poniedziałek, 15 lutego 2016

Chłopiec i tajemnica

Z czym Wam się kojarzą te dwa pojęcia? Dorastający chłopiec i mroczna tajemnica? Mnie, może nie od razu, ale pewnie przyszedłby na myśl Carlos Ruiz Zafón i jego Cień wiatru

Młodzieniec postanawia odkryć tajemnicę mrocznej postaci i albumu ze zdjęciami "wybryków natury", przy okazji doświadczając pierwszego, niewinnego uczucia. To akurat Marina - książka przełomowa w życiu autora, bo zaczyna w niej odchodzić (co nie znaczy, że zupełnie odchodzi) od pisania dla młodzieży, a skłania się ku dorosłemu czytelnikowi. Nie da się ukryć, że ja już jestem dorosłym czytelnikiem, ale nie stronię od literatury młodzieżowej, więc postanowiłam wgłębić się w Marinę w szarawy niedzielny dzień. 



Tytułowa Marina to piękna dziewczyna, która nasz główny bohater, Óskar, spotyka w jej tajemniczym domu. Zakochuje się od pierwszego wejrzenia w jej szare oczy, a ona, niezwykle dojrzała na swój wiek, zauważa, że chłopca interesują tajemnice. Marina postanawia więc podzielić się z Óskarem historią czarnej damy, która w ostatnią niedzielę miesiąca udaje się na cmentarz, aby złożyć różę na bezimiennym grobie. Oczywiście, haczyk zostaje połknięty, a nasz bohater przepada - dosłownie z internatu, przepada w uczuciu do nowo poznanej dziewczyny i przepada w brnięciu do odkrycia tajemnicy bezimiennego grobu z symbolem czarnego motyla. 

W tle pojawia się również historia miłości rodziców Mariny, pełna bólu i wzniosłych uczuć, jak to u Zafóna. No i przede wszystkim historia, na poły miłosna, na poły straszna domniemanej zawartości grobu z czarnym motylem. 

Jest mrocznie, jest tajemniczo, jest brudno i pięknie - jak to u katalońskiego pisarza. Czuć, że w tej estetyce czuje się dobrze i wprawia się do napisania cyklu o cmentarzu zapomnianych książek, rozbudowując w trylogii tajemnice do granic wytrzymałości. 

Historia jednak przestaje być straszna w momencie, kiedy przestaję w nią wierzyć, kiedy straszydła, pająki, czarne motyle, podziemia, rudery i kanały są w takim zagęszczeniu, że aż robi się trochę groteskowo. Dobrnęłam jednak bez trudu do końca, bo absolutnym plusem jest język Zafóna - plastyczny, lekki i swobodny. Akurat u niego nie czuję fałszywych tonów i smakuje mi ten styl znakomicie. 

I pomyślałam, że byłabym książką zachwycona, jeśli miałabym na przykład piętnaście lat... Szkoda, to se nevrati, ale Marinę pozostawiam na półce z napisem: Przeczytane. I w gruncie rzeczy nie żałuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz