niedziela, 3 kwietnia 2016

Lubię książki o dojrzewaniu chłopców

Tak jak w tytule. Zdałam sobie z tego sprawę za sprawą Szczygła Donny Tartt. Nie wiem, co jest w powieściach o dojrzewaniu i inicjacji młodzieńców, ale motyw ten sprawia mi ogromną przyjemność, a im bardziej zawiłe losy bohatera, tym bardziej czuję się ukontentowana. 

Theo Decker to główny bohater powieści, a zarazem jej narrator. Świat widzimy więc z perspektywy chłopca, który jest niby inteligenty, ale nie ma dobrych stopni, niby interesuje się historią, ale raczej nie dąży tą drogą, niby lubi stare rzeczy, ale jednak wszystko mu obojętne. A wszystko zaczyna się przez to, że jako trzynastolatek sprawia kłopoty wychowawcze.

Nowy Jork, Upper West Side - z domu wychodzi główny bohater i jego elegancka mama w białym płaszczyku. Udają się do szkoły chłopca na rozmowę. Z powodu deszczu (i nie całkiem sprawnej parasolki) wchodzą do muzeum, aby przeczekać. 

Następuje jeden z bardziej udanych fragmentów książki - matka, która niegdyś studiowała sztukę, opowiada synowi o mistrzach holenderskich. I opowiada o swoim ulubionym obrazie, o Szczygle Carela Fabritiusa namalowanym w 1654 roku. (Pamiętacie scenę w głupkowatym filmie o Jasiu Fasoli, który, jako krytyk sztuki, opowiada o obrazie, że jest mały? Tutaj też musiałabym wspomnieć, że obraz ten jest niewielki - 33,5 cm x 22,8 cm -  i to jest dla fabuły niezwykle ważne.) 

W muzeum Theo zauważa jeszcze kogoś - starszego pana z dziewczyną, która robi na nim niezwykłe wrażenie. To za nią idzie w newralgicznym momencie i to ta fascynacja ratuje mu życie. W muzeum wybucha bomba. Theo wychodzi z ataku cały i zdrowy. W gruzach odbywa rozmowę ze starszym panem, który był z dziewczyną. Ten w ostatnich słowach każe mu zabrać jego rodowy pierścień i Szczygła

Tak zaczyna się książka Donny Tartt. To moje pierwsze spotkanie z pisarką, która sama w sobie jest niezwykle interesującą osobą (mam na myśli jej wygląd, bardzo charakterystyczny i niezmienny), a wydaje raz na dekadę. Pochodząca z Południa autorka debiutowała w 1992 roku powieścią Tajemna historia. W 2002 został wydany Mały przyjaciel, a w 2013 Szczygieł. Ostatnia powieść podzieliła krytyków do tego stopnia, że jedni zachwyceni przyznali powieści Nagrodę Pullitzera, inni uważają książkę za wygraną pop-kultury, która pretenduje do kultury wysokiej. 




Nie znam poprzednich powieści (ale nadrobię), co mogę powiedzieć o Szczygle? Po pierwsze, nie można odmówić autorce zdolności do prowadzenia narracji. Opowiadana historia przypomina dziewiętnastowieczną narrację, wciągającą i najzwyczajniej dobrą. Chociaż niektóre stylistyczne potyczki trochę odrzucają i wybrzmiewają trochę nierzeczywiście w ustach chłopca, to i styl mi odpowiadał. Sama historia jest wciągająca głównie przez głównego bohatera - jak wspomniałam już, bardzo lubię razem w młodym człowiekiem przechodzić przez jego drogę ku dojrzałości i denerwować się na jego głupie decyzje. Bohater zdaje sobie sprawę, że wszystkie wydarzenia są skutkiem jego złych wyborów, ale ma gdzieś w środku usprawiedliwienie - wydarzenie, które zdeterminowało jego dojrzewanie - śmierć matki. Jest kimś, kto potrafi się wpasować na pozór w każde środowisko: śmietanka towarzyska Nowego Jorku, narkomani w Las Vegas, cichy świat starych mebli w domu staruszka; jednak jest zawsze z boku, obserwuje, postępuje tak, jak oczekują tego inni, ale nic go nie pochłania całkowicie. 

Tartt w dość udany sposób łączy kulturę popularną ze światem sztuki - nie tylko malarze holenderscy, ale i pojawia się Proust, Dostojewski, antyki... I przez to, że miesza sentymentalizm w postaci miłości do staroci (jakże mi bliskiej), wspomnień o najbliższej osobie, podkreślenie samotności głównego bohatera i szczyptę sensacji, powieść jest po prostu dobra. Nie wybitna, ale dobra. Polecam!

1 komentarz:

  1. Och ! Szczygieł! Właśnie jestem w trakcie czytania. Bardzo mi się jak na razie podoba. Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń