niedziela, 15 maja 2016

Syreni śpiew

Zacznę od tego, że nie jestem tą pozycją zachwycona. Przeczytałam dlatego, że jest o niej głośno, wiele osób polecało i, chociaż to raczej nie mój krąg zainteresowań, sięgnęłam po książkę. Jaką? Fatum i furia Lauren Groff.

Powieść o małżeństwie, czy może być coś nudniejszego? Wszelkie powieści o miłości zazwyczaj kończą się w tym momencie, kiedy życie zmierza ku śmierci w spokoju, a ewentualne uniesienia związana są niechybnie z kryzysem wieku średniego, zakupem motocyklu i wzajemnym rozczarowaniem. A Lauren Groff zaczyna powieść w momencie, kiedy przez plażę idą piękni, zakochani młodzi ludzie, którzy właśnie powiedzieli sobie, że chcą ze sobą spędzić resztę życia i naprawdę wierzą w to, że to się uda, że to na serio. 

On - syn prostego i wielkodusznego mężczyzny oraz syrenki, która jest traktowana jak księżniczka w domu swojego męża. Rodzice nie widzą poza synem świata - jest piękny, genialny, jest rozpieszczany, jest oczkiem w głowie mamy, taty i cioci, która towarzyszy im stale i jest dobrą duszą domu. On pragnie wszystkiego i to wszystko dostaje. Jego życie zmienia się wraz ze śmiercią ojca - przeprowadza się, poznaje nowych przyjaciół, zakochuje się po raz pierwszy i po raz pierwszy smakuje seksu (na dachu płonącego domu, żeby było goręcej). Matka, aby ratować syna, wysyła go do szkoły z internatem, gdzie jest tylko Burakiem z Zadupia, gdzie pewna traumatyczna noc odziera go z niewinności, gdzie zaprzyjaźnia się w końcu z Samem. Sam jest przekonany, że stworzył go na nowo. Ach, wiecie, jak on się nazywa? Lancelot.

Ona - spokojna, piękna, tajemnicza. Nikt o niej nic nie wie, z nikim się nie spotykała aż do tej imprezy, kiedy on patrzy na nią, zakochuje się od pierwszego wejrzenia, porzuca swoje dawne życie i prosi ją o rękę z marszu. Ona ma na imię Mathilde.

Tworzą dom - dom w kawalerce, gdzie spotykają się przyjaciele. Obserwujemy ich kolejne imprezy - parapetówkę, Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie, Halloween. Są biedni, są szczęśliwi. I nikt w to ich szczęście nie wierzy. Znajomi robią zakłady, kiedy ich małżeństwo się zakończy. Obserwujemy jak się zmieniają, jak dorasta mała siostra Lotta, jak ich przyjaciele się wykruszają, jak sami przechodzą przez lepsze czy gorsze chwile. I czekamy, czekamy wraz z małżeństwem na przełom. 

Powieść składa się w dwu części - fatum (historia opowiedziana z perspektywy Lotta) oraz furia (historia Mathilde). I, o ile pierwsza, jest tą, którą czytamy w oczekiwaniu na odpowiedź na nasz niepokój, na nasze podejrzenia, na naszą nieufności i wątpliwości (oj, tak, też zastanawiamy się, kiedy to małżeństwo się zakończy), to jednak tę część czytało mi się zdecydowanie lepiej. Klimat spotkań przyjaciół z uczelni, Nowy Jork, lata 80 i 90. Wraz z zapełnianiem się skromnego mieszkania Lotta i Mathilde, czułam, że zbieram te różne kawałki historii w całość. 

A potem wszystko się rozsypuje.

Ale cóż więcej? Autorka bawi się z czytelnikiem nawiązaniami do legend i baśni - imiona rycerzy, syrenki i Kopciuszek, wszystko to sprawia, że na początku do końca nie wiemy, czy czytamy powieść realistyczną, czy to na serio, a może to tylko zabawa? Podobała mi się również niejednoznaczna narracja i to, jak budowana jest opowieść. Narrator płynnie przechodzi od uroczystości do kolejnego spotkania, wplata w historię fragmenty sztuk teatralnych, które często mówią więcej niż sam narrator. 

Natomiast druga część mnie zmęczyła. Odkrywana tajemnica Mathilde wcale mnie nie przekonała do siebie, nie czułam zrozumienia dla bohaterki. Bo w tej powieści nie ma postaci, z którymi moglibyśmy się utożsamić czy polubić. Wszyscy właściwie są nieprzyjemni (może poza Samem), a para głównych bohaterów już szczególnie.

Ale muszę powiedzieć, że przeczytałam powieść o małżeństwie jednak z rosnącą ciekawością, a słowa: "Małżeństwo buduje się na kłamstwach. Głównie w dobrej wierze. Na przemilczeniach. Gdyby wypowiedzieć na głos wszystko, co myśli się o współmałżonku, można by go zetrzeć na proch." nabierają szczególnie głębokiego sensu, kiedy samemu jest się częścią małżeństwa (a tak jest). Może moje małżeństwo jest raczej z tych nudnych, o którym żadne powieści nie powstaną (i chwała!), ale jednak świadomość, że jest się częścią czegoś tak poważnego sprawia, że człowiek jest bardziej czujny. Naprawdę. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz