poniedziałek, 21 marca 2016

ŚBKowe przykurzątka, czyli książkowe wyrzuty sumienia

Nazywam się Zuza i kupuję książki. A potem one zakurzone, ściśnięte na regale czekają cierpliwie na swoją kolej i nie skarżą się, kiedy obok nich pojawiają się nowe. Ostatnio coraz więcej takich nieczytanych pojawiło się na czytniku, bo kupowałam w promocji. Spadają gdzieś na którąś podstronę, a kiedy po jakimś czasie przeglądam swoje zasoby, to ze zdziwieniem rejestruję, że nie pamiętałam o tym, że kupiłam akurat taką pozycję. Przy tym zdumieniu od razu pojawia się radość, bo jednak miło przypomnieć sobie, że jednak mam coś, co bardzo chcę przeczytać. Kiedyś.

Czy też tak macie? 

Problem polega na tym, że ja nie odczuwam wyrzutów sumienia. Uważam, że na każdą z tych książek przyjdzie czas. Nie czytam, bo muszę (już nie czytam, bo muszę, na szczęście skończyłam studia, a ewentualne lektury w tym momencie są niedługie), ale czytam, bo mam ochotę. Nie zmuszam się za wszelką cenę, bo akurat teraz wypada kolej na taki a nie inny tytuł. Czasami coś zaczynam, ale kończę po kilku miesiącach, bo jednak nie był to czas na taką książkę (tak było na przykład z Wszystko, co lśni Eleanor Catton - książka podobała mi się naprawdę bardzo, ale jednak na początku nie mogłam pójść dalej). 

Moim sumieniem jest mój mąż. Ale pomińmy to milczeniem, również z tego powodu, że na czytniku czekają trzy książki tylko dla niego (King, Dukaj i McCarthy), a jakoś się za nie nie zabiera.

Co więc czeka na zabranie z półki (również wirtualnej)?

1. Beksińscy Magdaleny Grzebałkowskiej - słyszałam o niej, czytałam bardzo dobre opinie, ale kupić postanowiłam po lekturze innego reportażu autorki - 1945. Wojna i pokój.

2. Ostatnie części Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery - obiecuję sobie od lat (i od kiedy mam już wszystkie części, niestety z różnych wydań, w tym mój skarb - Anię z Avonlea, którą dostałam od ukochanej prababci z jej dedykacją), że przeczytam wszystkie po kolei. Ale czekam na chwilę oddechu, może w te wakacje?

3. Panie z Cranford Elizabeth Gaskell - kupiłam, bo nigdy nie czytałam, a uwielbiam klasykę, a wydanie ze Świata Książki Angielski Ogród jest naprawdę zachęcające. I chcę przeczytać, ale jakoś ciągle czeka na swoją kolej. Mam taką koleżankę, która, co spotkanie, pyta, czy już w końcu przeczytałam. 

4. Biografia Katarzyny Wielkiej Andrusiewicza. Nawet nie pamiętam, kiedy znalazła się na mojej półce. I czeka.

5. Laska nebeska Mariusza Szczygła - zawsze miałam ochotę przeczytać reportaże pana Szczygła, ale jakoś dziwnym trafem nigdy nie było nam po drodze.

6. Ziemia obiecana Władysława Reymonta - do Reymonta trzeba dorosnąć, tak to sobie tłumaczę...

7. Dwie powieści Mo Yana, kupione, bo to przecie noblista i promocja w empiku zrobiła swoje. Niestety kompletnie nie wiem, czego się spodziewać, ale kiedyś sięgnę.

8. Antologia polskiego reportażu XX wieku - będę czytała po jednym, ale jeszcze klucza nie znalazłam.

9. Germinal Emila Zoli - przyniesiona z którejś wymiany książkowej organizowanej przez ŚBK, zawsze przeczytać chciałam, więc pierwszy krok uczyniony - na półce leży i w każdym momencie mogę sięgnąć.

10. Wilk Hłaski i Uległość Helbecque'a - w jednym punkcie, bo kupione razem w którejś z promocji w znanej sieci dyskontowej.

11. Pokój na Itace Sandora Maraia - wygrzebana w Taniej Książce w Krakowie na Grodzkiej z serii Nike. Malutka książeczka w intensywnie niebieskiej okładce. Mam też drugą, tej samej wielkości z różową okładką - Pokrzepiciel Maraia - czytałam ją, korzystając z miejskiej komunikacji, bo niewielkie gabaryty świetnie nadawały się do torebki, a lubię w autobusach czy tramwaju czytać rzeczy wymagające, najlepiej mi się wtedy skupia (co jest raczej dziwne, bo zazwyczaj jest zgoła inaczej). Pokój na Itace był chyba kolejny do torebki, ale zaczęłam niestety jeździć do pracy autem (to wygoda, ciepło i szybko, ale nie da się czytać...).

