urzekające wrzosowiska stają się scenerią historii tyleż typowej, co nieprawdopodobnej. Groza, duchy, uczucia tak silne, że nawet śmierć nie jest ich w stanie powstrzymać - o, tak! To jest tak bardzo "moje", że chyba bardziej nie mogłoby być. I znowu kwestia formalna - narracja w tej powieści urzeka. 



A czy Wasze dusze zostały kiedyś poruszone przez literaturę? 

Zapraszam do odwiedzenia i polubienia strony na Facebooku Śląskich Blogerów Książkowych:

https://www.facebook.com/SlascyBlogerzyKsiazkowi/?fref=ts

czwartek, 18 lutego 2016

Historia miejsca, historia rodziny

Jakiś czas temu zakupiłam przy jednym ze zbiorowych zamówień z księgarni internetowej książkę Cezarego Łazarewicza Sześć pięter luksusu. Przerwana historia domu braci Jabłkowskich. Kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać i książka trafiła na stosik lektur do przeczytania. I tkwiła tam dość długo, aż wczoraj wiedziona impulsem nie sięgnęłam po nią popołudniem, aby do kakao poczytać coś przyjemnego. 

Naprawdę nie spodziewałam się, że jest to aż tak dobra książka. Reportaż Cezarego Łazarewicza podzielony jest na rozdziały - piętra. Zaczyna od krótkiego wstępu, który od razu zaciekawia, a czytelnik czuje dreszczy emocji dowiadując się, że do kamienic na Brackiej 25 nie można wejść bez wyraźnego zaproszenia i powodu. Autor musiał uciec się do kłamstwa, żeby móc przekroczyć próg domu braci Jabłkowskich. 

Cóż, nazywam ten budynek domem braci Jałbkowskich, a niestety historia tak namieszała, że kończąc pisać reportaż autor ciągle nie wiedział, kiedy budynek trafi w ręce prawowitych właścicieli, którzy w pocie czoła, z miłością i oddaniem zaczęli budować dom towarowy w roku 1913. Sami przyznacie, że moment wybrali dość kiepski, ale dom towarowy przetrwał I wojnę światową, krachy na giełdzie, załamania rynkowe, ba, nawet II wojnę światową, ale nie przetrwał komunizmu. 

Książka nie jest tylko o budynku, to przede wszystkim historia rodziny. Historia niezwykła, niemal jak ucieleśnienie amerykańskiego snu, tyle, że początek ma w XIX wieku na terenach polskich. Senior rodu traci wszystko, przestaje być ziemianinem i zatrudnia się w Warszawie, aby móc utrzymać rodzinę. Z racji tego, że jest pracowity i inteligentny staje niejako na nogi, spłaca długi, a swoje dzieci kieruje tak, aby miały w ręku fach. Jabłkowski junior więc zostaje wysłany do Łodzi, gdzie ma się uczyć fachu tkaczego. I czyni to, ale i szybko awansuje. 


Ale żyłkę handlową ma jednak siostra Aniela, która w niepozornym mieszkaniu, bez wystawy sklepowej, a tylko w jednym pokoiku trudni się handlem drobiazgów, które w całości mieszczą się w komodzie z trzema szufladami. Ta komoda staje się symbolem, później, w każdym biurze domu towarowego będzie wisiało zdjęcie tejże komody na znak, że od niej wszystko się zaczęło. 

Anieli nie idzie zbyt dobrze, wtedy z pomocą przychodzi Jabłkowski junior, inwestuje w sklepik siostry, przenosi go w odpowiednie miejsce i tak się wszystko zaczyna.

Autor porównuje ceny, zarobki oraz prestiż społeczny (czy też jego brak, jeśli chodzi o handlowców) do najbardziej znanej powieści pozytywistycznej Lalki Bolesława Prusa. Dzięki temu, mając w pamięci bogactwo Wokulskiego, możemy się odnieść do realnych zysków sklepu i inwestycji Jabłkowskich. 

Kiedy sklep się rozrasta rodzina postanawia wybudować dom towarowy. Taki nasz polski Harrods. I to im się udaje, w ciągu praktycznie półtorej roku powstaje na Brackiej 25 sześciopiętrowy budynek, który zachwyca witrażem i ma być symbolem luksusu, a jednocześnie ceny mają być przystępne. 

Filozofia prowadzenia interesu wyprzedza swoje czasy i mam wrażenie, że nawet dzisiaj nie ma uznania. Właściciele wydają biuletyn, w którym instruują jaki powinien być idealny sprzedawca, mówią, że jest on tak samo ważny jak właściciel, wysyłają pracowników na odpoczynek do Wisły. Wzorem jest dla nich Ford.

Czytając przechadzamy się po kolejnych piętrach, niemal dotykamy tkanin i galanterii. Czujemy oddechy tłumów przechadzających się po stoiskach i widzimy uśmiechy ekspedientek. 

Ale, jak wskazuje tytuł, historia zostaje przerwana. I to brutalnie, bezsensownie. A konsekwencje trwają do dzisiaj. 

Reportaż Łazarewicza jest w sam raz na jedno popołudnie, wciąga niesamowicie. Zawiera też dużo zdjęć, ale tutaj mam zastrzeżenie. Bardzo nie lubię, kiedy podpisy do zdjęć znajdują się z tyłu książki, zazwyczaj fotografie wtedy omijam, żeby nie kartkować i niestety zazwyczaj zapominam wrócić do wszystkich, które mnie zainteresowały. 

Niemniej, polecam gorąco!

poniedziałek, 15 lutego 2016

Chłopiec i tajemnica

Z czym Wam się kojarzą te dwa pojęcia? Dorastający chłopiec i mroczna tajemnica? Mnie, może nie od razu, ale pewnie przyszedłby na myśl Carlos Ruiz Zafón i jego Cień wiatru

Młodzieniec postanawia odkryć tajemnicę mrocznej postaci i albumu ze zdjęciami "wybryków natury", przy okazji doświadczając pierwszego, niewinnego uczucia. To akurat Marina - książka przełomowa w życiu autora, bo zaczyna w niej odchodzić (co nie znaczy, że zupełnie odchodzi) od pisania dla młodzieży, a skłania się ku dorosłemu czytelnikowi. Nie da się ukryć, że ja już jestem dorosłym czytelnikiem, ale nie stronię od literatury młodzieżowej, więc postanowiłam wgłębić się w Marinę w szarawy niedzielny dzień. 



Tytułowa Marina to piękna dziewczyna, która nasz główny bohater, Óskar, spotyka w jej tajemniczym domu. Zakochuje się od pierwszego wejrzenia w jej szare oczy, a ona, niezwykle dojrzała na swój wiek, zauważa, że chłopca interesują tajemnice. Marina postanawia więc podzielić się z Óskarem historią czarnej damy, która w ostatnią niedzielę miesiąca udaje się na cmentarz, aby złożyć różę na bezimiennym grobie. Oczywiście, haczyk zostaje połknięty, a nasz bohater przepada - dosłownie z internatu, przepada w uczuciu do nowo poznanej dziewczyny i przepada w brnięciu do odkrycia tajemnicy bezimiennego grobu z symbolem czarnego motyla. 

W tle pojawia się również historia miłości rodziców Mariny, pełna bólu i wzniosłych uczuć, jak to u Zafóna. No i przede wszystkim historia, na poły miłosna, na poły straszna domniemanej zawartości grobu z czarnym motylem. 

Jest mrocznie, jest tajemniczo, jest brudno i pięknie - jak to u katalońskiego pisarza. Czuć, że w tej estetyce czuje się dobrze i wprawia się do napisania cyklu o cmentarzu zapomnianych książek, rozbudowując w trylogii tajemnice do granic wytrzymałości. 

Historia jednak przestaje być straszna w momencie, kiedy przestaję w nią wierzyć, kiedy straszydła, pająki, czarne motyle, podziemia, rudery i kanały są w takim zagęszczeniu, że aż robi się trochę groteskowo. Dobrnęłam jednak bez trudu do końca, bo absolutnym plusem jest język Zafóna - plastyczny, lekki i swobodny. Akurat u niego nie czuję fałszywych tonów i smakuje mi ten styl znakomicie. 

I pomyślałam, że byłabym książką zachwycona, jeśli miałabym na przykład piętnaście lat... Szkoda, to se nevrati, ale Marinę pozostawiam na półce z napisem: Przeczytane. I w gruncie rzeczy nie żałuję.