poniedziałek, 12 grudnia 2016

Król Warszawy

Rok 1937. Warszawa. Siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajm ogląda walkę bokserską pomiędzy Andrzejem Ziembińskim a Jakubem Szapirem. Kilka dni wcześniej pojawienie się Jakuba Szapiry zmieniło jego życie na zawsze. I oto Mojżesz chce nam opowiedzieć o sobie, o Warszawie przed wojną, o Izraelu, do którego emigruje, ale przede wszystkim chce nam opowiedzieć o Jakubie. 

Wszystko to, co napisałam powyżej to fakt i bujda jednocześnie. Bo to wspomnienia spisywane po latach, mieszają się trochę, trochę rozmywają, a trochę są wymyślone. 

Mojżesz wystukuje na maszynie do pisania swoją opowieść. Jest samotny. Jest stary i zmarszczony. Czuje się w nowej ojczyźnie obco, rodzina nie utrzymuje z nim kontaktu, tylko w lodówce w jakiś cudowny sposób pojawiają się zapasy jedzenia. 

Wraca więc do tych czasów, kiedy świat stał u jego stóp, otwierał przed nim drzwi, chociaż był tylko synem pobożnego biednego żyda z ulicy Nalewki. 

Szczepan Twardoch pokazuje Warszawę brudną, żydowską, gangsterską (chociaż gangsterzy są tylko w Ameryce), umoczoną w korupcji, zdradzie i kale. Ale ocieramy się również o luksus - jest pracownia krawiecka dla elity, jest chrystler sprowadzony specjalnie dla Kuma Kaplicy przez Lilpopa, są wystawne lokale. Ale tak naprawdę, które z tych dwóch obliczy stolicy jest bardziej brudne? 



No i Jakub. Jakub Szapiro. Bokser, który dla Kuma ściąga haracze, a kiedy trzeba, to zabije dłużnika. Jest piękny, pożądany przez kobiety (i nie tylko). Nie jest pobożnym Żydem, ze swoją żoną nie ma ślubu, nie mówi w jidysz, tylko po polsku, odrzuca swoją tożsamość i broni jej zaciekle. Ciągle mieszka przy Nalewkach, chociaż mógłby przecież lepiej. Przez całą historię miota się - chce być królem Warszawy, chce lecieć do Palestyny z rodziną, kocha swoje miasto i nienawidzi go, jest pewny siebie i sam siebie zaskakuje. 

Powieść Szczepana Twardocha to absolutne zaprzeczenie tego, czego było mi trzeba w mojej czytelniczej terapii. Ale to jedna z najlepszych książek tego roku, jestem pewna. Chciałam ją już skończyć i odkładałam co rusz, żeby jeszcze trochę pobyć w świecie bohaterów. Miotałam się trochę, jak Jakub Szapiro... 

Uważam, że to najlepsza książka Twardocha dla kogoś, kto jeszcze nie miał styczności z twórczością śląskiego pisarza. Jest to, co w Twardochu najlepsze, jest jego styl, ciekawa narracja, ale jednocześnie język jest bardziej przejrzysty niż w Morfinie na przykład. Do tego świetna okładka, a z tyłu informacja, że prawa do ekranizacji zostały już wykupione przez Canal+. Kilka dni temu potwierdziło się, będzie serial na podstawie Króla. Dlatego, czytać, kto nie czytał! Warto!