12. Mistrz z Petersburga Johna Maxwella Coetzee - kupiona zaraz po mojej lekturze Dzieciństwa Jezusa, ale jeszcze nieprzeczytana.

13. Wieloryby i ćmy Szczepana Twardocha oraz Dziennik zimowy Paula Austera - na dzienniki też trzeba mieć nastrój, stoją obok siebie na półce i czekają.

14. Popioły Stefana Żeromskiego - kiedy już będę starsza to pewnie po to sięgnę. Swoje wydanie odziedziczyłam po dziadku.

Jest jeszcze kilka pozycji, ale nie wszystkie mam przed oczami (regał na dwa rzędy książek to zło), część z pamięci wyrzuciłam, ale, kiedy odnajdę, to jakaż będzie radość!

A Wy? Macie takie "wyrzuty" sumienia?


Zachęcam do odwiedzenia profilu Śląskich Blogerów Książkowych:

https://www.facebook.com/SlascyBlogerzyKsiazkowi/?fref=ts



niedziela, 13 marca 2016

Przygotowanie do całopalenia

Vernichtung von lebensunwertem Leben - eliminacja życia niewartego życia. To przesłanie kierowało tymi, którzy stworzyli plan akcji T4. Akcja ta była pierwszym masowanym mordem dokonanym przez III Rzeszę. A na czym polegała? Czyje życie jest niewarte życia? 

Chorzy psychicznie, schizofrenicy, epileptycy, osoby niepoczytalne, osoby z wrodzonymi wadami rozwojowymi - to właśnie oni według naukowców, posiłkujących się eugeniką, bardzo modną na początku XX wieku, byli tymi, którzy są życia niewarci. Oni nie pójdą walczyć, nie pójdą pracować, a wymagają opieki, jedzenia i czasu. Po co więc idealnemu państwu tacy? Po co te zepsute geny mają być przekazywane dalej i niszczyć higienę państwa?

W Sopocie przy powstał więc plan akcji T4, realizowanej w latach 1939-1944. Na początku, jeszcze przed wojną, osoby chore były przymusowo sterylizowane. Aż w lutym 1939 roku niejaki herr Knauer poprosił Adolfa Hitlera o łaskę śmierci dla jego syna, który urodził się z niedorozwojem. 

Anna Dziewit-Meller napisała powieść, która nawiązuje do tej historii. Góra Tajget osadzona jest na Śląsku, opowiada historię pewnej rodziny. Najpierw poznajemy Sebastiana, któremu właśnie rodzi się córeczka, a w nim rodzi się niepokój i strach o nią, który go już nigdy nie opuści. Sebastian przypadkowo dowiaduje się, że w jego mieście, podczas drugiej wojny światowej, zginęło dwieście dzieci w ramach akcji T4. Sebastian nigdy o tym nie słyszał i dziwi się, że tak jest. Sebastian ma żonę Karolinę, teścia Ryszarda, ciotkę ze strony żony - Zefkę i oni wszyscy będą bohaterami książki. A także pewna Gertruda i Adik. 

Muszę przyznać, że pierwsza część, czyli rozdział o Sebastianie, trochę mnie zmęczył. Musiało trochę minąć, zanim się przekonałam do narracji i stylu autorki. Zupełnie zaś nie przeszkadzały mi dialogi prowadzone po śląsku, bo to też mój język, ale coś mnie gryzło. Natomiast później z przejęciem czytałam o losach bohaterów. 

Najbardziej przejmujące są historie Zefki i Ryszarda, bo to oni na własnej skórze poczuli, czym jest wojna, chociaż żadne z nich nie walczyło z bronią, byli w zasadzie dziećmi, a po tych strasznych wydarzeniach żadne z nich nie mówi o tym bliskim, żyją dniem codziennym, nie skarżą się. 

Bliska jest mi ta powieść i ze względu na Śląsk, i ze względu na to, że tak naprawdę do końca nie wiem, co przeżyli moi bliscy podczas II wojny światowej. Znam tylko strzępy historii, opowieści opowiadane tylko dorosłym, kiedy byłam mała i nie rozumiałam, a teraz już tylko znam opowieści o opowieściach tych, którzy coś słyszeli od starszych i mojej przyjaciółki, która potrafi rozmawiać ze starszymi i wyciągać od nich te straszne historie. 

Bo w Górze Tajget jest mowa nie tylko o akcji T4, ale o tym, jak trudno jednoznacznie określić, kim się jest, o "wyzwoleniu" Armii Czerwonej. 

Czytelnikom ze Śląska dopowiadam, że 20 kwietnia w Filii nr 14 Biblioteki Publicznej w Katowicach odbędzie się spotkanie z autorką.

wtorek, 8 marca 2016

Kobiece

Z okazji dnia kobiet krótkie poszukiwanie pierwiastka kobiecego w literaturze. I wbrew powszechnej opinii, wcale nie wydaje mi się, że jest to temat aż tak oczywisty. Wiadomo, że postaci kobiece pojawiają się niemal zawsze, ale czy są to postaci z krwi i kości? 

Nie czytam tzw. literatury kobiecej zazwyczaj, więc odpada mi cała masa wszelakich bohaterek opisanych zazwyczaj przez kobiety. Czytałam Dziennik Bridget Jones, ale dalej już nie dałam rady. I muszę ze smutkiem stwierdzić, że nie lubię takich bohaterek, w ogóle do mnie nie przemawiają, a lektura tej pozycji wprawiła mnie raczej w zasmucenie niż rozbawienie. 

 zdjęcie ze strony dailymail.co.uk

Moją ulubioną bohaterką w literaturze jest Scarlett O'Hara. Jest rozpieszczona, jest egoistką, ma fatalny gust, ale jej siła w dążeniu do celu (jakikolwiek by nie był) jest warta uwagi. Daleko jej do nieskazitelnych postaci i słabych istotek zdominowanych przez mężczyzn. Czytając Przeminęło z wiatrem naprawdę jej kibicuję, chociaż nigdy w życiu nie chciałabym jej spotkać w realnym świecie. 

zdjęcie pochodzi ze strony fanpop.pl

To jeszcze o klasyce - Lizzy Bennet. To kolejna z moich ulubionych bohaterek powieści. Niepokorna, mająca własne zdanie w czasach, kiedy naprawdę nie wypadało go mieć (wiem, że Downton Abbey to już późniejsze czasy, ale znamienne jest zdanie wypowiadane przez Violet do Mary,na zdanie Mary, że jej siostra, Sybil, może mieć własne zdanie: "Nie, dopóki nie wyjdzie za mąż. Wtedy to jej mąż powie, jakie ma mieć zdanie" (pisane z pamięci, więc wybaczcie ewentualne drobne pomyłki). A taka Lizzy, już tyle lat wcześnie, nie tylko potrafiła postawić się matce (zamążpójście), ale i hrabinie (znowuż zamążpójście), a nawet ukochanemu (również zamążpójście, bo ja wiecie, powieść zaczyna się od stwierdzenia, że mężczyzna musi znaleźć sobie dobrą żonę, a rodzice pięciu córek nie marzą o niczym innym, jak o pozbyciu się balastu w ich postaci). 

zdjęcie pochodzi ze strony: bbc.co.uk

 
Przejdźmy do pozycji nowszych i nie tak oczywistych. Kolejną żeńską postacią literacką, którą bardzo lubię i jej kibicuję (a to może skończyć się źle) to Arya Stark - córka Neda Starka (ostatniego wśród sprawiedliwych) z cyklu Pieśń Lodu i Ognia George'a R.R. Martina. Arya miała pod górkę od początku, bo ani nie jest ładna (ksywa koński pysk chyba nikogo nie wprawia w dobry nastrój), ani tak utalentowana jak siostra (oczywiście w tych wszystkich dziewczyńskich umiejętnościach), w dodatku jej marzenia nie mają raczej szansy się ziścić (dama rycerzem nie zostanie), ale jej bliscy przynajmniej próbują jej to jakoś wynagrodzić - przyrodni brat ofiarowuje jej Igłę, a ojciec organizuje lekcje tańca z Syrio Floresem. I mogło być nawet całkiem dobrze, ale sprawy się nieco komplikują, kiedy jej ojciec zostaje oskarżony o zdradę, a ona musi uciekać ze stolicy w przebraniu chłopca. I nagle okazuje się, że musi walczyć, zabijać. Pragnie zemsty, jest pełna nienawiści, która niestety ją oślepia (niemal dosłownie). Bardzo jestem ciekawa, jak skończy się jej historia. 

zdjęcie pochodzi ze strony: hbo.com

I już ostatnia bohaterka, zupełnie niepasująca do mojego klucza silnych kobiet, które potrafią walczyć o siebie - Adriana, główna bohaterka Rzymianki Alberto Moravii. Czytałam tę książkę bardzo dawno temu, ale pamiętam, jak denerwowała mnie ta dziewczyna. Głupiutka i bezwolna, uosabiająca dokładnie to, czego u kobiet nienawidzę, ale Moravia pokazał mechanizm tworzenia się tego typu kobiet, pokazał świat, w którym kobieta nic nie znaczy. 

A na koniec, jeden z moich ukochanych wierszy Juliana Tuwima Kobiece:

 Z rzeki szła wczesna. Kochała.
Chyliła szczęśliwą głowę.
Pachniała porankiem ciała,
Mydłem migdałowem.

Ciału był wieczór w rzece,
Zielony i nimfowy,
Tylko głowie w białej spiece
Nad wodą był żar miodowy.

Teraz niosła kobiece
Znużenie zakochane,
Żeńskie pełne owoce,
W toni wodnie widziane.

Niosła wiecznie kobiece
Ścieżką brzózek i cienia.
W zaroślach waliło serce
Tajnego zapatrzenia.

Pod surowym jedwabiem
Mdlały biodra brzozowe,
Ślizgało się po niej serce
Mydłem migdałowem.
 

sobota, 5 marca 2016

Nie wszystko złoto...

Lubicie gruuube książki? Ja uwielbiam! Ale, odkąd mam czytnik, coraz częściej czuję ich ciężar (dosłowny, fizyczny) podczas czytania. I powieść Wszystko co lśni Eleanor Catton była pierwszą książką świadomie kupioną przeze mnie już jakiś czas temu w formie e-booka. Dodam więc od razu, że wygoda przy przy czytaniu tego tomiszcza była niesamowita. 

Ale wracając do książki, przyznam się od razu, że zaczynałam ją dwa razy. Za pierwszym razem jakoś było nam nie po drodze. Coś mi nie pasowało i nie do końca mogłam powiedzieć, co właściwie. Na moim profilu na portalu Lubimy Czytać pozycja ta "wisiała" chyba 1,5 roku w zakładce "Teraz czytam" chociaż nie było to prawdą, bo po prostu porzuciłam ją po kilkunastu już stronach. Jednak postanowiłam dać jej drugą szansę niedawno. Po przeczytaniu kilku kryminałów Agathy Christie z rzędu, zapragnęłam czegoś zupełnie innego. Postanowiłam raz jeszcze zmierzyć się z książką, która otrzymała Bookera w roku 2013. 

I bardzo mnie wciągnęło! 


Do palarni dość podrzędnego właściwie hotelu w Hokitika wchodzi zmęczony podróżą młody człowiek, który porzucił swoje dotychczasowe życie, aby stać się poszukiwaczem złota. Bo właśnie w Nowej Zelandii trwa w najlepsze gorączka złota. Ten młody człowiek to Szkot - Walter Moody. I niemal od razu czuje, że coś w tej palarni nie gra. Dwunastu mężczyzn zajmuje się jakimiś niewinnymi czynnościami, tak niewinnymi, że od razu jest to podejrzane. Dopiero po chwili Moody'ego zagaduje pewien mężczyzna, poczciwy, acz wścibski od początku i próbuje dowiedzieć się od przybysza, co skłoniło go do poszukiwania złota na drugim krańcu świata. Walter Moody nie chce o tym opowiadać, ale sam jest bardzo ciekaw, co właściwie dzieje się w tej palarni, więc zaczyna opowiadać o swoim ojcu, bracie i żonie swojego ojca. A to prowadzi do... Carvera. I tak oto młody człowiek zostaje wtajemniczony przez dwunastu mężczyzn w historię złoczyńcy.

Dodam od razu, że bohaterowie wychodzą z palarni dopiero w połowie książki. 

To, w jaki sposób autorka snuje opowieść jest naprawdę mistrzowskie. Narracja jest wzorowana na mistrzowskiej narracji dziewiętnastowiecznej, bo i sama książka jest napisana z rozmachem złotego wieku powieści. Bohaterowie pojawiają się co rusz, każdy z nich wrzuca do historii swoje trzy grosze, a my, czytelnicy, jesteśmy pewni, że każdy drobiazg jest w tej historii ważny. Ale to nie przytłacza, to wciąga niesamowicie. Kiedy Moody zastanawiał się, co do licha, dzieje się w palarni, to czuło się ciężar i gęstość atmosfery miejsca. Namnożenie się tajemniczych wątków - zniknięcie, odurzenie, śmierć tylko napędza spiralę, a my mkniemy wraz z tym, bądź co bądź, niespiesznym tonem narracji, która często wyraźnie zwalnia i przerzuca nas z wiru wartkiej akcji w zupełnie nową opowieść. 

Bohaterowie są z krwi i kości - każdy z nich ma swoją tajemnicę, każdy popełnia błędy. Poza tymi rysami charakterologicznymi, mamy również podział na narodowości - rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, Brytyjczycy, Chińczycy, a to od razu nasuwa temat kolonializmu. Autorka poruszyła wiele ważnych tematów w tej powieści, bo to nie tylko kryminał, ale i historia miłosna, wykład o pozyskiwaniu złota, czytamy o wątku politycznym za sprawą Alistaira Lauderbacka oraz o mechanizmach władzy w niewielkiej społeczności.

Polecam więc gorąco!